Marek Wrona w ciemnym beskidzkim lesie, obserwowany przez ukrytą między drzewami postać Dogmana

Dogman: Ślady, których nie powinno być | Część 1

Dogman to mroczna opowieść o Marku Wronie, który w beskidzkim lesie trafia na martwego niedźwiedzia, niezwykle duże tropy i ślady prowadzące do zapisków jego dziadka sprzed wielu lat. Z każdą kolejną wyprawą coraz trudniej uwierzyć, że po tych lasach porusza się tylko zwykły wilk.


Nie każda historia kończy się tam, gdzie kończy się film.

Codex GameFiction otwiera tę część naszych światów, która pozostaje poza głównymi publikacjami:
niepublikowane historie, ukryte materiały, dodatkowe fragmenty światów i treści tworzone specjalnie dla czytelników Codexu.

To nie jest kopia tego, co znajdziesz na YouTube czy GameFiction.pl.
To osobna warstwa tych historii.


Wejdź do Codexu


Akt 1 — Coś było w tym lesie

Marek miał jedenaście lat, kiedy po raz pierwszy zobaczył, że jego dziadek boi się lasu.

Nie zapamiętał dokładnej daty. Po latach potrafił odtworzyć porę roku, pogodę, nawet niektóre szczegóły ubrania, ale nie dzień. Musiała być druga połowa września albo początek października. Liście buków zaczynały już żółknąć, lecz większość wciąż trzymała się gałęzi. Rano było chłodno. W niższych miejscach między drzewami utrzymywała się wilgoć, a ziemia miała ten ciężki zapach, który pojawiał się po kilku dniach deszczu.

Dziadek zabierał go wtedy do lasu coraz częściej.

Nie były to prawdziwe polowania. Marek był za młody, a dziadkowi chyba bardziej zależało na tym, żeby chłopak nauczył się patrzeć, niż żeby cokolwiek zobaczył z bliska.

— Tutaj — powiedział tamtego ranka.

Stał przy błotnistym skraju leśnej drogi i wskazywał kijkiem dwa zagłębienia w ziemi.

Marek podszedł bliżej.

— Sarna?

— Jeleń.

— Przecież prawie takie same.

— Prawie robi różnicę.

Dziadek przykucnął. Nie dotknął tropu, tylko zatoczył kijkiem niewielki łuk obok niego.

— Patrz na rozstaw. I tu. Widzisz?

Marek widział głównie błoto.

— No.

— Nie widzisz.

Chłopak spojrzał na niego.

Dziadek uśmiechnął się pod nosem.

— Jak nie widzisz, to mów, że nie widzisz. Zgadując, niczego się nie nauczysz.

Marek przykucnął obok.

Dziadek miał grube dłonie i stale brudne paznokcie, nawet kiedy nie pracował przy domu. Pachniał tytoniem, skórą i czymś, co Marek długo kojarzył później właśnie z lasem: żywicą, wilgocią i starym materiałem kurtki.

— To jeszcze raz — powiedział dziadek. — Co tu masz?

Marek przyjrzał się śladom.

— Dwa tropy.

— Więcej.

Dopiero teraz zauważył kolejne, słabiej odciśnięte.

— Szło tędy?

— Szło. Ale kiedy?

Marek zastanowił się.

— Rano?

— Dlaczego?

Nie wiedział.

Dziadek wskazał mu krawędź odcisku.

— W nocy padało.

Marek pokiwał głową, choć wciąż nie rozumiał.

— Jakby przeszło przed deszczem, co byś miał?

— Wodę w śladzie.

— I rozmyte brzegi. A tu?

Marek nachylił się niżej. Brzeg tropu był wyraźny.

— Czyli po deszczu.

— No.

Dziadek wstał.

— Las prawie zawsze coś po sobie zostawia. Tylko trzeba wiedzieć, na co patrzeć.

Ruszyli dalej.

Marek pamiętał to zdanie przez wiele lat. Wtedy wydało mu się po prostu jedną z tych rzeczy, które starsi ludzie mówią dzieciom z przekonaniem, że przekazują im coś bardzo ważnego.

Tego dnia dziadek pokazywał mu miejsca, gdzie jelenie ocierały poroże, świeżo rozgrzebaną przez dziki ściółkę i sierść pozostawioną na szorstkiej korze. Kilka razy zatrzymywał się bez słowa, kazał Markowi stać spokojnie i nasłuchiwać.

Marek niewiele słyszał. Ptaki. Wiatr w koronach. Gdzieś daleko wodę. Czasem spadającą gałąź.

— Jak będziesz cały czas gadał, to połowy rzeczy nie zauważysz — powiedział dziadek.

— Przecież nic nie mówię.

— Właśnie dlatego teraz coś słyszysz.

Marek przewrócił oczami, ale dziadek tego nie zobaczył.

Szli poza znakowanym szlakiem, choć nie byli szczególnie daleko od zabudowań. Marek wiedział, że gdyby poszli prosto w dół, po pewnym czasie trafiliby na drogę. Dziadek nigdy nie sprawdzał mapy. W lesie zachowywał się inaczej niż większość dorosłych. Nie rozglądał się nerwowo, nie zastanawiał nad każdym rozwidleniem. Po prostu wiedział, dokąd idzie.

