Dogman część 2 rozpoczyna się po zaginięciu Marka Wrony.
Jego brat Łukasz przekazuje Pawłowi materiały zbierane przez Marka przez siedem tygodni:
zdjęcia tropów, nagrania, mapy i stare zapiski dziadka. Im dokładniej Paweł je analizuje,
tym wyraźniej widzi, że Marek nie szukał już odpowiedzi na pytanie, co zostawia te ślady.
Próbował ustalić, dokąd prowadzą.
Nie znasz początku historii? Zacznij od:
Dogman: Ślady, których nie powinno być | Część 1
CODEX GAMEFICTION
Nie każda historia trafia na YouTube.
Niektóre opowieści powstają z myślą o tych, którzy chcą wejść głębiej.
Codex to osobna część GameFiction.
Miejsce na autorskie historie, niepublikowane materiały i fragmenty światów, których nie znajdziesz w głównych publikacjach.
Akt 1 — To był mój plan
Pierwszy strzał padł wcześniej, niż powinien.
Paweł zapamiętał przede wszystkim dźwięk. Nie sam huk.
W zamkniętym budynku strzały zawsze brzmiały źle — ostro, za blisko, bez tej czystości, którą miały na strzelnicy…
Była noc. Obcy kraj, którego nazwa po latach nie miała już dla niego większego znaczenia. Niski budynek na obrzeżu miasta. Zakładnik przetrzymywany od kilku dni. Informacje zbierane z kilku źródeł, obserwacja wejść, liczba ludzi w środku, rozkład pomieszczeń, godziny zmian.
Plan nie powstał w godzinę.
Pracowali nad nim długo.
Sprawdzali warianty.
Co zrobić, jeśli zakładnik nie będzie tam, gdzie przewidywali.
Co, jeśli jedno z wejść okaże się zablokowane.
Co, jeśli ktoś z ludzi znajdujących się w budynku nie będzie spał.
Co, jeśli pojawi się samochód.
Co, jeśli łączność przestanie działać.
Paweł siedział przy stole nad szkicem budynku i po raz ostatni przechodził z zespołem kolejne punkty.
— Główne założenie bez zmian — powiedział. — Jeżeli coś przestaje się zgadzać, nie próbujemy na siłę wracać do planu. Reagujemy na to, co mamy przed sobą.
Jeden z ludzi spojrzał na niego.
— Czyli jak zawsze.
— Jak zawsze.
Nie było przemowy.
Nie było potrzeby.
Znali się.
Wiedzieli, co mają robić.
Kilka godzin później byli już w środku.
Pierwsze pomieszczenie czyste.
Drugie również.
Potem drzwi.
Krótki ruch.
Krzyk.
I strzał.
Paweł zobaczył człowieka, którego według wszystkich dostępnych informacji nie powinno tam być.
Nie jednego z trzech ludzi, których obserwowano przez poprzednie dni.
Kogoś czwartego.
Pojawił się z pomieszczenia gospodarczego w tylnej części budynku. Później ustalono, że przyjechał wcześniej tego samego wieczoru i wszedł od strony sąsiedniej posesji. Nikt z obserwacji go nie zauważył. Nie było go na wcześniejszych zdjęciach ani w materiałach dotyczących grupy.
W tamtej chwili nie miało to znaczenia.
Liczyło się tylko to, że był uzbrojony.
Wszystko wydarzyło się w kilku sekundach.
Paweł pamiętał światło latarki przesuwające się po ścianie.
Pamiętał ciało swojego człowieka cofające się po trafieniu.
Pamiętał własną broń przy ramieniu.
Potem ruch zespołu.
Krzyki.
Kolejne strzały.
I zakładnika znalezionego w pomieszczeniu dalej.
Żywego.
Przerażonego.
Ale żywego.
Operacja zakończyła się sukcesem.
Tak brzmiało jedno ze zdań w późniejszej dokumentacji.
Zakładnik odzyskany.
Zagrożenie usunięte.
Jeden operator poległ.
Paweł siedział po wszystkim w pomieszczeniu, które wcześniej służyło jako biuro. Na podłodze leżały kawałki tynku. W powietrzu wciąż czuć było kurz i proch.
Nie pamiętał, kto podał mu wodę.
Butelka stała przed nim nietknięta.
Dowódca usiadł naprzeciwko.
— Grzech.
Paweł podniósł wzrok.
— Przejdziemy to jeszcze raz.
Przeszli.
Każdą informację.
Każde założenie.
Moment wejścia.
Rozmieszczenie ludzi.
Nieznanego czwartego człowieka.
Nie było informacji, która powinna była doprowadzić ich do niego wcześniej.
Nie było ostrzeżenia, które Paweł zignorował.
— Nie miałeś tej informacji — powiedział dowódca.
Paweł milczał.
— Nikt jej nie miał.
— Wiem.
— Plan był właściwy dla danych, które mieliśmy.
— Wiem.
Mężczyzna patrzył na niego chwilę.
— Więc nie rób z tego czegoś, czym nie było.
Paweł spojrzał na szkic budynku leżący na stole.
Kilka godzin wcześniej przesuwał po nim palcem.
Tutaj wejście.
Tutaj drugi zespół.
Tutaj zakładnik.
Tutaj możliwy opór.
Wszystko miało swoje miejsce.
Oprócz człowieka, o którego istnieniu nie wiedzieli.
— To był mój plan — powiedział.
— To była operacja zespołu.
— Ale plan był mój.
Dowódca nie odpowiedział od razu.
— Tak.
I właśnie ta odpowiedź została z Pawłem najdłużej.
Plan był profesjonalny, oparty na dostępnych danych. Paweł nie zignorował żadnego ostrzeżenia.
Człowiek mimo to zginął.
Od tamtej operacji i od czasu służby Pawła w GROM minęło wiele lat.
Paweł nadal nie lubił słowa „pewność”.
Ludzie używali go zbyt łatwo.
„Na pewno kłamie.”
„Na pewno tam był.”
„Na pewno ktoś to ukradł.”
„Na pewno chodzi o konkurencję.”
Najczęściej oznaczało to tylko, że ktoś bardzo chciał, żeby jedna wersja była prawdziwa.
— Nie wiem, kto to wynosi — powiedział Paweł.
Mężczyzna po drugiej stronie biurka zmarszczył brwi.
— Przecież właśnie po to pana zatrudniłem.
— Zatrudnił mnie pan, żebym sprawdził, co się dzieje.
Paweł obrócił ekran laptopa.
Na prostym zestawieniu były daty, godziny i numery trzech transportów.
— Wszystkie braki pojawiały się po nocnej zmianie. To się zgadza. Ale na tej zmianie pracuje siedem osób. Do tego kierowcy, ochrona i magazyn przyjmujący.
— Mam jednego człowieka, którego podejrzewam.
— Wiem.
— I?
— I nic.
Mężczyzna wyraźnie nie był zadowolony.
Paweł wskazał tabelę.
— Pana człowiek był przy dwóch transportach. Przy trzecim nie było go nawet w pracy.
— Mógł mieć kogoś.
— Mógł.
— Więc?
— Więc nadal nie wiem.
Klient westchnął.
— Co pan proponuje?
Dopiero teraz Paweł odsunął laptop.
— Najpierw sprawdzić, dlaczego wszystkie trzy dostawy przechodziły przez tę samą bramę, mimo że w harmonogramie dwie powinny iść drugą. Potem zobaczyć, kto miał możliwość zmiany przydziału. Bez tego możemy przez tydzień obserwować człowieka, który nie ma z tym nic wspólnego.
Mężczyzna przez chwilę patrzył na zestawienie.
— I to pana zdaniem ważniejsze?
— To jest coś, co się nie zgadza.
Klient skinął powoli głową.
To Pawłowi wystarczało.
Nie zależało mu, żeby rozmówca był zachwycony.
Wolał, żeby zrozumiał.
Firma zajmowała dwa pomieszczenia na piętrze niewielkiego budynku w Czarnkowie.
Na drzwiach nie było nazwiska z dopiskiem „detektyw”.
Brał sprawy, które miały niejasny początek.
Zaginiony sprzęt.
Dziwne straty w firmach.
Poszukiwanie ludzi, kiedy istniała legalna i rozsądna podstawa, żeby ich szukać.
Weryfikacja informacji.
Analiza materiałów przed podjęciem kosztownej decyzji.
Czasem klient przychodził z pytaniem.
Czasem z gotową odpowiedzią i oczekiwał, że Paweł ją potwierdzi.
