Ganondorf Hyrule, nieugięty wojownik pustyni, splata swoje losy z Hylją,
córką króla. Ich uczucie budzi zazdrość w sercu Elgora, rycerza rozdartego między
honorem a gniewem. Głos cienia prowadzi go ku mrocznej obietnicy, a pieśń barda na uczcie
odsłania prawdy, których nikt nie chciał słyszeć. Nad wieżami krążą kruki – omen tragedii,
która ma nadejść.
Wstęp: Mroczne znaki nad Hyrule
Mury zamku Hyrule wznosiły się ponad dolinami niczym posępne świadectwo dawnych zwycięstw. Złote proporce na wieżach ledwie poruszały się na wietrze, jakby i one znały ciężar milczenia, które zawisło nad królestwem. Po powrocie z mrocznych lasów, gdzie niebo przecięła płonąca runa w kształcie oka, każdy korytarz i każda sala stały się areną szeptów – szeptów o nadchodzącym końcu.
Król Hyrule wysłuchał raportu trójki powracających bohaterów z chłodem, który bardziej ranił niż gniew. Ganondorf, zbrojny w powagę wojownika, mówił o widmach i o znaku na niebie. Hylja, z płonącym wzrokiem, błagała ojca, by dostrzegł zagrożenie. Elgor dodawał własne słowa, twarde i żołnierskie, pełne gniewnej prawdy. A jednak tron pozostał niewzruszony.
— Niebo pełne jest znaków dla tych, co chcą je widzieć — rzekł król. — Rolnicy od wieków widzą w chmurach kształty smoków, kapłani w płomieniach widzą twarze bogów. Ale władca nie może karmić się złudzeniem.
Jego słowa, zamiast uspokoić, przyniosły gorzki smak klęski.
Hylja odwróciła wzrok od ojca, lecz w oczach miała blask buntu. Ganondorf zacisnął pięści, świadomy, że odwaga w mówieniu prawdy może stać się mieczem, który uderzy w niego samego. Elgor spuścił głowę – i tylko on jeden słyszał w tym momencie głos, którego nikt inny nie mógł usłyszeć:
— On nie wierzy. Ale ty wiesz. Ty widziałeś. Ich zdrada dopiero się zaczyna.
Tego dnia w zamku zapanowało milczenie gęste jak mgła. Strażnicy drżeli na swych posterunkach, powtarzając między sobą opowieści o duchach, które podobno błąkały się wśród murów. Służki krzyżowały się na korytarzach, kłaniając nisko, jakby w obawie, że gniew bogów wkrótce spadnie na to miejsce.
Ale najcięższy cień nie wisiał nad wieżami ani w salach, lecz w sercach trojga, którzy wrócili.
Ganondorf i Hylja coraz częściej spotykali się spojrzeniami – spojrzeniami, które mówiły więcej niż tysiąc słów. Było w nich coś zakazanego, a zarazem koniecznego: ogień, którego nie mogli już ugasić.
Elgor, wierny rycerz i brat w broni, czuł, jak jego własne serce staje się więzieniem. Każdy uśmiech Hylji do Ganona był dla niego ciosem. Każde jej westchnienie, każde zatrzymanie wzroku na pustynnym wojowniku – gwoździem wbijanym w duszę.
I w tej ciszy korytarzy, w tym niewypowiedzianym napięciu, narodziła się pieśń. Nie pieśń dla barda, nie hymn chwały. To była pieśń szeptana przez cień, pieśń zazdrości, która jak trucizna wsiąkała w żyły.
Kruki zaczęły krążyć nad wieżami zamku. Na razie nikt nie zwracał uwagi na ich krakanie. Ale to był omen. Zwiastun tragedii.
Serce w ogniu: Hylja i Ganondorf w ogrodach Hyrule
Spotkanie przy stawie

Ogrody zamku Hyrule, skąpane w blasku księżyca, były miejscem, gdzie cisza miała w sobie coś z sakralnego rytuału. Pochodnie migotały wzdłuż marmurowych alei, rzucając złote refleksy na kamienne posągi dawnych bohaterów. Kwiaty – lilie i róże pielęgnowane przez ogrodników królewskich – pachniały intensywnie, jakby sama natura chciała upoić tym zapachem serca przepełnione ciężarem.
Ganondorf stał samotnie przy stawie, którego tafla odbijała nocne niebo. Jego sylwetka, potężna i nieugięta, zbroja połyskująca czerwienią w blasku pochodni – wszystko to czyniło go postacią jakby wyrytą z brązu. A jednak w oczach miał coś miękkiego, coś kruchego: echo wspomnień, które nie dawały mu spokoju.