Marek próbował chodzić tak samo. Stawiać nogi tam, gdzie dziadek. Nie zahaczać o gałęzie. Nie ślizgać się na mokrych liściach. Nie pytać co kilka minut, ile jeszcze.

W pewnym momencie zeszli z szerokiej drogi na niewyraźną ścieżkę między bukami. Zbocze opadało łagodnie w prawo. Po lewej teren wznosił się i gęstniał. Między starszymi drzewami rosły młode świerki i leszczyna.

Dziadek zwolnił.

Marek nie wiedział dlaczego.

Po kilku krokach usłyszał trzask.

Odwrócił głowę. Coś poruszyło się wysoko na zboczu. Nie zobaczył zwierzęcia. Tylko drgnęły gałęzie.

— Dzik? — zapytał cicho.

Dziadek nie odpowiedział.

Ruszył dalej.

Po chwili znów coś pękło. Tym razem wyraźniej. Jedna gałąź, potem druga i kilka ciężkich kroków po mokrej ściółce.

Marek zatrzymał się.

Dźwięk dochodził z lewej strony, może trzydzieści, może czterdzieści metrów od nich. Trudno było ocenić. Między drzewami rosło tyle młodnika, że miejscami widoczność kończyła się po kilkunastu metrach.

Dziadek również stanął.

Przez kilka sekund obaj patrzyli w górę zbocza.

Nic.

— Co to? — szepnął Marek.

Dziadek uniósł rękę.

Nie teraz.

Marek zamilkł.

Czekali. Las wrócił do swoich zwykłych dźwięków. Gdzieś wysoko odezwał się ptak. Liście zaszeleściły przy podmuchu wiatru.

Dziadek ruszył. Marek za nim.

Po trzydziestu, może czterdziestu krokach dźwięk pojawił się ponownie. Znowu z lewej. Tym razem trochę dalej przed nimi.

Coś szło w tym samym kierunku.

Marek spojrzał na dziadka.

Ten nie wyglądał już na człowieka prowadzącego wnuka przez las i pokazującego mu ślady. Patrzył między drzewa. Nie na ziemię.

Nie próbował sprawdzić tropów.

To właśnie Marek zapamiętał najlepiej.

Dziadek zawsze sprawdzał. Kiedy coś usłyszeli, szukał miejsca, którym przeszło zwierzę. Gdy zobaczyli ruszającą się gałąź, po chwili tłumaczył Markowi, czy zrobił to jeleń, dzik czy coś mniejszego.

Teraz niczego nie sprawdzał.

— Dziadek?

— Chodź.

Powiedział to cicho.

Nie brzmiał jeszcze przestraszony.

Marek obejrzał się ponownie.

Przez moment niczego nie widział.

Potem pomiędzy dwoma pniami coś się przesunęło.

Duże.

Ciemne.

Nie potrafił później powiedzieć, czy widział grzbiet, bok czy tylko cień poruszającego się zwierzęcia. Sylwetka pojawiła się na sekundę w przerwie między drzewami, a zaraz potem zniknęła za kolejnym pniem.

Marek zrobił krok w bok, próbując zobaczyć więcej.

Dziadek złapał go za ramię.

Mocno.

— Nie.

— Ale tam coś jest.

— Wiem.

Marek spojrzał na niego.

Dziadek patrzył dokładnie w miejsce, w którym przed chwilą zniknęła sylwetka.

— To niedźwiedź?

Brak odpowiedzi.

— Dziadek?

Starszy mężczyzna puścił jego ramię.

Przez kilka sekund stali nieruchomo.

Z góry zbocza nie dochodził już żaden dźwięk.

Dziadek cofnął się o krok.

— Wracamy.

— Czemu?

— Wracamy, Marek.

Nie podniósł głosu.

Nie musiał.

Chłopak znał go wystarczająco dobrze, żeby wiedzieć, kiedy pytania nie mają sensu.

Zawrócili.

Dziadek nie szedł szybko, ale od tej chwili ani razu się nie zatrzymał. Nie pokazywał tropów. Nie komentował śladów. Kilkakrotnie oglądał się przez ramię.

Po pewnym czasie Marek również zaczął się oglądać.

Nic za nimi nie szło.

Przynajmniej niczego nie widział.

Dopiero kiedy zeszli niżej, gdzie las był rzadszy i przez drzewa zaczynało wpadać więcej światła, Marek odważył się zapytać:

— Co tam było?

Dziadek szedł jeszcze kilka kroków.

— Zwierzę.

— Jakie?

— Nie wiem.

Marek spojrzał na niego z niedowierzaniem.

Dziadek wiedział prawie wszystko o zwierzętach. Tak przynajmniej uważał jedenastoletni chłopak.

— To czemu uciekamy?

Dziadek zatrzymał się.

Po raz pierwszy od chwili, gdy zawrócili, spojrzał mu prosto w oczy.

— Nie uciekamy.

— To czemu wracamy?

Starszy mężczyzna przez moment nic nie mówił.

— Bo czasem dobrze jest wiedzieć, kiedy wystarczy.

Ruszył dalej.

Marek został pół kroku z tyłu.