Tych drugich lubił mniej.
Po wyjściu klienta Paweł zamknął plik i spojrzał na kolejne zadania.
Nie siedział nad nimi długo.
Najpierw rzeczy pilne.
Potem te, w których brakowało danych.
Na końcu wszystko, co mogło poczekać.
Telefon zawibrował.
Wiadomość od żony.
„Mleko. I nie takie, którego nikt poza tobą nie pije.”
Paweł uśmiechnął się i odpisał:
„Przyjąłem.”
Po chwili dopisał:
„Jakie normalne?”
Odpowiedź przyszła prawie natychmiast.
„2%. Jak człowiek.”
Schował telefon.
Nawet gdy siedział, było widać, że przez wiele lat trenował znacznie więcej niż przeciętny człowiek. Szerokie barki i ramiona zostały. Pod koszulą pojawiło się też coś, czego dawniej nie było — niewielki brzuch.
Nie przeszkadzał mu.
Już dawno przestał wyglądać jak człowiek, który musi być gotowy pobiec z pełnym wyposażeniem kilka kilometrów, a potem jeszcze zrobić coś trudnego.
Czasem brakowało mu tamtej kondycji.
Rzadziej tamtego życia.
Najbardziej zostały nawyki.
Kiedy wchodził do nieznanego pomieszczenia, nadal automatycznie zauważał wyjścia.
Kiedy ktoś opowiadał mu historię, dzielił ją na fakty, przypuszczenia i rzeczy, które rozmówca uznał za fakty bez żadnego powodu.
Gdy miał podjąć decyzję, pierwsze pytanie nie brzmiało:
„Co chcę zrobić?”
Tylko:
„Czego nie wiem?”
Około trzynastej zadzwonił numer, którego nie miał zapisanego.
— Paweł Grzech?
— Tak.
— Nazywam się Łukasz Wrona. Dostałem numer od człowieka, któremu pomagał pan w jednej sprawie.
Paweł przesunął wzrok na ekran komputera.
— Jakiej?
Łukasz podał nazwisko.
Paweł pamiętał.
Nie sprawę szczegółowo.
Nazwisko wystarczyło.
— W czym mogę pomóc?
Po drugiej stronie zapadła krótka cisza.
— Chodzi o mojego brata.
Paweł czekał.
— Zaginął w górach.
To zdanie wystarczyło, żeby Paweł przestał patrzeć na komputer.
— Kiedy?
Łukasz odpowiedział.
— Policja prowadzi sprawę?
— Tak.
— Były poszukiwania?
— Duże.
— I chce pan, żebym zrobił co?
Łukasz nie odpowiedział od razu.
— Żeby pan zobaczył materiały.
Paweł oparł się o krzesło.
— Jakie materiały?
— Zostawił je mój brat.
— Co w nich jest?
— Właśnie dlatego dzwonię.
Paweł spojrzał na zegarek.
— Może pan być jutro?
— Mogę być dzisiaj.
Ta odpowiedź powiedziała mu o Łukaszu więcej niż kilka wcześniejszych zdań.
— Szesnasta trzydzieści.
— Będę.
Paweł rozłączył się.
Nie zapisywał jeszcze nazwiska w kalendarzu.
Nie było sprawy.
Była rozmowa.
To zasadnicza różnica.
Łukasz przyjechał kilka minut przed czasem.
Był wysoki. Wyraźnie wyższy od Pawła. Nie wyglądał na człowieka, który od wielu dni dobrze śpi.
Wszedł z ciemną torbą na laptopa i cienką teczką pod pachą.
Paweł wskazał krzesło.
— Kawa?
— Nie.
— Woda?
— Też nie.
Łukasz usiadł.
Nie rozglądał się po biurze.
Od razu położył teczkę na stole.
— Marek Wrona. Pięćdziesiąt lat. Mój brat.
Paweł nie dotknął teczki.
— Zanim ją otworzymy, proszę mi powiedzieć jedną rzecz. Czego pan ode mnie oczekuje?
Łukasz patrzył na niego przez kilka sekund.
— Chcę wiedzieć, co się z nim stało.
— To nie jest to samo co odnalezienie go.
— Wiem.
— I nie jest to samo co odnalezienie go żywego.
Mięśnie na twarzy Łukasza napięły się lekko.
— Wiem.
Paweł skinął głową.
Przynajmniej nie zaczynali od kłamstwa.
— Dobrze. Teraz od początku. Kim jest Marek poza tym, że jest pana bratem?
— Nauczyciel historii. Myśliwy. Całe życie chodzi po tych lasach.
— Jakich?
— Beskid Niski. Okolice Jawornicy.
Paweł wziął długopis.
— Sam pojechał?
— Tak.
— Wyjazd zaplanowany?
— Tak.
— Sprzęt?
— Miał.
— Telefon?
— Tak.
— Broń?
— Tak.
Paweł zapisał jedno słowo.
— Choroby?
— Nic, co tłumaczyłoby zaginięcie.
— Alkohol?
Łukasz spojrzał na niego ostrzej.
— Nie.
— Pytam o wszystko.
— Rozumiem.
— Problemy finansowe? Rodzinne? Powód, żeby zniknąć z własnej woli?
— Nie.
— Skąd pan wie?
Pytanie zabrzmiało twardziej niż poprzednie.
Łukasz jednak nie zareagował złością.
— Nie wiem na sto procent. Ale nie.
Paweł pierwszy raz uniósł wzrok znad kartki.
Lepsza odpowiedź niż „na pewno”.
— Dobrze.
Dotknął końcówką długopisu papieru.
— Gdzie znaleziono samochód?
Łukasz odpowiedział.
— A jego?
— Nie.
— Plecak?
— Nie.
— Telefon?
— Nie.
— Broń?
— Nie.
Paweł odłożył długopis.
— Co znaleziono?
Łukasz przesunął teczkę w jego stronę.
— Obóz.
Paweł nie otworzył jej jeszcze.
— Jak daleko?
— Głęboko.
— „Głęboko” nic mi nie mówi.
Łukasz przez chwilę patrzył na niego.
Potem sięgnął do torby.
— Mam mapę.
Paweł skinął głową.
— To zacznijmy od mapy.
Łukasz wyciągnął dokumenty.
Paweł przesunął na bok wszystko, czym zajmował się wcześniej.
— I jeszcze jedno — powiedział.
Łukasz zatrzymał rękę.
— Ile dni go szukali, zanim znaleźli ten obóz?
— Cztery.
Paweł spojrzał na niego.
— A potem?
— Szukali dalej.
— Jak daleko?
— Nie wiem dokładnie.
Paweł wskazał teczkę.
— Tego będziemy potrzebować.
— Mam dokumentację, którą dostała rodzina.
— Dobrze.
Paweł otworzył pustą stronę notesu.
Na górze napisał:
MAREK WRONA.
Pod spodem postawił dwie kreski.
— Najpierw powie mi pan dokładnie, co znaleźli.
Spojrzał na Łukasza.
— Potem, czego nie znaleźli.
Akt 2 — Marek Wrona
Łukasz rozłożył mapę.
Nie była duża. Wydruk obejmował rejon poszukiwań, kilka dróg leśnych, doliny i grzbiety. Przy części punktów ktoś naniósł oznaczenia ręcznie.
Paweł przesunął ją bliżej.
— Samochód?
Łukasz wskazał miejsce przy bocznej drodze.
— Tutaj.
Paweł spojrzał na drugi zaznaczony punkt.
— A obóz?
— Tutaj.
Odległość na papierze nie wyglądała imponująco.
Paweł od razu wiedział, że to niewiele znaczy.
— Ile zajęło zespołowi dojście tam czwartego dnia?
Łukasz zajrzał do dokumentacji.
— Nie mam dokładnego czasu przejścia od samochodu. W raporcie jest, że weszli do sektora rano, a miejsce znaleźli po południu. Sprawdzali po drodze boczne odcinki.
— Czyli nie szli prosto.
— Nie.
Paweł przyjrzał się poziomicom.
— I dobrze.
Łukasz uniósł wzrok.
— Dlaczego?
— Bo gdyby szli prosto do miejsca, które już znali, zajęłoby im to zupełnie inny czas. Oni go wtedy dopiero szukali.
Przesunął palcem po mapie.
— Tutaj masz kilka dolin. Tutaj grzbiet. Sporo miejsca bez wyraźnej drogi. W maju?
— Końcówka maja.
— Czyli roślinność już gęsta.