Nie słyszał kroków, gdy Hylja zbliżała się ku niemu. Dopiero gdy jej dłoń przesunęła się po krawędzi kamiennej balustrady, spojrzał na nią. Była ubrana nie w strój księżniczki, lecz w prostą suknię barwy ciemnego błękitu. Włosy, rozpuszczone, opadały kaskadą na ramiona.
— Nie śpisz, wojowniku? — zapytała cicho, a jej głos miał w sobie ciepło, którego w murach zamku tak brakowało.
Ganondorf spojrzał znów na wodę.
— Sen mnie unika. Zbyt wiele widziałem w lasach, zbyt wiele jeszcze wisi nade mną. — Zawiesił głos, a potem dodał: — Nad nami wszystkimi.
Hylja podeszła bliżej. Ich ramiona niemal się dotykały, choć żadne z nich nie ośmieliło się jeszcze skrócić tego ostatniego kroku.
— Mój ojciec nie wierzy w znaki — szepnęła. — Ale ja… ja wiem, co widzieliśmy. Wiem, co czai się w mroku. I wiem też, że gdyby nie ty, nie wrócilibyśmy żywi.
Ganondorf odwrócił się ku niej. Jego oczy, zielone jak głębia pradawnych puszcz, błyszczały w ogniu pochodni.
— Nie zrobiłem tego dla króla. Ani dla chwały. — Zamilkł na moment, a potem, jakby łamiąc w sobie łańcuchy, wyrzekł: — Zrobiłem to dla ciebie.
Pierwszy pocałunek
Słowa zawisły w powietrzu jak klinga zawieszona nad głową. Hylja poczuła, jak serce uderza w piersi z siłą, która aż zabolała. Jej dłoń drgnęła, jakby chciała odsunąć się o krok, a zarazem przyciągnąć go bliżej.
— Ganondorfie… — wymówiła jego imię tak, jakby było modlitwą. — Od dawna wiedziałam. Od chwili, gdy stanąłeś naprzeciw zjawy w ruinach, bez lęku, z odwagą, której nie widziałam nigdy wcześniej. Wiedziałam, że twoje serce jest inne niż wszystkie.
Potężny wojownik drgnął, jakby jej słowa ugodziły go mocniej niż cios miecza. Jego twarz, na co dzień kamienna, rozjaśniła się cieniem wzruszenia.
— Księżniczko… — wyszeptał, lecz ona przerwała mu gestem dłoni.
— Nie nazywaj mnie tak. — Jej oczy błyszczały światłem księżyca. — Nie tu, nie teraz. Dla ciebie nie jestem księżniczką. Jestem tylko Hylją.
I wtedy nastąpił ten krok – ostatnia granica została przekroczona. Hylja uniosła dłoń i dotknęła jego twarzy, szorstkiej od blizn i bitewnych zmagań. Ganondorf, jakby obawiając się, że wszystko to jest snem, ujął jej dłoń i przycisnął do swego policzka.
— Noszę w sobie ogień — rzekł głucho. — Ogień pustyni, który niszczy i wypala. Bałem się, że ten płomień spali każdego, kto się do mnie zbliży. Ale ty… ty nie boisz się żaru. Ty sprawiasz, że ogień staje się światłem.
Hylja pochyliła się, a ich oddechy splątały się w jednym rytmie. Jej głos był szeptem, ledwie drżeniem powietrza:
— A ja… przez całe życie słyszałam, że jestem światłem tego królestwa. Ale światło bez ciebie jest zimne i puste. Ty uczyniłeś je ogniem.
I wtedy ich usta spotkały się – pocałunek, który był pieczęcią losu. Nie był to gest lekki ani delikatny, lecz gwałtowny, pełen żaru, który narastał w nich przez długie tygodnie milczenia. Pocałunek, który był zarazem wyznaniem, przysięgą i bluźnierstwem wobec przeznaczenia.
Kiedy odsunęli się od siebie, oboje drżeli, jakby dotknęli mocy większej niż ludzka.
— Teraz już wiesz — rzekła Hylja. — I ja wiem. Nie ma odwrotu.
Ganondorf skinął głową.
— Nie ma.
Elgor jako świadek
Ale tam, w cieniu kolumn ogrodu, ktoś patrzył. Elgor.
Stał nieruchomo, skryty w mroku, a jego serce waliło jak młot bojowy. To, co ujrzał, było dla niego zdradą nie tylko przyjaźni, lecz samej krwi. Ich usta, ich dłonie splecione – to był wyrok. I w tej chwili cień przemówił do niego głośniej niż kiedykolwiek:
— Widzisz? Oboje cię zdradzili. Ale pamiętaj: ona zawsze należała do ciebie.
Elgor zacisnął dłonie na rękojeści miecza, aż białe knykcie zabłysły w księżycowym świetle.