Dopiero wtedy zobaczył coś, czego wcześniej u dziadka właściwie nie znał.

Nie zdenerwowanie. Nie ostrożność. Nie tę powagę, którą przyjmował czasem podczas burzy albo gdy znaleźli świeże ślady niedźwiedzia.

Strach.

Prawdziwy.

Dziadek próbował go ukryć.

Ale Marek go zobaczył.


Prawie czterdzieści lat później uczniowie Marka Wrony wiedzieli już, że ostatnie pięć minut lekcji historii nie zawsze miało wiele wspólnego z historią.

— Proszę pana, ale serio by ich wszystkich spalili?

— Kogo wszystkich?

— No tych rycerzy.

Marek oparł dłonie o biurko.

— Bartek, przez ostatnie dwadzieścia minut próbuję wam wytłumaczyć, że film, który oglądałeś w weekend, nie jest źródłem historycznym.

Kilka osób się roześmiało.

— Ale było napisane, że na faktach.

— To zmienia wszystko.

— No właśnie.

— To był sarkazm.

Znów śmiech.

Marek spojrzał na zegar.

— Dobrze. Kończymy na dziś. Na następnej lekcji od tego zaczniemy, zanim Bartek odkryje, że Rzymianie mieli karabiny maszynowe.

— Mogli mieć prototyp.

— Wyjdź.

Dzwonek uratował Bartka przed odpowiedzią.

Krzesła zaszurały po podłodze. Uczniowie zaczęli pakować zeszyty i telefony. Jedna dziewczyna podeszła jeszcze zapytać o termin poprawy sprawdzianu. Ktoś z tyłu przypomniał Markowi o obiecanych materiałach do konkursu. Odpowiadał każdemu po kolei, bez pośpiechu.

Kiedy ostatni uczniowie wyszli, zebrał książki z biurka.

— Panie Marku.

W drzwiach stała jedna z nauczycielek.

— Co?

— Dyrektorka pytała o ten plan wycieczki.

— Zostawiłem jej rano.

— Twierdzi, że nie.

Marek westchnął.

— To zostawiłem komuś bardzo podobnemu do dyrektorki.

— W naszym wieku ryzykowne stwierdzenie.

Uśmiechnęła się i poszła dalej.

Marek zamknął salę.

W szkole pracował wystarczająco długo, żeby uczyć już młodsze rodzeństwo swoich dawnych uczniów, a czasami słyszeć od rodziców, że kiedyś uczył także ich. Nie był człowiekiem, którego nazwisko wisiało na banerach czy tablicach. Po prostu znało go dużo ludzi.

W małym mieście wystarczało.

Na rynku ktoś zwykle skinął mu głową. W sklepie spotykał rodzica któregoś dziecka. Na parkingu ktoś pytał o oceny, wycieczkę albo to, czy faktycznie warto jechać w weekend na szlak, skoro zapowiadają deszcz.

Marek był z Jawornicy i nigdy nie próbował być kimś innym.

Po lekcjach wrócił do domu, zjadł późny obiad i przebrał się.

Jeszcze przed wieczorem miał być w lesie.

Nic szczególnego.

Zwyczajna wyprawa.

Takich dni miał za sobą setki.


Samochód zostawił przy bocznej drodze, w miejscu, z którego dalej wygodniej było iść pieszo.

Sprawdził wyposażenie bardziej z przyzwyczajenia niż z potrzeby. Broń, telefon, niewielki plecak, latarkę, wodę i podstawowe rzeczy, które zabierał zawsze, nawet jeśli planował wrócić przed zmrokiem.

Nie szedł daleko. Nie zamierzał nocować. Pogoda była spokojna. Niebo miejscami zasnute cienką warstwą chmur, ale nic nie wskazywało na deszcz.

Po kilkunastu minutach odszedł od drogi na tyle, że odgłosy Jawornicy zniknęły.

Został las.

Marek dobrze czuł się właśnie wtedy. Nie dlatego, że uważał las za miejsce spokojne. Las rzadko był naprawdę spokojny. Cały czas coś się w nim poruszało. Coś jadło, szukało kryjówki, uciekało, próbowało znaleźć partnera, walczyło o teren albo po prostu przechodziło z jednego miejsca w drugie.

Spokój istniał głównie w głowie człowieka, który nie wiedział, na co patrzy.

Marek wiedział.

Rozróżniał świeże ślady od starych. Wiedział, kiedy rozkopana ziemia oznacza żerowanie dzików, a kiedy została naruszona przez wodę. Potrafił po drobnych znakach ocenić, że zwierzę przeszło ścieżką niedawno, choć sam go nie widział.

Większości z tych rzeczy nauczył się jako chłopak. Potem doszły lata praktyki, polowania, wyprawy, długie godziny spędzone w terenie i zwykłe życie w miejscu, gdzie góry i las zaczynały się niedaleko ostatnich domów.

Tego popołudnia nic nie zapowiadało, że zapamięta wyprawę na dłużej.

Pierwszą rzeczą, która zwróciła jego uwagę, były ptaki.

Nie uciekły gwałtownie. Nie poderwała się cała chmara. Po prostu kilka z nich zerwało się z młodych drzew przed nim i odleciało.

Marek zatrzymał się i spojrzał w tamtą stronę.