— Tak.
Paweł otworzył pierwszą kartkę z dokumentacji.
Nie czytał wszystkiego po kolei. Szukał oznaczeń sektorów, czasu działań, opisów znalezionego miejsca.
— Co dokładnie było w obozie?
— Nic.
— Nic?
— Marek zabrał wszystko.
— To skąd wiedzieli, że to jego?
— Nie wiedzieli na sto procent.
Paweł podniósł wzrok.
Łukasz kontynuował:
— Ściółka była ugnieciona w kształcie odpowiadającym małemu namiotowi. Przydeptane rośliny, trochę naruszona ziemia. Miejsce pasowało do noclegu. Potem zestawili ślady obozowiska z informacjami od rodziny o jego sprzęcie i z rejonem, w którym miał być.
— Czyli „bardzo prawdopodobne”.
— Tak.
Paweł skinął głową.
To mu odpowiadało bardziej niż pewność bez podstaw.
— Po znalezieniu obozu co zrobili?
Łukasz wyjął kolejną stronę.
— Sprawdzili teren dalej. Kilka kierunków. Potem w następnych dniach wchodziły kolejne zespoły.
— Jak daleko?
— Różnie.
— Konkret.
Łukasz spojrzał na raport.
— Najbliższe odcinki kilkaset metrów. W wybranych sektorach dalej. Z tego, co rozumiem, część zespołów dochodziła ponad kilometr od punktu obozu.
— A potem?
— Wracali. Następnego dnia szli inni.
Paweł przesunął palcem wzdłuż jednego z grzbietów.
— Mieli trop?
— Nie.
— Ślady butów?
— Nic pewnego.
— Rzeczy Marka?
— Nie.
— Krew?
Łukasz spojrzał na niego.
— Nie.
— Ślady wypadku? Zejście z urwiska? Uszkodzona roślinność? Cokolwiek, co wskazywałoby jeden kierunek?
— Nie.
Paweł odchylił się lekko.
— Czyli obóz jest ostatnim punktem, który można z rozsądnym prawdopodobieństwem przypisać Markowi.
— Tak.
— Ale nie ostatnim miejscem, które przeszukano.
— Nie.
To była istotna różnica.
Paweł zanotował ją jednym zdaniem.
Łukasz obserwował go przez chwilę.
— Co pan o tym myśli?
— Na razie nic.
— Musi pan mieć jakieś—
— Mam możliwości. To nie to samo.
Paweł odłożył długopis.
— Człowiek może znać góry trzydzieści lat i nadal złamać nogę.
— Wiem.
— Może się poślizgnąć. Spaść. Uderzyć w głowę. Po urazie może stracić orientację i zacząć iść w kierunku, którego normalnie nigdy by nie wybrał. Może próbować zejść do wody, ominąć przeszkodę, znaleźć łatwiejszy teren i odejść od własnej trasy.
Łukasz milczał.
— Do tego wychłodzenie, odwodnienie, reakcja organizmu na uraz. Niedźwiedź. Nawet dzik, jeśli sytuacja jest zła. Góry nie sprawdzają człowiekowi CV, zanim zrobi sobie krzywdę.
— Nie twierdzę, że Marek był niezniszczalny.
— Dobrze.
— Twierdzę, że się nie zgubił.
Paweł spojrzał na niego.
— To trochę inna rzecz.
— Wiem.
— Skąd pan to wie?
— Nie wiem.
Paweł nic nie powiedział.
Łukasz poprawił się:
— Nie mam dowodu. Mam powód, żeby w to nie wierzyć.
— Jaki?
— To nie był przypadkowy spacer.
— Już wiem.
— Nie. Wie pan, że wyprawa była zaplanowana. Nie wie pan jeszcze po co.
Paweł patrzył na niego chwilę.
— To proszę powiedzieć.
Łukasz nie zaczął od odpowiedzi.
Wyjął z torby cienki segregator.
Położył go obok mapy.
— Po poszukiwaniach zacząłem przeglądać rzeczy Marka. Chciałem znaleźć trasę. Cokolwiek, co powiedziałoby, gdzie zamierzał iść za obozem.
— Znalazł pan?
— Nie dokładną.
— Czyli?
Łukasz otworzył segregator.
W środku były wydruki zdjęć, map i kilka kartek z notatkami.
— Znalazłem to.
Paweł zerknął.
Na pierwszej stronie znajdowała się fotografia dużego tropu obok miarki.
Nie skomentował.
Łukasz przełożył kartkę.
Drugi ślad.
Potem mapa z kilkoma punktami.
— Marek robił to przez około siedem tygodni.
— Co dokładnie?
— Jeździł po lasach. Fotografował tropy. Nagrywał notatki. Zaznaczał miejsca. Porównywał je ze starymi materiałami naszego dziadka.
Paweł spojrzał znowu na dokumenty.
— Dziadka?
— Tak.
— Czego dotyczą?
— Lasu. Starych obserwacji. Dużych tropów, dźwięków, różnych rzeczy, których dziadek nie potrafił nazwać.
Paweł uniósł wzrok.
— I co pan z tego wywnioskował?
— Że Marek przez ostatnie tygodnie nie obserwował po prostu wilków.
Paweł nie zareagował.
Łukasz przesunął w jego stronę kolejną mapę.
— Tak mówił w domu. „Obserwuję wilki.” Tyle. Dopiero po jego zaginięciu zobaczyłem, ile tego zebrał.
— Wie pan, czego szukał?
— Nie.
— Ale uważa pan, że to ma związek z zaginięciem.
— Tak.
— Dlaczego?
Łukasz wskazał mapę.
— Bo pod koniec przestał tylko sprawdzać pojedyncze miejsca. Zaczął szukać kierunku.
Paweł spojrzał uważniej.
— Na jakiej podstawie?
— Na podstawie tych punktów.
— Pan to ustalił czy Marek?
— Jedno i drugie.
Paweł od razu zmarszczył brwi.
Łukasz zauważył.
— Nie mówię, że wiedział dokładnie, gdzie idzie od początku. Nie wiedział. W pierwszych tygodniach sprawdzał różne miejsca. Dopiero pod koniec zaznaczył większy rejon.
To było lepsze.
Paweł ponownie spojrzał na mapę.
— I ostatnia wyprawa prowadziła właśnie tam?
— Tak.
— Skąd pan wie?
— Bo obóz znaleziony przez służby leży przed tym obszarem.
— „Przed” zależy od założonej trasy.
— Wiem.
Łukasz wyjął jeszcze jedną kartkę.
— Dlatego mam trzy warianty.
Po raz pierwszy Paweł sam sięgnął po kartkę.
Na prostym wydruku były trzy linie wychodzące z okolicy znalezionego obozu.
Żadna nie prowadziła idealnie prosto.
Jedna szła grzbietem.
Druga omijała trudniejszy teren od zachodu.
Trzecia schodziła w dolinę.
— Kto to wyznaczył?
— Ja.
— Na podstawie?
— Jego map. Punktów. Starych oznaczeń dziadka. Tego, gdzie był obóz.
Paweł odłożył kartkę.
— Czy ktoś kompetentny terenowo to sprawdzał?
— Nie w ten sposób.
— Służby znały te materiały?
— Nie wszystkie. W czasie pierwszych poszukiwań rodzina nawet nie wiedziała, że istnieją.
Paweł patrzył na mapę jeszcze chwilę.
— A kiedy je pan znalazł?
— Po ograniczeniu głównej akcji.
— Pokazał je pan policji?
— Część.
— Reakcja?
— Że to nie daje konkretnego nowego miejsca. I mieli rację.
Paweł spojrzał na niego trochę uważniej.
Łukasz kontynuował:
— To są trzy możliwe kierunki, nie jeden. Część terenu była już sprawdzana. Nie mam podstaw, żeby iść do nich i powiedzieć: „wyślijcie znowu kilkudziesięciu ludzi, bo brat zaznaczał tu kiedyś tropy”.
— I dlatego jest pan tutaj.
— Tak.
Paweł zamknął segregator.
— Nie.
Łukasz nie poruszył się.
— Nie przyjmę tej sprawy.
Przez moment w biurze było cicho.
— Dlaczego?
— Bo na razie ma pan zaginionego człowieka w bardzo trudnym terenie i materiały, których znaczenia pan nie potrafi ocenić.
— Dlatego przyszedłem do pana.
— A ja nie jestem biologiem, tropicielem ani ratownikiem górskim.