A ogrody, świadkowie wyznania miłości, stały się równocześnie teatrem rodzącej się nienawiści.
Elgor i cień zazdrości – fanfiction ze świata Zeldy
Trening na dziedzińcu
Dziedziniec ćwiczebny skąpany był w blasku świtu, który sączył się przez kraty hurdycji niczym krew przesączająca się przez bandaż. Elgor, rycerz Hyrule, stał po pas w półcieniu, w zbroi bez naramienników, z odsłoniętymi przedramionami pooranymi bliznami.
Uderzał mieczem w słup treningowy do bólu barku, do tej głuchej, odrętwiającej nuty, w której stal odzywa się jak dzwon pogrzebowy. Każde cięcie było słowem niewypowiedzianej przysięgi, każde pchnięcie — próbą zaduszenia obrazu, którego nie mógł wyrwać z pamięci: ich dłoni splecionych nad wodą, ich oddechów, światła pochodni trzęsącego się na ich policzkach.
— Jeszcze — syknął przez zaciśnięte zęby i zadał uderzenie prosto, tak czyste, jakby chciał przeciąć samą noc.
Plaster drewna odleciał, a słup zakwilił jak skrzypce.
Szept cienia
Wtedy usłyszał ten głos, ten, który wciął się w niego w lasach, lecz teraz brzmiał bliżej, jak gdyby mówił tuż przy uchu, wilgotny i intymny:
— Uderzaj w to, co naprawdę winne. Nie w martwe drzewo, rycerzu.
Elgor zamarł, ramiona napięły mu się jak łuki. Znał ten szept. Niósł w sobie pieszczotę i szyderstwo, jak wino doprawione piołunem. Rozejrzał się; poza nim dziedziniec był pusty. Tylko kruki, czarne jak grzech, przesiadywały na blankach, jakby czekały na widowisko.
— Zamilknij — warknął. — Zamilknij i odejdź.
— Nie odejdę, póki nie powiesz prawdy — odparł głos. — Póki nie nazwiesz rzeczy po imieniu.
Elgor zacisnął dłonie na rękojeści. Twarda skóra pękła w jednym miejscu i pojawiła się strużka krwi; spłynęła po jelcu, ciepła i niespodziewanie pocieszająca.
Wspomnienia o Hylji
Pamiętał drogę, która przywiodła go tutaj — nie tę z lasów do zamku, lecz inną, dłuższą i cięższą: z ziem biednych w sławę dworską, z masy bitew w łaskę króla. Dziecię lasów, któremu stal stała się matką, a kodeks — ojcem.
Pamiętał też Hylję: najpierw jak poranek nad polami — daleką, jasną, nietykalną; potem jak ogień — bliską i niebezpieczną. Widział ją, kiedy po raz pierwszy się uśmiechnęła do niego w dziedzińcu po zwycięskim turnieju. Ten uśmiech był jak obietnica, której nigdy nie wypowiedziała. I tak Elgor nosił ją w sercu jak miecz w pochwie: czekając cierpliwie, aż nadejdzie czas, by go dobyć.
— Ona należała do ciebie — wyszeptał głos, łagodny jak matczyna kołysanka. — Przysięga nie była wypowiedziana głośno, lecz czyż nie czytałeś jej w jej oczach?
Elgor zamknął oczy. Widział Hylję w ogrodach: nie tę z nocnego pocałunku, lecz wcześniejszą — pochyloną nad rannym chłopcem po potyczce pod Zachodnim Mostem, gdy palcami, drżącymi i delikatnymi, zakładała opatrunek. Wtedy pomyślał: „Tę dłoń będę kiedyś trzymał.”
Narastająca zazdrość
Otworzył powieki. Widział już nie słup, ale wyobrażenie mężczyzny o skórze wypalonej słońcem, o płomiennych włosach, którego zbroja pachniała piaskiem pustyni i krwią wrogów. Ganondorf. Brat w broni. Ten, który stał przy nim przeciwko rumakom z północy i łowcom z bagien. Ten, któremu zawdzięczał życie; ten, któremu mógł bez wahania powierzyć własne.
A jednak obraz z ogrodów tnie jak brzytwa: jego usta na jej ustach.
Elgor dobył miecza, tym razem prawdziwego przeciwnika kreśląc w powietrzu, cięcie za cięciem, jakby rąbał krąg zbliżającego się losu. Pot spłynął mu po karku pod włosami; klatka piersiowa pracowała jak miech kowala. Wreszcie oparł czubek klingi o kamień i westchnął głęboko.
— To nie była zdrada — powiedział wreszcie, a słowa pękały, jakby zrobione z lodu. — Nie przysięgaliśmy niczego. Ani ona, ani ja.