Nic.

Ruszył dalej.

Dwadzieścia metrów później zauważył złamaną gałąź. Potem drugą. Na wysokości kolana krzewy były przygniecione.

Nie wyglądało to jak ścieżka używana regularnie przez zwierzynę. Uszkodzenia były zbyt świeże i zbyt chaotyczne.

Podszedł bliżej.

Na ziemi znajdowało się szerokie rozgrzebanie. Marek przykucnął i dotknął palcem wilgotnej ziemi. Coś dużego ślizgało się tutaj albo gwałtownie zmieniało kierunek.

Kilka kroków dalej dostrzegł pierwszą krew.

Niewiele. Ciemne krople na liściach.

Wstał.

Od tej chwili poruszał się wolniej.

Nie wiedział jeszcze, co się wydarzyło, a nie lubił wchodzić bezmyślnie w miejsce, w którym mogło znajdować się ranne zwierzę. Ranny dzik wystarczał, żeby zrobić człowiekowi krzywdę. Ranny niedźwiedź był zupełnie inną sprawą.

Marek zdjął broń z ramienia. Nie uniósł jej do strzału. Po prostu chciał mieć ją pod ręką.

Zrobił kilka kroków.

Zobaczył następną krew. Tym razem więcej.

Na pniu młodego buka znajdowała się ciemna smuga. Na ziemi liście były rozrzucone tak, jakby coś ciężkiego przetoczyło się przez nie z dużą siłą.

Marek rozejrzał się.

Las wokół pozostawał nieruchomy.

Podszedł jeszcze trochę.

Pierwszy trop rozpoznał od razu.

Niedźwiedź.

Duży.

Ślad był głęboki. Kolejne nachodziły na siebie, a w kilku miejscach ziemia została wyrwana pazurami. To nie był zwykły marsz. Tutaj coś się działo.

Kilka metrów dalej zobaczył ciało.

Zatrzymał się.

Niedźwiedź leżał częściowo na boku, częściowo na brzuchu, między młodymi bukami. Jedna przednia łapa była nienaturalnie wyciągnięta. Wokół pyska i szyi sierść była ciemna od krwi.

Marek przez dłuższą chwilę nie podchodził.

Obserwował.

Klatka piersiowa się nie poruszała.

Nie było reakcji.

Mimo tego odczekał. Dorosły niedźwiedź nie był zwierzęciem, przy którym warto było podejmować decyzje na podstawie pierwszego wrażenia.

Dopiero kiedy upewnił się, że zwierzę nie żyje, zaczął powoli obchodzić miejsce.

Nie dotykał ciała.

Nie musiał.

Już z kilku metrów widział wystarczająco dużo, żeby wiedzieć, że patrzy na coś nietypowego.

Nie dostrzegał śladu po strzale. Nie widział linek, pułapki ani żadnego przedmiotu wskazującego na człowieka. Za to na karku i bokach niedźwiedzia znajdowały się obrażenia, które wyglądały jak efekt brutalnej walki.

Marek zmarszczył brwi i popatrzył na ziemię.

Dopiero teraz zobaczył, jak duży był obszar zniszczeń. Starcie nie odbyło się w jednym punkcie. Musiało przesunąć się o kilkanaście metrów. Ściółka była rozkopana, młode drzewa połamane, na jednym z nich kora została zerwana na długim fragmencie. Krew znajdowała się w kilku różnych miejscach.

Cofnął się do jednego z lepiej zachowanych tropów niedźwiedzia i wtedy dostrzegł obok drugi ślad.

Nie należał do niedźwiedzia.

Pierwsze skojarzenie przyszło automatycznie: duży pies albo wilk. Kształt przypominał trop psowatego, ale rozmiar się nie zgadzał.

Marek wyciągnął telefon i zrobił zdjęcie. Potem znalazł drugi odcisk, nieco dalej — wyraźnie mniejszy.

Przykucnął przy nim.

Mogło chodzić o podłoże. Jeden trop odcisnął się w miękkiej ziemi głębiej, drugi płycej. Podczas gwałtownego ruchu łapa mogła się przesunąć i poszerzyć ślad. To samo zwierzę potrafiło zostawić bardzo różne odciski.

Tyle że podobnych tropów było więcej.

Marek przeszedł kilka metrów wzdłuż zniszczonego terenu, porównując kierunki i rozmiary. Część śladów nachodziła na siebie, część była uszkodzona podczas walki. Nie dało się uczciwie stwierdzić, czy patrzy na ślady jednego zwierzęcia, czy kilku.

Wyciągnął małą miarkę, którą czasami zabierał właśnie do dokumentowania tropów, i zrobił kilka zdjęć z podziałką.

Nie wybierał odpowiedzi, która najbardziej mu odpowiadała.

Na tym etapie po prostu jej nie miał.

Przy jednym z krzaków zauważył kilka włosów zaczepionych o złamaną gałąź. Nie dotknął ich palcami. Zrobił zdjęcie i spojrzał niżej.

Na liściach znajdowała się świeża krew.

Ślad prowadził w głąb lasu.

Marek poszedł za nim kilka metrów. Kolejne krople pojawiały się nieregularnie, a razem z nimi następne nietypowe odciski. Trop był nierówny. Zwierzę najwyraźniej nie stawiało jednej z kończyn normalnie.