— Ale analizuje pan takie—
— Analizuję informacje. To nie znaczy, że każdą sprawę powinienem brać.
Łukasz patrzył na niego bez złości.
— Uważa pan, że nie ma czego sprawdzać?
— Uważam, że istnieje bardzo proste wyjaśnienie, którego nie można odrzucić tylko dlatego, że pana brat znał las.
— Wypadek.
— Wypadek. Uraz. Zwierzę. Cokolwiek, po czym nie był w stanie wrócić.
— Bez śladu.
— Ludzie znikają bez śladu w znacznie łatwiejszym terenie.
Łukasz zacisnął usta.
Paweł mówił dalej, zanim rozmowa skręciła w emocje.
— Nie chcę brać od pana pieniędzy za obietnicę, której nie mogę spełnić. Duża, profesjonalna akcja poszukiwawcza już się odbyła. Jeśli mam wejść po niej i powiedzieć rodzinie „ja znajdę coś, czego oni nie znaleźli”, to muszę mieć powód większy niż przekonanie, że Marek był zbyt dobry, żeby zginąć w lesie.
— Nie oczekuję, że pan to powie.
— A czego pan oczekuje?
— Że pan spojrzy.
— Właśnie spojrzałem.
Łukasz pokręcił głową.
— Nie. Zobaczył pan kilka wydruków.
Paweł nic nie odpowiedział.
Łukasz otworzył torbę jeszcze raz.
Wyjął pendrive.
Potem drugi, starszy zeszyt.
Na koniec telefon, na którym wyświetlił listę plików audio.
Położył wszystko na stole.
— Zdjęcia są posegregowane datami. Nagrania też. Mapy ma pan papierowe i cyfrowe. Są notatki Marka i materiały dziadka. Marek zapisywał również rzeczy, które później sam uznawał za błędne.
To ostatnie zatrzymało Pawła.
— Jakie błędne?
— Trop, który najpierw uznał za dziwny, a później rozpoznał jako dwa nałożone ślady jelenia. Jest w nagraniach.
Paweł spojrzał na telefon.
— Nie usuwał tego?
— Nie.
— Co jeszcze?
— Nie wiem, co jest ważne. Gdybym wiedział, nie siedziałbym tutaj.
Łukasz położył obok pendrive’a małą kartkę.
Na niej były daty.
Pierwsza sprzed około siedmiu tygodni.
Ostatnia — dzień rozpoczęcia wyprawy, z której Marek nie wrócił.
— To nie są trzy zdjęcia znalezione przypadkiem w telefonie — powiedział Łukasz. — On prowadził dokumentację.
Paweł spojrzał na zakres dat.
Potem na mapę.
— Przez siedem tygodni?
— Mniej więcej.
— Regularnie?
— Tak.
— I kierunek w stronę obozu pojawia się dopiero pod koniec?
— Tak.
Paweł ponownie wziął kartkę z trzema wariantami.
Nie analizował ich.
Jeszcze nie.
Chodziło o coś prostszego.
Jeżeli Marek przez kilka tygodni zbierał informacje, dokumentował również pomyłki, a dopiero później zmienił sposób patrzenia na problem i wybrał konkretny rejon, to materiały nie były tylko zbiorem rodzinnych domysłów.
Nie znaczyło to, że Marek miał rację.
Nie znaczyło nawet, że wszystkie jego obserwacje dotyczyły tego samego zjawiska.
Znaczyło tylko, że istniał proces, który dało się sprawdzić.
Paweł odłożył kartkę.
— Nadal nie przyjmuję sprawy.
Łukasz skinął głową.
— Rozumiem.
— I nie będę jechał w góry tylko dlatego, że na zdjęciu jest duży ślad.
— Nie proszę o to.
— Nie będę też szukał żadnego potwora.
Pierwszy raz na twarzy Łukasza pojawiło się coś bliskiego irytacji.
— Ja też nie.
Paweł przez chwilę patrzył mu w oczy.
Potem wskazał materiały.
— Zostawi mi pan kopię?
Łukasz nie odpowiedział od razu.
— Tak.
— Całość. Nie wybór.
— Mam na pendrivie wszystko, co znalazłem cyfrowo. Resztę mogę zeskanować.
— Na razie to wystarczy.
Paweł wziął pendrive do ręki.
— Przejrzę chronologię. Mapy. Nagrania. Zobaczę, czy z tych siedmiu tygodni rzeczywiście wynika coś więcej niż wzór, który zobaczył pan, bo chciał go zobaczyć.
Łukasz przyjął to bez protestu.
— Kiedy?
— Jak skończę, zadzwonię.
— I wtedy zdecyduje pan, czy bierze sprawę?
— Wtedy zdecyduję, czy w ogóle jest sprawa, którą potrafię sensownie prowadzić.
Łukasz wstał.
Paweł zatrzymał go jeszcze jednym pytaniem.
— Jedna rzecz.
Łukasz spojrzał na niego.
— Gdyby z tych materiałów wynikało, że najbardziej prawdopodobna odpowiedź jest najprostsza — że pana brat zginął w górach — zaakceptuje pan to?
Łukasz długo nie odpowiadał.
— Jeśli będzie z czego taki wniosek wyciągnąć.
Paweł skinął głową.
— Dobrze.
Łukasz wyszedł.
Na biurku zostały mapy, kopie notatek i pendrive.
Paweł nie włączył żadnego nagrania.
Jeszcze nie.
Spojrzał tylko na daty zapisane na kartce.
Siedem tygodni uporządkowanych obserwacji.
Wystarczająco dużo, żeby sprawdzić, czy Marek Wrona przed zaginięciem rzeczywiście zobaczył w tych lasach coś, czego inni nie zauważyli.
Nie wszystko trafia do głównej opowieści.
Codex GameFiction to miejsce dla historii, materiałów
i NOWYCH światów, które pozostają poza głównymi publikacjami
na GameFiction.pl i YouTube.
Niepublikowane opowieści, dodatkowe materiały i rzeczy tworzone
specjalnie dla czytelników Codexu.
To osobna warstwa światów GameFiction.
Akt 3 — Dokąd to wraca?
Paweł nie zaczął od nagrań.
Najpierw zrobił to, co robił zawsze, kiedy dostawał zbyt dużo materiału naraz.
Podzielił wszystko na trzy grupy.
- Fakty.
- Interpretacje.
- Rzeczy, których na razie nie dało się ocenić.
Do pierwszej trafiły daty, współrzędne, fotografie z miarką, dokumentacja obozu, godziny nagrań i potwierdzone informacje z poszukiwań.
Do drugiej: część notatek Marka, jego przypuszczenia dotyczące tropów i kierunków, a także trzy warianty wyznaczone przez Łukasza.
Do trzeciej wrzucił prawie wszystko, co dotyczyło pytania najważniejszego.
Co właściwie Marek obserwował.
Tego nie wiedział.
I nie zamierzał udawać, że po godzinie przy biurku będzie wiedział więcej od człowieka, który spędził siedem tygodni w terenie.
Zaczął od czasu.
Pierwsze materiały pojawiały się krótko po znalezieniu martwego niedźwiedzia.
Nie musiał długo oglądać zdjęć, żeby zrozumieć, dlaczego Marek się zatrzymał.
Nie chodziło o samą padlinę.
Fotografie pokazywały rozległe zniszczenie roślinności, krew w kilku miejscach i duże ślady obok tropów niedźwiedzia.
Paweł powiększył jedno zdjęcie.
Potem drugie.
Nie próbował identyfikować gatunku.
Nie miał do tego podstaw.
Zwrócił uwagę na coś innego.
Marek fotografował szeroko.
Nie tylko interesujący odcisk.
Całą scenę.
Kierunki.
Odległości.
Punkty odniesienia.
To było sensowne.
Następne materiały zaczynały się dopiero kilka dni później.
Stare zeszyty.
Mapy dziadka.
Pierwsze wyprawy Marka.
Paweł przejrzał daty i od razu zobaczył, że historia nie rozwijała się tak, jak sugerowałaby dobra opowieść.
Nie było prostego ciągu odkryć.
Były przerwy.
Puste wyjścia.
Punkty, do których Marek wrócił i niczego nie znalazł.
Jedna fotografia dużego odcisku miała później dopisek: jeleń, dwa ślady nałożone.
Paweł zatrzymał się przy niej dłużej niż przy większości bardziej efektownych zdjęć.
Nie dlatego, że była ciekawa.
Właśnie dlatego, że nie była.
Marek zachował własny błąd.