— Ach — ucieszył się szept — już chwiejemy się nad przepaścią rozumu. Skoro nie przysięgaliście, tym gorzej!
Decyzja rycerza
Elgor przeszedł przez krużganki, gdzie rzeźby bohaterów z dawnych wojen patrzyły na niego spod kamiennych brwi. Minął kaplicę, w której płonęły ciche płomyki świec: straż przed mieczem i modlitwa; znał ten zapach — wosku i kadzidła — i zawsze budził w nim spokój.
Dziś nie niósł ukojenia.
Wrócił do siebie przez ogród wewnętrzny, gdzie jeszcze tliły się węgle w palenisku po nocnych strażach. Szukał ich — ich dwojga — jak pies tropiący. Słyszał śmiech? Echo kroków? Jeden cień spłynął w drugi, kształt zapadł się w ciemność. Nie odnalazł ich.
Tylko kruki, niebiesko-czarne, natarczywe, krążyły nad wieżami. W ich krakaniach było coś z hymnu: surowy rytm, który wchodził w krew. Krew Elgora wezbrała.
Znaleziono go tego popołudnia w sali ćwiczeń — nie tej otwartej na wiatr, lecz tej kamiennej, półziemnej, gdzie płonęły żelazne kosze. Wybrał najcięższy miecz, dwuręczny, taki, którym rąbie się pnie, nie ludzi.
A jeden szeptał do niego coraz głośniej:
— Król boi się prawdy, bo prawda jest ciężka. A ty jesteś stworzony, by dźwigać ciężary.
Uczta w zamku Hyrule i cień, który ją przerywa

Wielka sala pełna złudzeń
Wielka sala zamku Hyrule rozbłysła setkami świec. Ich płomienie tańczyły w złoconych lichtarzach, a dym układał się w smugi nad ciężkimi belkami stropu.
Uczta była świętem zwycięstwa nad strachem — tak pragnął ją widzieć król Hyrule, gdy nakazał, by stoły uginały się od mięsiwa, chleba i dzbanów z winem. Chciał pokazać, że Hyrule jest silne, że nie ma w nim miejsca na złudzenia i sny o ciemności.
Lecz pod pozłotą uczty tętniło napięcie tak gęste, że można było je kroić nożem.
Elgor wśród rycerzy
Elgor usiadł na swoim miejscu przy stole rycerskim, naprzeciw ław arystokratów i uczonych. Zbroja błyszczała, włosy miał zaczesane, ale w oczach czaiła się burza.
Czuł, że nie powinien tu być — nie wśród śmiechu i muzyki, lecz na murach, z mieczem, gotów odeprzeć to, co nadciąga. Jednak cień nakazał mu patrzeć. I patrzył.
Na podwyższeniu, obok króla, zasiadła Hylja. Błękitna suknia spływała po stopniach niczym woda, włosy lśniły złotem w świetle świec.
Ganondorf siedział nieco niżej, w miejscu dla wojowników, lecz jego postać przyciągała wzrok mocniej niż wszystkie insygnia. Każde jego drgnienie, każde spojrzenie w stronę Hylji było niczym iskra rzucana w stóg siana.
I choć nie wymienili ani słowa, ich oczy spotykały się raz po raz, w krótkich błyskach, które Elgor widział wyraźniej niż wszystko inne.
Głos cienia
— Widzisz? — syknął w nim cień. — Jeszcze przed chwilą mówił, że strzeże. Strzeże, ale czego? Dla siebie.
Elgor podniósł kielich. Wino było cierpkie, rozlewało się w gardle jak krew. Chciał nim ugasić płomień, ale zamiast tego poczuł, że płomień rośnie.
Muzyka zaczęła się cichym preludium — lutnie, flet, bęben, jeszcze nie bard, jeszcze nie pieśń. Goście śmiali się, służba wnosiła kolejne półmiski.
Król wzniósł toast, mówiąc o jedności Hyrule i odwadze jego rycerzy. Gdy wymienił imiona Ganondorfa i Elgora, sala rozbrzmiała oklaskami.
Ganon skinął głową, spokojny, dumny. Elgor także skłonił się, lecz czuł, że dłonie ma jak z kamienia.
Zapowiedź pieśni
Wtem, ponad muzyką i rozmowami, usłyszał inny głos. Nie ludzki, nie śpiewny. Szept, który niósł się tylko do niego, jak dźwięk struny pękającej w ciemności:
— Wszyscy klaszczą. Ale w ich oczach jest prawda. Widzisz? Oni już wiedzą. Wiedzą, że to ty jesteś intruzem. Że światło nie należy do ciebie.
Elgor spojrzał w bok. Na ławie obok młody giermek rozmawiał z towarzyszem; śmiali się, lecz kątem oka chłopak zerkał ku podwyższeniu. To wystarczyło. W oczach Elgora śmiech zamienił się w szyderstwo.