Nie musiał być weterynarzem, żeby zrozumieć podstawową rzecz.

Cokolwiek odeszło stąd po walce, było ranne.

I prawdopodobnie poważnie.

Marek zatrzymał się i spojrzał za siebie na martwego niedźwiedzia.

Spróbował poukładać to, co widział.

Dorosły niedźwiedź. Brutalna walka. Ślady dużego zwierzęcia przypominające psowate. Być może więcej niż jednego. Krew należąca najwyraźniej nie tylko do niedźwiedzia. Jeden z uczestników starcia odszedł ranny.

Nie podobał mu się ten układ.

Nie dlatego, że uważał go za niemożliwy. W lesie zdarzały się rzeczy rzadkie. Zwierzęta zachowywały się nietypowo, a ślady potrafiły mylić.

Problem polegał na tym, że nie znał zwierzęcia, które pasowałoby do wszystkiego, co miał przed sobą.

Przez chwilę brał pod uwagę zdziczałe psy. Potem wilki. Żadne wyjaśnienie nie składało się jednak w całość na tyle dobrze, żeby mógł je uznać za oczywiste.

— Co ty jesteś? — powiedział cicho.

Nie oczekiwał odpowiedzi.

Zrobił jeszcze kilka zdjęć. Nie tylko tropów, lecz także całego układu miejsca: uszkodzonych drzew, śladów krwi, pozycji niedźwiedzia i kierunku odejścia rannego zwierzęcia.

Nie dlatego, że już wtedy uważał to za dowód czegoś niezwykłego.

Po prostu wiedział, że pamięć bardzo szybko zaczyna porządkować rzeczy po swojemu.

Zdjęcia nie powinny.

Nie zamierzał podążać dalej za rannym zwierzęciem.

Był sam. Nie wiedział, co to było ani w jakim znajdowało się stanie.

To wystarczało.

Schował telefon.

Spojrzał jeszcze raz na niedźwiedzia.

Wtedy usłyszał wycie.

Dobiegło z daleka.

Tak daleka, że pierwszą reakcją Marka nie był strach.

Było nią skupienie.

Odwrócił głowę.

Dźwięk ciągnął się przez kilka sekund.

Przypominał wilka.

Na początku.

Marek znał wilki. Słyszał je wielokrotnie, również z bliska. Wiedział, jak potrafi zmieniać się dźwięk niesiony między zboczami. Wiedział, jak echo może zniekształcić ton i odległość.

To jednak było inne.

Niższe.

Pełniejsze.

Nie tyle głośniejsze, ile cięższe.

Jakby dźwięk wychodził z większej klatki piersiowej, niż powinien.

Marek stał bez ruchu.

Wycie urwało się.

Las milczał.

Przez kilka sekund słyszał wyłącznie własny oddech.

Potem gdzieś z prawej strony odezwał się drugi dźwięk.

Krótszy.

Marek obrócił się gwałtownie.

Nie potrafił określić, jak daleko. Ani nawet czy rzeczywiście dochodził z innego miejsca.

W górach dźwięk potrafił oszukiwać. Odbijał się od zboczy, przechodził dolinami. Czasem coś, co wydawało się bliskie, znajdowało się znacznie dalej.

Marek dobrze o tym wiedział.

Mimo to przez następne kilkanaście sekund nie ruszył się z miejsca.

Patrzył między drzewa.

Nic.

— Wilk — powiedział cicho.

Słowo zabrzmiało rozsądnie.

Nie poczuł się od niego lepiej.

Czekał jeszcze chwilę.

Dźwięk się nie powtórzył.

W końcu spojrzał na zegarek. Zostało jeszcze trochę światła, ale mniej, niż chciałby mieć podczas powrotu.

Nie zamierzał sprawdzać, co znajdowało się dalej na tropie rannego zwierzęcia.

Nie dzisiaj.

Ruszył z powrotem.

Pierwsze kilkaset metrów przeszedł wolno, cały czas nasłuchując. Nie słyszał już wycia. Dopiero gdy oddalił się od miejsca walki, zdał sobie sprawę, że kilkakrotnie oglądał się za siebie.

Nie było ku temu żadnego konkretnego powodu.

Nic za nim nie szło. Nie widział ruchu. Nie słyszał kroków.

Las wyglądał dokładnie tak samo jak godzinę wcześniej.

A mimo to przyspieszył.

Nie biegł.

Nie miał powodu biec.

Po prostu szedł szybciej.

Kiedy dotarł do samochodu, najpierw zabezpieczył broń i odłożył plecak. Potem wyjął telefon.

Zanim ruszył, zadzwonił do miejscowego nadleśnictwa. Krótko powiedział, że znalazł w lesie martwego dorosłego niedźwiedzia, opisał miejsce i podał możliwie dokładną lokalizację. Nie próbował przez telefon tłumaczyć tego, czego sam jeszcze nie rozumiał. Powiedział tylko, gdzie leży zwierzę i że na miejscu widać ślady gwałtownego starcia.

Po rozmowie przez chwilę został przy samochodzie.

Otworzył zdjęcia.

Martwy niedźwiedź.