Nie wyciął go z dokumentacji.
Nie poprawił historii po fakcie.
To zmieniało sposób, w jaki Paweł patrzył na resztę.
Przewinął dalej.
Kolejna wyprawa.
Nic.
Następna.
Duży trop przy potoku.
Później obserwacja z ambony.
Sierść.
Znów kilka dni bez konkretnego wyniku.
Nie wyglądało to na pracę człowieka, który najpierw wymyślił odpowiedź, a potem zaczął szukać potwierdzeń.
Raczej jak ktoś, kto próbował zrozumieć, czy w ogóle ma problem.
Paweł zapisał jedno zdanie.
Marek rejestruje również dane przeciwko własnej hipotezie.
Potem je skreślił.
Za mocne.
Nie wiedział jeszcze, jaka była hipoteza Marka.
Zastąpił je prostszym:
Nie odrzuca niepasujących obserwacji.
To wystarczało.
Po dwóch godzinach miał linię czasu.
Nie piękną.
Nie pełną.
Wystarczającą.
Martwy niedźwiedź.
Powrót do materiałów dziadka.
Kilka miejsc bez wyników.
Pierwsze nietypowe tropy.
Obserwacja ruchu dużego zwierzęcia przy ambonie.
Kolejne ślady.
Różne rozmiary.
Dźwięki.
Dopiero później mapy zaczynały się zagęszczać.
Paweł powiększył widok na ekranie.
Na początku punkty Marka były rozrzucone.
Nie tworzyły niczego, co sam uznałby za wzór.
Mógł z nich ułożyć kilka historii, jeśli bardzo by chciał.
To był zły znak.
A właściwie dobry.
Gdyby od początku wszystkie punkty prowadziły idealnie w jeden rejon, pierwszym podejrzeniem Pawła byłoby to, że Marek wybierał tylko miejsca pasujące do teorii.
Tutaj było inaczej.
Pierwsze tygodnie wyglądały chaotycznie.
Dopiero później część lokalizacji zaczynała się układać w większe ciągi terenowe.
Paweł naniósł je na współczesną mapę.
Potem na starszą.
Później dodał kilka oznaczeń dziadka.
Nie próbował robić wszystkiego ręcznie. Wrzucił daty, przybliżone pozycje i opisy do prostego narzędzia, którego używał czasem do porządkowania większych zbiorów informacji.
AI pomogła mu ujednolicić nazwy miejsc, zestawić daty i pogrupować punkty według odległości.
Tyle.
Nie pytał jej, co żyje w lesie.
Nie pytał, gdzie znajduje się „cel”.
Interesowało go tylko, czy sam czegoś nie przeoczył.
Po automatycznym uporządkowaniu punkty nadal wyglądały tak samo.
Przez pierwszą część okresu — rozrzut.
Pod koniec — coraz częstszy kierunek na południe i południowy wschód.
Paweł cofnął widok.
Sprawdził, czy podobny wzór nie wynika po prostu z dróg, dolin albo miejsc łatwiej dostępnych dla Marka.
Częściowo tak.
Naturalne przejścia zbierały punkty w określonych pasach.
Ale nie wszystkie.
Kilka późniejszych obserwacji nie wynikało z wygody dojścia.
Wręcz przeciwnie.
Marek zaczął sprawdzać miejsca trudniejsze.
Paweł otworzył jedną z późniejszych notatek.
Nie było w niej nic spektakularnego.
Tylko kierunek przejścia przez młodnik.
Potem punkt z dwoma zestawami tropów.
Potem dźwięk z innego rejonu.
Osobno każdy z nich znaczył niewiele.
Razem pokazywały zmianę pytania.
Na początku Marek próbował ustalić, co zostawia ślady.
Pod koniec coraz częściej zapisywał, dokąd prowadzą.
Paweł spojrzał na własną oś czasu.
Powiedział cicho:
— No właśnie.
W pierwszych notatkach wracało:
co to jest,
do czego pasuje,
czy to wilk,
czy ślad jest zniekształcony.
W późniejszych:
kierunek,
połączenie punktów,
przejścia,
obszar.
Marek nie znalazł odpowiedzi na pierwsze pytanie.
Zmienił więc pytanie.
Nie: co to jest?
Dokąd to wraca?
Paweł odsunął krzesło.
To było pierwsze odkrycie, które rzeczywiście uważał za ważne.
Nie dlatego, że wskazywało gatunek.
Nie wskazywało niczego takiego.
Pokazywało proces.
Przez większość siedmiu tygodni Marek nie wiedział jeszcze, w którą stronę ostatecznie pójdzie.
Kierunek wyłonił się z danych.
Dopiero pod koniec.
To zgadzało się z tym, co mówił Łukasz.
I było widoczne niezależnie od jego interpretacji.
Różne rozmiary tropów zostawił na później.
Było ich wystarczająco dużo, żeby zwrócić uwagę.
Za mało, żeby być pewnym czegokolwiek.
Na jednym zdjęciu odcisk był duży i głęboki.
Na innym wyraźnie mniejszy.
Kolejny wyglądał podobnie, ale był częściowo zniszczony.
Paweł zestawił fotografie obok siebie.
Podłoże zmieniało wszystko.
Błoto rozszerzało krawędzie.
Piaszczyste podłoże lepiej zachowywało szczegóły.
Częściowy odcisk mógł wyglądać krócej.
Na części zdjęć nie dało się nawet pewnie ocenić, czy ślad był kompletny.
Marek sam to zaznaczał.
To było rozsądne.
Dopiero fotografie z jednego z późniejszych dni wyglądały lepiej.
Dwa zestawy.
Podobne podłoże.
Wyraźna różnica rozmiaru.
Paweł odnalazł odpowiadające im nagranie.
„Mogły powstać w różnym czasie. Nie zakładam, że zwierzęta szły razem.”
Pauza.
„Ale jeżeli to ten sam rodzaj zwierzęcia, nie szukam jednego osobnika.”
Paweł zatrzymał plik.
Nie zapisał tego jako wniosku.
Zapisał:
więcej niż jeden osobnik — możliwe, niepotwierdzone.
To było wszystko, na co pozwalały dane.
Mógł istnieć jeden duży osobnik i kilka błędnie przypisanych śladów.
Mogły być dwa osobniki.
Mogły to być nawet różne znane zwierzęta, które Marek połączył ze sobą z powodu podobieństwa.
Paweł nie miał sposobu, żeby rozstrzygnąć to z fotografii.
Ale nie mógł już uczciwie powiedzieć, że różnica wielkości bierze się wyłącznie z podłoża.
Nie zawsze.
Najważniejsze nagranie znalazł po dwudziestej drugiej.
Do tego czasu zdążył już przestać traktować sprawę jak przysługę dla Łukasza.
Nie znaczyło to, że ją przyjął.
Po prostu analiza zaczęła mieć własną logikę.
Plik trwał krótko.
Marek mówił spokojnie o nieudanej obserwacji.
Podawał godzinę.
Miejsce.
Warunki.
Potem urywał zdanie.
Z głośnika laptopa popłynął odległy dźwięk.
Paweł cofnął nagranie.
Puścił ponownie.
Wycie.
Tak brzmiało przy pierwszym odsłuchu.
Ale nie chciał przywiązywać się do pierwszego skojarzenia.
Nagranie z telefonu ścinało część częstotliwości. Odległość zniekształcała barwę. Las i zbocza robiły resztę.
Marek mówił:
„Znowu to słyszę.”
Potem:
„Południe. Może południowy wschód. Daleko.”
Przerwa.
Drugi głos.
Paweł od razu przewinął kilka sekund i posłuchał ponownie.
Podobny.
Nie identyczny.
Ale urządzenie i odległość nie pozwalały na wiele.
Marek na nagraniu milczał dłużej.
Potem:
„Drugi dźwięk z innego kierunku.”
Jeszcze chwila.
„To nie było echo.”
Paweł zdjął słuchawki.
Nie zapisywał niczego przez prawie minutę.
W górach dźwięk potrafił oszukiwać.
To było pierwsze wyjaśnienie.
Głos odbijał się od zboczy, zmieniał kierunek, przychodził z opóźnieniem.
Drugie: mogły odezwać się dwa zwyczajne zwierzęta.
Wilki.
Psy.
Coś, czego nagranie z telefonu nie oddawało wiernie.
Trzecie: Marek mógł się pomylić.
Był na miejscu.
Zmęczony.
Skupiony na problemie od tygodni.