— Zamilcz — wyszeptał w myślach. — Nie będę cię słuchał przy uczcie.
— A jednak słuchasz — odparł cień z rozkoszą. — Bo wiesz, że ja mówię prawdę.
Spojrzenia i milczenie
Ganondorf wstał, by wznieść kielich ku królowi. Światło świec padło na jego oblicze, na ramiona szersze od zbroi innych wojowników.
Hylja uniosła spojrzenie ku niemu i przez ułamek chwili ich twarze znalazły się w jednej linii. Wyglądali, jakby reszta świata przestała istnieć.
Elgor poczuł, jak serce wali mu w piersi jak młot. Każdy uśmiech, każde spojrzenie było ciosem.
Cień nie musiał już mówić — obraz mówił sam.
Wejście barda
I wtedy zaczęło się coś dziwnego.
Muzyka ucichła, jakby ktoś odciął ją nożem. Wśród tłumu bard uniósł lutnię, a jego twarz była cieniem w świetle pochodni. Nikt nie dał znaku, a jednak wszyscy zamilkli, jakby oczekiwali na coś, czego nie rozumieli.
Elgor drgnął. Czuł, że to nie jest zwykła pieśń. Jeszcze jej nie było, ale echo już dudniło w jego czaszce.
— To mój czas — szepnął cień. — Teraz zaśpiewamy razem.
Pieśń zazdrości – głos barda w zamku Hyrule

Początek pieśni
Bard stał pośrodku sali, jak gwóźdź wbity w deskę świata. Był szczupły, w ciemnym płaszczu, którego brzeg zdobiły proste, nieozdobne przeszycia — człowiek bez herbu i bez rodu, jak większość, którzy utrzymują królestwo przy życiu muzyką i plotką.
Uniósł lutnię, sprawdził struny krótkim, suchym szarpnięciem, a potem pozwolił, by cisza osiadła jak pył na ramionach biesiadników.
Nad stołami, gdzie parowało mięso i migotało wino, przeleciał chłodny dreszcz. Świece przygasły na ułamek chwili, jakby płomień cofnął oddech. Elgor poczuł, że w tym dreszczu jest jakiś porządek — rytm, który znał od dawna, choć nie miał prawa go znać.
Historia rycerza, pani i przybysza
— Pieśń o zdradzie i o prawie — odezwał się bard głosem niskim, zadziwiająco spokojnym. — Starą pieśń o świetle i mieczu. O tym, co było, choć każdy opowiada inaczej.
Niektórzy parsknęli śmiechem; inni unieśli kielichy, ciekawi. Król skinął tylko głową, jak strażnik pozwalający przejść wędrowcowi przez bramę.
Ganondorf oparł dłonie o stół, nieco pochylony ku przodowi, jakby łatwiej mu było słyszeć dolne rejestry. Hylja znieruchomiała — nie z niepokoju, lecz z uwagi; znała moc pieśni, wiedziała, że słowa są jak stal: to samo ostrze potrafi zabić i ocalić.
Pierwsze dźwięki były miękkie, rozciągnięte; struna brzękła jak kropla wody spadająca do cysterny. Lecz zaraz dołączył do niej puls bębna, cichy, lecz nieubłagany — miarowo, równo, jak kroki kogoś, kto idzie korytarzem i nie musi się spieszyć, bo i tak zdąży na czas.
Pieśń o trzech postaciach
— Dawno temu — zaczął bard — nim mury weszły w krew kamieni, a sztandary nauczyły się własnego wiatru, wędrował przez krainę rycerz z lasu. Nie nosił korony, nie miał herbu; miał tylko miecz i przysięgę.
Elgor połknął ślinę. Słowa były jak łuk: napięte do bólu i skierowane wprost w niego.
— A była też Pani, której światło nie miało porównania — ciągnął bard. — Nie świeciła dla jednego, lecz dla wszystkich, bo taka jest natura światła: rodzi dzień, lecz nikogo nie pyta o pozwolenie.
Elgor słyszał nie „Pani”, lecz Hylja.
— I był jeszcze trzeci — bard zniżył głos, a bęben przybrał nowy, powolniejszy takt — przybysz z krańców, człowiek pustynnego wiatru i ognia.
Wiele twarzy skierowało się ku Ganondorfowi. Nie poruszył się. Słuchał, jakby ta pieśń nie miała z nim nic wspólnego, a jednak powietrze wokół niego stało się cieplejsze.
Zazdrość w sercu Elgora
Elgor nachylił się nad stołem. Te dźwięki znikały w głębi pieśni, która rosła jak drzewo. „Źródło” — powtórzył w myślach. Staw w ogrodach. „Korona zmierzchu” — Księżyc.