Rozkopana ziemia.

Krew.

Duży trop.

Drugi, mniejszy.

Na ekranie wyglądały gorzej niż w rzeczywistości. Płasko. Bez kontekstu. Bez głębokości.

Marek przesunął palcem do następnego zdjęcia i zatrzymał się na jednym z wyraźniejszych odcisków.

Przez moment pomyślał o tym, żeby wysłać je komuś znajomemu.

Nie zrobił tego.

Jeszcze nie wiedział nawet, o co miałby zapytać.

Schował telefon i wsiadł do samochodu.

Droga do Jawornicy nie była długa.

Po kilku minutach między drzewami zaczęły pojawiać się pierwsze zabudowania. Potem kolejne. Domy. Ogrodzenia. Zaparkowane samochody. Światła w oknach.

Zwykły wieczór.

Marek prowadził i próbował myśleć o tym, co widział.

Najpierw tropy. Potem niedźwiedź. Krew. Ranne zwierzę.

Próbował ułożyć to w kolejności, która miałaby sens.

Za każdym razem dochodził do tego samego miejsca.

Brakowało mu jednego elementu.

Nie wiedział jakiego.

Na skrzyżowaniu zwolnił.

Kierunkowskaz odbijał regularnie we wnętrzu samochodu.

Klik.

Klik.

Klik.

I nagle, bez żadnego wyraźnego powodu, przypomniał sobie tamten dzień sprzed prawie czterdziestu lat.

Mokry las.

Dziadka idącego kilka kroków przed nim.

Coś ciężkiego poruszającego się równolegle do nich między drzewami.

Trzask jednej gałęzi.

Potem drugiej.

Ciemną sylwetkę widzianą tylko przez moment.

I dłoń dziadka zaciskającą się na jego ramieniu.

Marek pamiętał przede wszystkim jego twarz.

Człowieka, który całe życie chodził po tych lasach.

Człowieka, który znał niedźwiedzie, wilki i dziki.

Człowieka, który prawie zawsze wiedział, jaki ślad ma przed sobą.

Tamtego dnia nie chciał sprawdzić.

Nie chciał podejść bliżej.

Chciał tylko wrócić.

Po tylu latach Marek po raz pierwszy pomyślał o tym inaczej.

Nie o tym, co wtedy widział.

O tym, co zobaczył na twarzy dziadka.

Strach.


Akt 2 — Ślady dziadka

Tamtego wieczoru Marek nie wrócił już do zdjęć z lasu.

Przynajmniej przez pierwszą godzinę.

Po wejściu do domu odwiesił kurtkę, odłożył rzeczy, zabezpieczył broń i zrobił wszystko, co zwykle robił po powrocie. Z kuchni dochodził dźwięk telewizora grającego w sąsiednim pokoju. Żona zapytała, czy długo był w lesie. Odpowiedział, że trochę dłużej, niż planował.

— Coś się stało?

— Znalazłem martwego niedźwiedzia.

Spojrzała na niego uważniej.

— Niedźwiedzia?

— Dorosłego.

— I co?

— Zgłosiłem.

— Wiesz, od czego padł?

Marek zawahał się tylko na moment.

— Nie.

Była to najuczciwsza odpowiedź, jakiej mógł udzielić.

Nie opowiedział o tropach. Nie dlatego, że chciał coś ukrywać. Sam jeszcze nie wiedział, czy widział coś naprawdę nietypowego, czy jedynie miejsce na tyle chaotyczne, że jego doświadczenie nie wystarczało do szybkiego odtworzenia przebiegu zdarzeń.

Po kolacji wziął prysznic. Później usiadł przed komputerem i zgrał zdjęcia z telefonu.

Miał ich ponad trzydzieści.

Przeglądał je powoli. Na większym ekranie widać było więcej niż w samochodzie, ale nie tyle, ile miał nadzieję. Fotografie spłaszczały teren. Głębokie odciski wyglądały płycej, a odległości między śladami trudno było ocenić bez punktów odniesienia.

Na kilku zdjęciach dobrze widoczna była miarka.

Marek powiększył jeden z tropów, potem drugi. Wrócił do pierwszego.

W końcu zamknął zdjęcia.

Po chwili otworzył je ponownie.

Siedział tak jeszcze kilka minut, aż zdał sobie sprawę, że właściwie nie patrzy już na ekran.

Myślał o dziadku.

Nie o całym jego życiu. Nie o zaginięciu ani o tym, jak rodzina przez lata wracała do tego tematu coraz rzadziej, bo z czasem wszystkie pytania zaczynały prowadzić w to samo miejsce.

Myślał o jednym dniu.

O mokrych bukach.

O ruchu na zboczu.

O tym, jak dziadek nawet nie spróbował sprawdzić, co szło obok nich.

Marek odsunął krzesło i wyszedł z pokoju.

Materiały dziadka leżały w domu od wielu lat.

Nie były żadnym rodzinnym archiwum. Nikt ich profesjonalnie nie zabezpieczył, nie skatalogował ani nie przepisał. Część została kiedyś przełożona do kartonowego pudła, część tkwiła w starych teczkach. Były tam mapy składane tyle razy, że papier popękał na zgięciach, kilka zeszytów różnej wielkości, luźne kartki i notatki zapisane ołówkiem albo długopisem.