Ale właśnie ten ostatni punkt nie dawał Pawłowi spokoju.
Marek zwykle zaznaczał niepewność.
Tutaj też.
„Południe. Może południowy wschód.”
Nie udawał dokładności.
A jednak po drugim dźwięku powiedział jednoznacznie:
„To nie było echo.”
Paweł uruchomił nagranie jeszcze raz.
Nie po to, żeby doszukiwać się w nim czegoś niezwykłego.
Chciał sprawdzić, czy Marek rzeczywiście miał powód zwrócić uwagę na drugi kierunek.
Z samego pliku nie potrafił tego potwierdzić.
Nie potrafił też tego odrzucić.
Zapisał:
audio — identyfikacja niemożliwa.
Niżej:
dwa źródła dźwięku? do sprawdzenia w terenie / z topografią.
To było uczciwe.
Następnego dnia wrócił do map.
Tym razem z lokalizacją odnalezionego obozu.
Punkt znajdował się głęboko w rejonie, który pojawiał się dopiero w końcowej części materiałów Marka.
To nadal nie dowodziło, że Marek miał rację.
Ale potwierdzało coś innego.
Nie poszedł tam przypadkiem.
Paweł nałożył miejsce obozu na późniejsze punkty.
Potem na stare oznaczenia dziadka.
Nie tworzyły strzałki.
I dobrze.
Prawdziwy teren rzadko wyglądał jak schemat.
Łukasz wyznaczył trzy dalsze warianty.
Paweł przyjrzał im się po kolei.
Pierwszy prowadził grzbietem.
Na mapie wyglądał najprościej.
Drugi schodził nieco niżej i obchodził trudniejszy fragment.
Trzeci przecinał dolinę.
Każdy był możliwy.
Każdy mógł być zły.
Na ekranie można było ocenić nachylenie.
Nie dało się ocenić wszystkiego.
Gęstości młodnika.
Stanu starych dróg.
Powalonych drzew.
Rozmokłych przejść.
Tego, gdzie człowiek z dużym doświadczeniem zobaczyłby naturalny wariant marszu, a gdzie ktoś siedzący przy komputerze widział tylko krótszą linię.
Paweł powiększył zdjęcia satelitarne.
Potem zmienił warstwę mapy.
Niewiele to dało.
Mógł analizować dane godzinami i nadal nie wiedzieć, czy zejście wyglądające sensownie na ekranie jest w rzeczywistości męczące, ryzykowne albo po prostu głupie.
To była granica jego pracy.
Nie lubił granic, których nie dało się obejść kolejną informacją.
Ale ta była oczywista.
Potrzebował kogoś, kto patrząc na mapę, zobaczy teren.
Nie piksele.
Zamknął laptop.
Wiedział już, do kogo zadzwoni.
Mariusz odebrał po trzecim sygnale.
— Jak czegoś chcesz, to nie mam czasu.
Paweł spojrzał na telefon.
— Cześć tobie też.
— Ty nigdy nie dzwonisz bez powodu.
— Dzwoniłem w zeszłym miesiącu.
— Bo chciałeś pożyczyć przyczepkę.
— Czyli prywatnie.
— Grzech, czego chcesz?
Paweł uśmiechnął się.
— Żebyś spojrzał na mapę.
Po drugiej stronie zapadła krótka cisza.
— To brzmi jak początek czegoś, za co potem będę cię nie lubił.
— Już mnie nie lubisz.
— Przyzwyczaiłem się.
Paweł odsunął kartkę z trzema wariantami.
— Mam zaginięcie w Beskidzie Niskim. Człowiek z doświadczeniem terenowym. Służby znalazły jego wcześniejszy obóz, potem ślad się urywa. Zostały trzy możliwe kierunki.
Ton Mariusza od razu się zmienił.
— Kiedy?
Paweł podał datę.
— GOPR to prowadził?
— Między innymi. Ty w tym nie byłeś.
— Nie.
— Chcę, żebyś zobaczył dokumentację i powiedział mi, czy te trasy w ogóle mają sens.
— Wyślij.
— Wolę pokazać ci wszystko razem.
— Dużo tego?
Paweł spojrzał na mapy, notatki i laptop.
— Wystarczająco.
— Dzisiaj?
— Możesz?
Mariusz westchnął.
— Po dziewiętnastej.
— U mnie?
— Dobra. Ale jak mam siedzieć nad twoimi mapami, to przynajmniej nakarm mnie czymś normalnym.
— Czyli przyjedziesz.
— Powiedziałem coś takiego?
— Dziewiętnasta trzydzieści.
— Paweł.
— Dziewiętnasta trzydzieści.
Mariusz rzucił krótkie przekleństwo.
Paweł rozłączył się z uśmiechem.
Położył telefon obok trzech wariantów trasy.
Nie wiedział, który z nich wybrał Marek.
Nie wiedział, co zostawiało ślady.
Nie wiedział, czym były głosy na nagraniu.
Ale po raz pierwszy od chwili, kiedy Łukasz wszedł do jego biura, wiedział jedną rzecz.
Materiały Marka nie były przypadkowym zbiorem dziwnych obserwacji.
Tworzyły proces.
A ten proces rzeczywiście prowadził gdzieś dalej.
Żeby zrobić następny krok, Paweł potrzebował człowieka, który potrafił powiedzieć mu, co na tej mapie było prawdziwą drogą, a co tylko linią na ekranie.
Akt 4 — Nie jedno
Mariusz wszedł o dziewiętnastej trzydzieści cztery.
Spojrzał na Pawła, potem na stół zastawiony mapami.
— Cztery minuty — powiedział Paweł.
— Sprawdzałeś?
— Oczywiście.
— Właśnie dlatego ludzie cię unikają.
Mariusz postawił na krześle niewielką torbę.
Był od Pawła niższy i wyraźnie lżejszy. Nie miał też tej masy mięśniowej, którą Paweł częściowo zachował po latach treningu. Miał za to coś innego — lekkość ruchu człowieka, który nadal regularnie chodził, biegał i potrafił spędzić cały dzień w terenie bez zastanawiania się, czy następnego ranka będzie mógł zejść po schodach.
Spojrzał jeszcze raz na stół.
— To ta mapa, na którą miałem tylko spojrzeć?
— Trochę urosła.
— Zawsze ci rośnie.
Paweł przesunął w jego stronę krzesło.
— Siadaj.
— Najpierw ustalmy jedną rzecz.
— Jaką?
— Jest jedzenie?
Paweł wskazał papierową torbę na parapecie.
Mariusz zajrzał.
— Dobra. Możemy pracować.
Na tym żarty się skończyły.
Paweł potrzebował mniej niż pięciu minut, żeby wprowadzić go w sprawę.
Doświadczony myśliwy i człowiek lasu.
Beskid Niski.
Samotna, zaplanowana wyprawa.
Odnaleziony po czterech dniach wcześniejszy obóz.
Brak dalszego pewnego tropu.
Przed zaginięciem około siedmiu tygodni własnych obserwacji.
Pod koniec tych obserwacji — coraz wyraźniejszy kierunek prowadzący w głębszy teren.
Trzy warianty dalszego marszu wyznaczone później przez brata zaginionego.
Mariusz słuchał bez przerywania.
Dopiero kiedy Paweł skończył, wskazał mapę.
— Pokaż samochód.
Paweł wskazał.
— Obóz?
Drugi punkt.
Mariusz przesunął palcem między nimi.
— I ten człowiek znał teren?
— Bardzo dobrze.
— Nocował świadomie czy utknął?
— Nocleg planował od początku. Sam punkt nie był ustalony wcześniej.
— Czyli wybrał miejsce w marszu.
— Tak.
Mariusz przyjrzał się poziomicom.
— Rozsądne.
— Co?
— Miejsce. Grzbiet, nie dno doliny. Woda niedaleko. Bez potrzeby schodzenia niżej na noc.
Paweł wskazał trzy linie naniesione przez Łukasza.
— Za obozem mamy to.
Mariusz nie odpowiedział od razu.
Przysunął mapę.
Pierwsza trasa szła grzbietem.
Druga obchodziła fragment terenu od zachodu.
Trzecia schodziła głębiej, przecinała dolinę i wracała wyżej.
— Kto to wyrysował?
— Łukasz. Brat Marka.
— Ratownik?
— Nie.
— Góry?
— Kiedyś znał te okolice lepiej. Od dwudziestu pięciu lat mieszka w Poznaniu.
Mariusz skinął głową.