— I rzekła Pani: „Nie jestem koroną dla jednego. Jestem drogą, która prowadzi światło. Kto idzie ze mną, idzie dla wszystkich.”
Elgor zacisnął dłonie na krawędzi stołu. Wiedział, co pieśń powinna teraz powiedzieć. Powinna otworzyć drzwi, przez które on wchodzi do sali pełnej światła i powiada: „Jestem murem.”
Ale pieśń była stara, a stare pieśni nie znają tego, czego pragną młode serca. One wiedzą tylko o mieczu i o prawie, którego nie ma nikt — póki go nie weźmie.
Pieśń i cień splatają się
— Lecz woda ze źródła nie zna przysiąg — głos barda przygasł. — Odbija tego, kto patrzy, a każdy widzi inny obraz.
Elgor już nie słuchał jak biesiadnik. Słuchał jak wojownik, który wchodzi w mgłę i liczy kroki do pierwszego uderzenia.
W nim, pod słowami barda, śpiewał cień. Melodia cienia była tą samą, ale ostrzejszą, jak gdyby tę samą pieśń ktoś grał na stalowych strunach. A tekst — inny. Tam, gdzie bard mówił: „droga”, cień szeptał: „własność”.
Refren pieśni zazdrości
— Pieśń zazdrości — powtórzył bard — nie ma słów. Ma tylko akordy, które mówią „mnie się należy”, „to ja dźwigałem”, „to ja krwawiłem”, „to ja czekałem”. W tej pieśni każdy śpiewa solo.
Elgor nagle zobaczył coś jeszcze: nie barda na środku sali, lecz siebie na dziedzińcu.
— Wstań — szepnął cień. — Wstań teraz.
Ale Elgor nie wstał. Nie jeszcze.
Zakończenie pieśni
— A gdy świt przyszedł — bard zawiesił głos — nie przyniósł ulgi. Bo świt tylko maluje krwią to, co noc narysowała cieniem.
Słowa przetoczyły się po sali jak fala. Elgor czuł, że pół zdania było jak pchnięcie w splot słoneczny.
Bard odsunął lutnię od ciała; pozwolił, by brzmienie wygasło, jak gaśnie ostatni tliwy żar w palenisku.
Sala nie biła brawo. Sala jeszcze była w środku pieśni.
Elgor zobaczył cień przebiegający przez twarz barda — cienki, szybki, jak skrzydło kruka.
Wstał. Krzesło zapiszczało o kamień. Parę głów zwróciło się w jego stronę, lecz nikt nie powstał. Elgor wzniósł kielich, jak wymagał obyczaj, i wypił jednym haustem.
— Dokąd? — spytał szept. Nie „czy”, bo nie było już „czy”. Tylko „dokąd”.
Elgor obejrzał się. Hylja patrzyła w jego stronę, a w jej oczach był blask ostrzeżenia. Ganondorf nie drgnął, tylko jego oczy błysnęły zielonym światłem.
— Teraz — rzekł cień.
Elgor wyszedł z sali, a pieśń zazdrości grała w nim dalej.
Nocny gniew – konfrontacja na dziedzińcu Hyrule

Dziedziniec w świetle księżyca
Dziedziniec zamku Hyrule oddychał chłodem, który wcinał się pod pancerz jak cienki nóż. Kamienie, gładkie od lat marszów, trzymały w sobie nocnicę, a księżyc wisiał nad blankami jak mleczne ostrze, wyjęte z pochwy niebios.
Elgor stanął pośrodku pustki, gdzie zwykle zbierali się strażnicy, gdzie rozstawiano kołki do ćwiczeń, gdzie gwizd wachty przecinał ciszę; teraz panował tu tylko skrzyp flag w przeciągu i chrobot dalekich kruków.
Czekał. Nie jak skazaniec na wyrok ani jak kochanek na łaskę. Czekał jak mur na sztorm.
Spotkanie z Ganondorfem
Drzwi z sieni otwarły się bez skrzypu. Na próg wyszedł Ganondorf. Półmrok otoczył go jak płaszcz, ale stal zbroi połknęła promień księżyca i odbiła go matowo, bez zbędnego błysku.
— Bracie — rzekł po chwili, bez uśmiechu, bez alkowicznego ciepła biesiad. Słowo „bracie” w jego ustach miało brzmienie przysięgi, nie zwady.
Elgor skinął głową. Prawa dłoń spoczywała blisko jelca miecza, lewa zaznaczała ciężar tarczy, choć nie miał jej przy sobie.
— Pomyślałem — zaczął powoli — że może dziś wreszcie nie będziemy mówić półsłówkami.