Marek znał te rzeczy.

To nie było odkrycie materiałów, o których istnieniu nie miał pojęcia.

Widział je wcześniej wielokrotnie.

Jeszcze za życia ojca czasem wyciągano stare mapy przy okazji rodzinnych rozmów. Dziadek zaznaczał na nich miejsca, w których znalazł coś ciekawego albo zobaczył zwierzynę. Na marginesach zapisywał krótkie uwagi, zrozumiałe przede wszystkim dla siebie.

Później materiały zostały.

Jak wiele rzeczy po człowieku, który już nie wrócił.

Marek postawił pudło na stole i otworzył pierwszy zeszyt.

Na kilku początkowych stronach nie znalazł niczego, czego by się nie spodziewał. Daty. Pogoda. Informacje o zwierzynie. Miejsca przejść jeleni. Ślady dzików. Wzmianki o wilkach. Czasami notatka o człowieku spotkanym w lesie albo stanie drogi.

Dziadek zapisywał krótko. Nie tłumaczył sam sobie rzeczy oczywistych.

Marek przewracał kartki, aż natrafił na zapis, przy którym zatrzymał palec.

Duży trop.

Bez pewnego rozpoznania.

Kilka stron dalej pojawiła się wzmianka o ciężkim ruchu słyszanym w młodniku. Potem o odgłosie, który dziadek próbował przypisać wilkowi, ale obok dopisał znak zapytania.

Marek przeczytał wszystko jeszcze raz.

Nie było w tych zapiskach niczego, co można by nazwać dowodem.

To było ważne.

Człowiek, który spędzał dużo czasu samotnie w lesie, mógł przez lata zebrać dziesiątki obserwacji trudnych do wyjaśnienia. W większości przypadków problem nie musiał leżeć w naturze, lecz w braku danych. Niewyraźny trop pozostawał niewyraźnym tropem. Dźwięk słyszany nocą mógł być zniekształcony przez teren. Krótko widziana sylwetka mogła okazać się innym zwierzęciem, niż wydawało się w pierwszej chwili.

Marek doskonale o tym wiedział.

Dlatego nie szukał potwierdzenia.

Szukał szczegółów.

Rozłożył jedną z map. Papier nie chciał leżeć płasko, więc przycisnął dwa rogi kubkiem i książką. Na arkuszu znajdowały się ołówkowe kreski, krzyżyki i krótkie opisy. Część dotyczyła zwykłych miejsc związanych z polowaniem. Przy innych brakowało wyjaśnienia.

Marek uruchomił mapę w telefonie i odnalazł punkt, w którym tego popołudnia znalazł niedźwiedzia. Przeniósł go wzrokiem na stary arkusz.

Nic.

Żadnego krzyżyka dokładnie w tym miejscu.

Kilka oznaczeń dziadka znajdowało się w tym samym większym rejonie gór, ale na tyle daleko, że równie dobrze mogło to nic nie znaczyć.

Marek usiadł i sięgnął po następny zeszyt.

Znalazł wzmianki o zbyt dużych tropach. Dwa opisy sylwetki widzianej tylko przez kilka sekund pomiędzy drzewami. Kilka notatek o dziwnych odgłosach. Jeden zapis o psie, który nie chciał pójść dalej leśną drogą, chociaż wcześniej chodził tam bez problemu.

Najgorsze było to, że część rzeczy brzmiała znajomo.

Nie dlatego, że Marek nagle uznał wszystkie zapiski za prawdziwe.

Dlatego, że tego dnia sam zobaczył coś, czego nie potrafił łatwo nazwać.

Dochodziła druga w nocy, kiedy ponownie spojrzał na zdjęcie tropu z miejsca walki. Obok telefonu leżał otwarty zeszyt dziadka.

Marek zamknął go.

Tego wieczoru nie znalazł odpowiedzi.

Znalazł powód, żeby sprawdzić kilka miejsc.


Dwa dni później skończył lekcje wcześniej.

W domu wypił kawę, zmienił ubranie i zaczął pakować plecak. Za oknem było jeszcze jasno. Wiosna zdążyła już wejść na dobre w góry. Buki pokrywały się młodymi liśćmi, przy drogach rosła świeża trawa, ale wieczory wciąż potrafiły być chłodne, szczególnie w zacienionych dolinach.

Żona zobaczyła mapę wystającą spod kurtki.

— Znowu jedziesz?

— Na parę godzin.

— Do tego niedźwiedzia?

Marek zaciągnął pasek plecaka.

— Nie. Trochę dalej.

— A czego szukasz?

Pytanie było proste.

Odpowiedź nie.

— Wilków.

Żona oparła się o framugę.

— Od kiedy tak cię interesują wilki?

Marek spojrzał na nią.

— Od kiedy przestałem rozumieć, co widzę w lesie.

— Bardzo uspokajająca odpowiedź.

Uśmiechnął się.

— Chcę sprawdzić kilka tropów. Tyle.

Nie powiedział jej o zeszytach dziadka.

Nie dlatego, że zamierzał prowadzić tajne dochodzenie. W tamtej chwili sam określenie „dochodzenie” uznałby za przesadę.