— Czyli nie głupie, ale trzeba uważać.
— Właśnie dlatego tu jesteś.
— Myślałem, że dla jedzenia.
— To też.
Mariusz nachylił się nad mapą.
— Ten pierwszy jest najbardziej oczywisty.
— Też tak pomyślałem.
— I dlatego wcale nie musi być najlepszy.
Paweł spojrzał na niego.
Mariusz przesunął palec wzdłuż grzbietu.
— Na papierze masz prostą drogę. W terenie możesz mieć stare wykroty, młodnik, fragment tak zarośnięty, że pół kilometra robisz godzinę. Do tego jeśli tu jest to, co wygląda mi na stromsze zejście…
Powiększył fragment mapy na ekranie.
— Tak. Tu bym uważał.
— Odrzucasz?
— Nie. Bez zobaczenia miejsca nie odrzucam niczego.
Przeszedł do drugiego wariantu.
— Ten wygląda mniej elegancko, ale człowiek, który zna teren, może go wybrać właśnie dlatego. Omijasz najgorszy odcinek, tracisz trochę wysokości, ale nie walczysz przez pół dnia z każdym metrem.
— A trzeci?
Mariusz patrzył chwilę.
— Najciekawszy.
— Dlaczego?
— Bo nie wiem, po co miałby nim iść.
Paweł uniósł brwi.
— To przemawia przeciwko niemu.
— Nie powiedziałem.
Mariusz wskazał kilka późniejszych punktów Marka.
— Jeśli chciał dojść tutaj albo sprawdzić tę dolinę, ma sens. Jeśli celem było tylko przesunąć się dalej na południe, niepotrzebnie traci wysokość.
Paweł poprawił:
— Nie znamy celu.
— No właśnie.
— Znamy rejon, który zaczął go interesować pod koniec obserwacji.
Mariusz pokiwał głową.
— W takim razie ten wariant zostaje.
Przez następne kilka minut pracowali nad trzema liniami.
Nie wybierali zwycięzcy.
Mariusz wskazał dwa miejsca, które na mapie Pawła wyglądały niewinnie, a w rzeczywistości mogły znacząco spowolnić marsz. Jeden z wariantów uznał za mniej naturalny dla człowieka zmęczonego po noclegu, ale nie na tyle, by go skreślić. Dwa pozostałe były sensowne z różnych powodów.
W końcu odsunął mapę.
— Z samego tego nie powiem ci, którędy poszedł.
— Tego się spodziewałem.
— Ale mogę ci powiedzieć coś innego.
Paweł czekał.
Mariusz wskazał obóz.
— On nie znalazł się tutaj przypadkiem.
— Dlaczego?
— Bo wcześniej też podejmował logiczne decyzje terenowe. Miejsce noclegu jest sensowne. Dojście jest sensowne. A jeśli te późniejsze punkty naprawdę były tym, co chciał sprawdzać, kierunek też się zgadza.
Przesunął palec dalej.
— Człowiek nie idzie tyle godzin w taki teren tylko dlatego, że źle skręcił przy samochodzie.
Paweł spojrzał na mapę.
— To nie znaczy, że miał rację co do tego, czego szukał.
— Nie.
— Ani że później nie zrobił błędu.
— Też nie.
Mariusz oparł się o krzesło.
— Ale wejście było celowe.
Tego właśnie Paweł chciał się dowiedzieć.
— Teraz posłuchaj tego.
Paweł uruchomił nagranie.
Nie mówił Mariuszowi, na co ma zwrócić uwagę.
Głos Marka zabrzmiał z głośników.
Krótka notatka terenowa.
Potem przerwana wypowiedź.
Odległe wycie.
Mariusz podniósł wzrok.
„Znowu to słyszę.”
Paweł nic nie powiedział.
Na nagraniu Marek próbował określić kierunek.
Potem odezwał się drugi głos.
Mariusz odruchowo przechylił głowę.
„Drugi dźwięk z innego kierunku.”
Pauza.
„To nie było echo.”
Nagranie się skończyło.
— Jeszcze raz — powiedział Mariusz.
Paweł odtworzył.
Tym razem Mariusz zamknął oczy.
Po drugim głosie Mariusz uniósł rękę.
— Cofnij.
Kilka sekund.
Ponownie.
Mariusz otworzył oczy.
— Masz dokładne miejsce?
— Przybliżone. Marek zapisał punkt.
Paweł pokazał go na mapie.
Mariusz obejrzał układ zboczy.
— Echo jest możliwe.
— Też tak uznałem.
— W takim terenie dźwięk potrafi przyjść z miejsca, którego się nie spodziewasz.
— Marek twierdził, że drugi był z innego kierunku.
— Marek stał tam. To działa na jego korzyść.
Mariusz znów spojrzał na mapę.
— Ale był też człowiekiem, nie urządzeniem pomiarowym.
— Czyli?
— Czyli mógł źle ocenić.
— Wilk?
Mariusz skrzywił się lekko.
— Może.
— Pies?
— Może.
— Dwa zwierzęta?
Mariusz spojrzał na Pawła.
— Może.
— Bardzo pomocne.
— Chcesz uczciwej odpowiedzi czy ładnej?
— Uczciwej.
Mariusz wskazał komputer.
— Nie wiem.
Paweł nic nie powiedział.
Mariusz znał góry.
Znał odgłosy lasu znacznie lepiej niż Paweł. Przez lata słyszał zwierzęta z różnych odległości, przy różnej pogodzie, między zboczami, w nocy, przy wietrze i podczas poszukiwań.
Nie powiedział, że nagranie jest niezwykłe.
Nie powiedział też, że jest normalne.
Powiedział tylko:
Nie wiem.
Paweł uznał to za wystarczająco ważne.
Pokazał mu kilka fotografii.
Nie całe archiwum.
Miejsce martwego niedźwiedzia.
Najlepiej zachowane tropy.
Dwa zestawy śladów o różnych rozmiarach.
Mariusz długo patrzył na pierwszą serię.
— Co zabiło niedźwiedzia?
— Nie wiem.
— Sekcja?
— Nie mam.
— Czyli ze zdjęć mogę ci powiedzieć tyle, że było tam dużo ruchu.
— Marek uważał, że walka.
— To wygląda jak walka.
Paweł przesunął zdjęcie.
— Tropy.
Mariusz obejrzał odcisk z miarką.
Potem następny.
— Duże.
— Wilk?
— Nie będę identyfikował tropu z fotografii, jeśli nie muszę.
— Nie musisz.
Mariusz przeszedł dalej.
Przy dwóch zestawach zatrzymał się.
— Te były w jednym miejscu?
— Tak.
— To samo podłoże?
— Według Marka porównywalne.
Mariusz powiększył zdjęcie.
— Tu różnica jest realna.
— Też tak uznałem.
— To nadal nie mówi ci, że masz dwa zwierzęta.
— Wiem.
— Jeden zestaw może być starszy. Różnice mogą wynikać z nacisku, niepełnego odcisku albo zniekształcenia podłoża.
— Ale?
Mariusz spojrzał na niego.
— Ale nie próbowałbym tłumaczyć wszystkiego samym błotem.
Paweł odsunął komputer.
— Czyli nadal nie wiemy.
— Zaczynasz łapać.
Paweł uśmiechnął się krótko.
Mariusz wrócił do zdjęcia.
— Co Marek o tym napisał?
Paweł odtworzył odpowiedni fragment wcześniejszego nagrania.
„Mogły powstać w różnym czasie. Nie zakładam, że zwierzęta szły razem.”
Potem:
„Ale jeżeli to ten sam rodzaj zwierzęcia, nie szukam jednego osobnika.”
Mariusz popatrzył na Pawła.
— Przynajmniej wiedział, czego nie wie.
— To mi się w nim podoba.
— Tobie się podoba każdy, kto robi notatki.
— Nieprawda.
— Masz notatkę o tym, że robisz notatki?
Paweł zamknął laptop.
— Skończyłeś?
— Na razie.
Przez chwilę siedzieli bez rozmowy.
Mariusz ponownie spojrzał na mapę.
— Co właściwie chcesz zrobić?
— Jeszcze dziś rano nie wiedziałem, czy chcę robić cokolwiek.
— A teraz?
Paweł nie odpowiedział od razu.
Na stole miał trzy rzeczy, których wcześniej nie miał.
Potwierdzenie, że ostatnia wyprawa Marka miała sens jako świadome wejście w wybrany rejon.