Rozmowa o Hylji
— Widziałem was — powiedział Elgor. — W ogrodach. W nocy. A potem słuchałem pieśni. I wiesz, co usłyszałem?
Cień w nim zaśpiewał: „Prawo.”
Ale usta Elgora ułożyły się w inne słowa:
— Usłyszałem, że światło jest świata. A mimo to niektórzy myślą, że mogą je trzymać w dłoni jak płomień, żeby nim żonglować dla własnej chwały.
Ganondorf westchnął cicho, nie z ulgą ani irytacją, raczej z żalem.
— Jeżeli mówisz o Hylji, nie mów o niej jak o rzeczy. Ona nie jest płomieniem w dłoni. Jest ogniem, który idzie przed nami. A jeśli pytasz, odpowiem ci tak samo, jak w zbrojowni: kocham ją.
Ostrzeżenie Elgora
— A ja kocham Hyrule — rzucił Elgor. — I przysięgi, które niosą je na swoich barkach. Przysięgi, które znaczą: mur stoi, choćby płomień lizał go do żywego. I boję się, Ganonie. Boję się nie o siebie, ale o nią. O to, że ogień, którym płoniesz, wypali ją do popiołu.
Ganondorf spojrzał mu prosto w oczy:
— Ogień grzeje albo pali. Wszystko zależy od ręki, która go niesie. Ja nie niosę ognia, by parzyć. Niosę, by światło nie zgasło. A ty? Z czym przyszedłeś?
Hylja między nimi
Nagle w łuku drzwi pojawiła się Hylja. Jej obecność była jak cios i opatrunek naraz. Szła, jak się idzie do ognia: świadomie.
— Elgorze — rzekła. — Nie.
Jedno słowo, a w nim błaganie i rozkaz.
Cień natychmiast zakłębił się w nim miodem: „Słyszysz? Nawet do ciebie mówi jak do chłopca. ‘Nie’. Nic więcej. A do niego? Patrz, jak oddycha, kiedy na niego patrzy.”
Klinga na granicy
Elgor uniósł miecz. Ostrze wyszło z pochwy na szerokość dłoni, błysnęło zimnym mlekiem księżyca.
— Powiedz mi, Ganonie: jeżeli dziś stanę między tobą a nią, przejdziesz po mnie, by do niej dotrzeć?
Ganondorf odpowiedział twardo:
— Nie przejdę po tobie. Bo nie jesteś wrogiem. Jesteś bratem. Ale jeśli na nią podniesiesz rękę — zatrzymam cię.
Zawieszony wyrok
Słowo „cień” padło w rozmowie po raz pierwszy. Noc drgnęła, kruki zakrakały niespokojnie.
Hylja spojrzała na obu, jej głos drżał od ciężaru wyboru:
— Jeśli zrobisz krok, nie będzie już szeptów ani pieśni. Będzie tylko krew. Twoja albo jego. A wtedy cień dostanie to, czego chce. A ja stracę was obu.
To zdanie uderzyło mocniej niż ostrze. Elgor drgnął, miecz opadł o włos.
— Bracie — powtórzył Ganondorf. — Schowaj stal.
Cień zawył w nim jak ranny wilk. „Nie! Teraz! Teraz jest chwila!”
Decyzja Elgora
— Nie przyszedłem tu po krew — powiedział Elgor, choć palce drżały na rękojeści. — Przyszedłem po słowo.
— Powiedz mi, Ganonie: czy kiedykolwiek postawisz ją — jej wolę, jej życie — ponad ogniem, który w tobie rośnie?
— Zawsze — odpowiedział Ganondorf bez chwili namysłu.
Elgor wsunął klingę do pochwy. Hylja wypuściła oddech.
— Dziękuję — powiedziała cicho. — Za to, że mur stoi.
Elgor uśmiechnął się krótko, jak człowiek, który wygrał wojnę z własną dłonią.
Mur i płomień
— Mur stoi, póki nie każe mu się runąć — rzekł Elgor.
— I płomień pali, póki daje mu się powietrze — odparł Ganondorf. — Lepiej, żebyśmy obaj pamiętali, kto je wpuszcza.
Noc nie poprosiła o finał; przyjęła to, co się wydarzyło, jak ziemia przyjmuje krew, której ktoś nie rozlał, choć mógł.
Kruki wzniosły się wyżej, jakby straciły zainteresowanie — a może tylko czekały na kolejne widowisko.
Obietnica cienia – pakt w kaplicy Hyrule

Samotność po uczcie
Elgor nie wrócił już do uczty. Gwar, muzyka i brzęk kielichów były dla niego teraz jak inny świat — świat, który wymykał mu się z dłoni.
Jego stopy niosły go same, korytarzami chłodnymi, gdzie tylko pochodnie trzaskały jak kości w ogniu. Nie wiedział, dokąd idzie, aż zobaczył wąskie drzwi, które znał od lat.