Ocenę człowieka terenowego, że żadnej z kluczowych obserwacji nie da się łatwo zamknąć jednym prostym wyjaśnieniem.
I granicę.
Mapy przestały wystarczać.
— Przyjmę to — powiedział.
Mariusz spojrzał na niego.
— Sprawę?
— Tak.
— Czyli jednak coś cię gryzie.
— Kilka rzeczy.
Paweł zaczął je liczyć bez podnoszenia palców.
— Marek robił to prawie siedem tygodni. Zapisywał też własne błędy. Kierunek pojawił się dopiero pod koniec, więc nie wygląda na to, że od początku próbował dopasować wszystko do jednego miejsca. Obóz leży na drodze do rejonu, który zaczął go interesować. Tropy nie są identyczne. Nagrania nie potrafimy wyjaśnić. A te trzy trasy…
Spojrzał na Mariusza.
— …bez terenu są tylko teorią.
— Są.
— Czyli następnego kroku nie zrobię tutaj.
Mariusz oparł łokcie o stół.
— I co to znaczy dla mnie?
— Na razie nic.
— Kłamiesz.
— Jeszcze nic.
Mariusz westchnął.
— Wiedziałem, że nie przyjeżdżam tylko oglądać mapy.
— Zawsze możesz odmówić.
— Ty też kiedyś mogłeś odmówić, jak chciałem cię namówić na pierwszy trening.
— Miałem piętnaście lat.
— I już wtedy wszystko analizowałeś.
Paweł spojrzał na niego.
— Jeśli pojadę w teren, chcę cię ze sobą.
Mariusz przestał się uśmiechać.
Nie odpowiedział od razu.
— Jak będziesz wiedział, po co jedziemy, pogadamy.
Paweł skinął głową.
To wystarczało.
Do Łukasza zadzwonił po dwudziestej pierwszej.
Odebrał szybko.
— Tak?
— Paweł Grzech.
— Wiem.
Paweł przez chwilę patrzył na mapy.
— Przyjmuję sprawę.
Po drugiej stronie zapadła cisza.
— Znalazł pan coś?
— Znalazłem wystarczająco dużo, żeby uznać, że warto sprawdzić to dalej.
— Co?
— Nie przez telefon. I nie mam dla pana rozwiązania.
Łukasz odetchnął.
— Rozumiem.
— Chcę, żeby jedna rzecz była jasna od początku.
— Jaka?
— Nie obiecuję, że Marek żyje.
Łukasz milczał.
Paweł mówił dalej spokojnie.
— Nie obiecuję też, że znajdziemy ciało. Mogę dojść do odpowiedzi, której pan nie chce usłyszeć. Mogę również dojść do punktu, w którym nadal nie będzie można niczego uczciwie powiedzieć.
— Rozumiem.
— Nie pytam, czy pan to rozumie teoretycznie.
Krótka pauza.
— Rozumiem — powtórzył Łukasz. — Chcę wiedzieć, co się stało.
— Dobrze.
— Co teraz?
— Teraz uporządkujemy to, czego potrzebuję od pana. Potem zdecydujemy o następnych krokach.
Nie mówił o wyjeździe.
Jeszcze nie.
Nie było potrzeby planować go w tej rozmowie.
— Zadzwoni pan jutro?
— Tak.
— Dobrze.
Paweł zakończył połączenie.
Mariusz siedział po drugiej stronie stołu.
— Czyli oficjalnie się wpakowałeś.
— Oficjalnie przyjąłem sprawę.
— Brzmi lepiej.
— Bo jest lepiej.
— Jasne.
Mariusz wstał.
— Jutro mam normalne życie.
— Ja też.
— Ty masz tabelki.
— Mam dzieci.
— No dobra. To masz argument.
Paweł wskazał torbę z jedzeniem.
— Zabierz resztę.
Mariusz zajrzał do środka.
— Tego bym nie dał nawet psu.
— Piętnaście minut temu jadłeś.
— W sytuacji kryzysowej.
Paweł pokręcił głową.
Mariusz wziął kurtkę.
Przy drzwiach zatrzymał się.
— Paweł.
— Co?
— To nagranie.
— Wiem.
— Nie. Nie wiesz.
Paweł spojrzał na niego.
Mariusz przez moment szukał słów.
— Ja naprawdę nie wiem, co tam słychać.
— Dlatego ci je puściłem.
Mariusz skinął głową.
Wyszedł.
Paweł został sam.
Nie wrócił do pełnej analizy.
Nie miało to już sensu.
Sprawa zmieniła status.
Wcześniej próbował odpowiedzieć na pytanie, czy istnieje wystarczający powód, żeby w ogóle się nią zajmować.
Teraz odpowiedź znał.
Pozostawało inne pytanie.
Co właściwie wydarzyło się w tych lasach.
Na ekranie miał trzy fotografie.
Największy dobrze zachowany trop.
Mniejszy odcisk z podobnego podłoża.
Dwa zestawy śladów sfotografowane tego samego dnia.
Obok otwarty był plik audio.
Nie uruchamiał go.
Pamiętał oba głosy.
Pierwszy.
Potem drugi.
Z innego kierunku, przynajmniej według Marka.
Do tego dochodziły wcześniejsze obserwacje ruchu.
Raz z jednej strony.
Innym razem z innej.
Nic z tego osobno nie wystarczało.
Tropy mogły być zniekształcone.
Dźwięk mógł oszukiwać.
Marek mógł połączyć zdarzenia, które nie miały wspólnej przyczyny.
To nadal pozostawało możliwe.
Ale obok tej wersji pojawiła się druga.
Paweł wcześniej traktował ją jako roboczą hipotezę zapisaną przy zdjęciach.
Więcej niż jeden osobnik — możliwe, niepotwierdzone.
Teraz brzmiała inaczej.
Nie dlatego, że pojawił się nowy dowód.
Dlatego, że kilka niezależnych rzeczy przestało jej przeczyć.
Paweł patrzył na fotografie jeszcze chwilę.
Marek mógł się mylić co do wielu rzeczy.
Mógł źle ocenić trop.
Źle usłyszeć kierunek.
Połączyć obserwacje, które nie powinny zostać połączone.
Ale jeśli nie pomylił się we wszystkim naraz, należało dopuścić jedną możliwość.
Marek Wrona mógł nie śledzić jednego zwierzęcia.
Zobacz wszystkie części serii Dogman
Najczęściej zadawane pytania o Dogman: Część 2
O czym jest Dogman część 2?
Dogman część 2 skupia się na zaginięciu Marka Wrony i materiałach, które pozostawił po sobie przed ostatnią wyprawą. Jego brat Łukasz zwraca się do Pawła z prośbą o przeanalizowanie zdjęć, map, nagrań i notatek zbieranych przez Marka przez około siedem tygodni.
Kim jest Paweł Grzech?
Paweł to były żołnierz GROM, który po zakończeniu służby zajmuje się analizą trudnych i niejasnych spraw. Nie szuka sensacyjnych odpowiedzi. Zamiast tego oddziela fakty od przypuszczeń i przede wszystkim próbuje ustalić, czego jeszcze nie wie.
Dlaczego Paweł początkowo nie chce przyjąć sprawy Marka?
Paweł uważa, że zaginięcie w trudnym górskim terenie może mieć wiele zwyczajnych przyczyn, takich jak wypadek, uraz lub spotkanie z dzikim zwierzęciem. Nie chce obiecywać Łukaszowi rozwiązania sprawy bez konkretnych podstaw.
Jakie materiały pozostawił Marek Wrona?
Marek pozostawił zdjęcia tropów, mapy, nagrania terenowe, oznaczone lokalizacje oraz materiały swojego dziadka. Ważne jest również to, że dokumentował własne pomyłki i nie usuwał obserwacji, które później okazywały się błędne.
Co oznacza pytanie „Dokąd to wraca?”
Podczas analizy Paweł zauważa, że z czasem Marek przestał koncentrować się wyłącznie na pytaniu, jakie zwierzę pozostawia ślady. Zaczął szukać kierunku, w którym prowadzą kolejne obserwacje, i większego obszaru, do którego mogą być powiązane.
Czy w części 2 zostaje potwierdzone istnienie Dogmana?
Nie. Część 2 nie daje jednoznacznej odpowiedzi, czym było zwierzę obserwowane przez Marka. Materiały wskazują jedynie, że część tropów i nagrań trudno łatwo wyjaśnić, a różnice w rozmiarach śladów dopuszczają możliwość, że nie chodziło o jeden osobnik.