Prowadziły do dawnej kaplicy, niemal zapomnianej, schowanej głęboko w murach zamku Hyrule.
Głos ciemności
Wnętrze pachniało wilgocią i woskiem. Świece dogasały na ołtarzu, płomienie drżały jak uwięzione dusze.
To tutaj dawniej żołnierze przychodzili po bitwach, by modlić się o przebaczenie za krew, którą musieli przelać.
Elgor uklęknął, lecz nie czuł spokoju. I wtedy odezwał się cień:
— Wreszcie jesteśmy sami.
Nie był to już szept, jak w ruinach czy na dziedzińcu. Brzmiał pełniej, jakby sam kamień kaplicy przemawiał.
Pakt w ciemności
— Potrzebuję siły — wyszeptał Elgor. — By chronić Hylję. By nie pozwolić, by ogień pustyni ją spalił.
— Tak — odpowiedział cień łagodnie. — Siły, która wyrasta nie z krwi, lecz z samego mroku. To on trwa, gdy płomień gaśnie, gdy mur pęka, gdy światło odwraca wzrok.
Cień uformował się w kształt ręki, czarnej i długiej, wyciągniętej ku niemu.
— Daj mi ją — poprosił Elgor. — Spraw, by wróciła do mnie.
— Nie muszę ci jej dawać. Ona zawsze była twoja. A ja dam ci narzędzia, byś to udowodnił. Miecz, który zawsze znajdzie drogę do serca wroga. Siłę, która nie zna zmęczenia. Cień, który będzie twoją tarczą.
Złożona przysięga
Elgor poczuł, jak chłód spływa mu po karku, jakby kropla lodu. Ale w tym zimnie było ukojenie.
Zrozumiał, że nie klęczy już przed bogami Hyrule, lecz przed mocą starszą i twardszą.
— A jeśli powiem „tak”? — spytał.
— Wtedy twoja pieśń stanie się głośniejsza od wszystkich — odparł cień.
Elgor spojrzał na dogasające świece. Jedna zgasła nagle, jakby zabrakło jej powietrza.
— Tak — wyszeptał.
Ciemność osiadła miękko jak płaszcz na ramionach. Elgor wstał, a w jego oczach zatańczył błysk — nie czerwony jeszcze, ale już nieludzki.
Kruki nad wieżami – zakończenie rozdziału
Zamek w mroku
Noc w zamku Hyrule pogłębiała się, jakby każdy kamień, każda wieża i każdy mur wciągał w siebie oddech ciemności.
Uczta trwała dalej — śmiechy i muzyka odbijały się od ścian, jakby świat chciał zakląć prawdę w pozornej beztrosce.
Lecz ponad tym wszystkim rozlegał się inny głos: trzepot skrzydeł.
Omen na niebie
Najpierw kilka, potem dziesiątki, a wreszcie całe stado kruków zakreślało kręgi wokół wież zamku.
Strażnicy na murach spoglądali w górę z niepokojem. Nigdy wcześniej ptaki nie gromadziły się tu w takiej liczbie.
Ganondorf, stojąc w cieniu jednej z kolumn, uniósł wzrok ku niebu. W jego oczach odbijały się czarne kręgi. Wiedział, że to nie przypadek, lecz zapowiedź.
Hylja w swoich komnatach siedziała przy oknie. Patrzyła na niebo rozdarte lotem kruków i czuła, że każdy trzepot skrzydeł szepcze: nie będziesz ocalała od wyboru.
Elgor i nowa droga
A Elgor? Elgor szedł samotnie przez korytarze, a za nim kroczył cień — obietnica, którą złożył, nie wiedząc komu naprawdę.
Jego kroki odbijały się od kamieni, powtarzając rytm pieśni zazdrości.
Na najwyższej wieży kruki zwarły się w jeden kształt. Na tle księżyca uformowały znak — niedomknięte, czarne oko, patrzące na cały zamek z góry.
Potem rozproszyły się, jakby nic się nie stało. Ale znak pozostał w pamięci tych, którzy widzieli.
Pieśń dopiero się zaczyna
Był to zwiastun, że światło Hyrule będzie musiało stanąć naprzeciw ciemności.
I że pieśń zazdrości, raz zaintonowana, nie ucichnie, dopóki nie spłynie krew.
📜 Kronika trwa dalej…
👉 Następny rozdział:
Rozdział VI – Ganondorf zdrada w cieniu tronu
🎬 Cała opowieść w jednym materiale:
Zobacz pełną historię – Legenda Ganondorfa – Pełna Opowieść Fantasy


One thought on “Rozdział V: Pieśń zazdrości – Ganondorf i cień Hyrule”