Miał kilka starych notatek.

Miał zdjęcia.

Miał pytanie.

To wszystko.

Pierwsze miejsce wybrał właśnie dlatego, że nie znajdowało się szczególnie daleko.

Na jednej z map dziadek zaznaczył stary fragment leśnej drogi i dopisał obok krótką uwagę dotyczącą dużego tropu. Bez rysunku. Bez wymiarów. Bez fotografii. Zapis miał kilkadziesiąt lat i sam w sobie był niemal bezwartościowy.

Marek chciał jedynie zobaczyć teren.

Po drodze kilkakrotnie zatrzymywał się przy śladach zwierząt.

Sarny.

Jeleń.

Lis.

W bardziej wilgotnym miejscu świeże odciski dzików.

Nic niezwykłego.

Stara droga była częściowo zarośnięta. Miejscami dało się jeszcze rozpoznać dwa dawne koleiny, ale młode drzewa wchodziły już między nie. Marek przeszedł ponad kilometr w jedną stronę, później odbił w dół, w kierunku niewielkiego potoku.

Szukał długo.

Nie znalazł niczego.

Ani dużych tropów, ani sierści, ani śladów niedawnego przejścia wyjątkowo dużego zwierzęcia.

Po mniej więcej trzech godzinach usiadł na zwalonym pniu i wypił wodę.

Przez chwilę patrzył na drzewa.

Właśnie tak powinno być, pomyślał.

Jeśli dziadek kilkadziesiąt lat wcześniej widział tutaj dziwny ślad, nie było żadnego powodu, żeby podobny trop czekał na Marka w tym samym miejscu.

Wyjął telefon. Zamiast zrobić zdjęcie, otworzył dyktafon.

Nagrywanie notatek głosowych przyszło mu do głowy jeszcze w domu. W terenie było prostsze niż wyciąganie zeszytu za każdym razem, szczególnie przy złej pogodzie albo kiedy chciał zapisać godzinę i miejsce bez zatrzymywania się na długo.

Nacisnął czerwony przycisk.

— Czternasta trzydzieści siedem. Stara droga na północ od potoku. Pogoda sucha, lekki wiatr. Sprawdzone zejście i oba brzegi. Zwykłe tropy jeleni, saren, dzików. Nic podobnego do śladów przy niedźwiedziu.

Zawahał się.

— Miejsce zaznaczone przez dziadka. Na razie bez znaczenia.

Wyłączył nagrywanie.

Przez moment poczuł się trochę głupio.

Potem uznał, że jeśli naprawdę zamierza porównywać obserwacje po kilku tygodniach, pamięć będzie gorszym narzędziem niż dyktafon.

Wrócił do samochodu inną drogą.

Nic się nie wydarzyło.

Wieczorem zgrał nagranie na komputer, założył folder i nazwał plik datą.

Pierwszy wpis audio-dziennika Marka Wrony trwał czterdzieści kilka sekund.


Przez następny tydzień nie pojechał nigdzie.

Praca zajęła mu więcej czasu. Miał sprawdziany do poprawienia, zebranie i zwyczajne obowiązki, których nie dało się przesunąć tylko dlatego, że coś dziwnego wydarzyło się w lesie.

Materiały dziadka czekały.

Marek zaglądał do nich wieczorami. Nie siedział nad nimi do rana. Nie zamienił domu w sztab operacyjny. Czasem przeglądał dwie strony zeszytu, zaznaczał coś ołówkiem na własnej mapie i wracał do innych rzeczy.

Zaczął też odrzucać część notatek. Niektóre miejsca leżały zbyt daleko od siebie, żeby na tym etapie łączyć je w jeden problem. Inne zapisy były tak nieprecyzyjne, że nie dało się ich nawet pewnie umieścić na mapie.

Jedna wzmianka szczególnie go zainteresowała.

Dziadek opisał ślady dużego zwierzęcia przy błotnistym brzegu leśnego potoku. Zapis nie zawierał wymiaru. Było tylko porównanie do wilczego tropu i dopisek, że odcisk był „dużo większy”.

Marek zakreślił miejsce.

Na następną wyprawę czekał do deszczu.


Padało prawie całą noc z piątku na sobotę.

Rano przestało.

Był to jeden z tych wiosennych deszczów, po których powietrze długo pozostawało wilgotne, a młoda zieleń wydawała się jeszcze jaśniejsza. Dla większości ludzi oznaczało to błoto na butach.

Dla Marka dobre warunki do szukania świeżych śladów.

Przy potoku był przed południem.

Woda płynęła wyżej niż zwykle, ale bez gwałtownego wezbrania. Ziemia przy brzegach była miękka. W wielu miejscach od razu zobaczył nocny ruch zwierząt.

Jeleń.

Sarna.

Kilka odcisków mniejszych zwierząt.

Przez pierwsze półtorej godziny nie znalazł niczego, co zatrzymałoby go na dłużej.

Potem, na niewielkiej piaszczysto-błotnistej łasze po wewnętrznej stronie zakola, zauważył ślad.

Stanął.

Nie podszedł od razu.

Najpierw spojrzał na cały brzeg.

Odcisk znajdował się przy krawędzi wilgotnej ziemi. Dalej podłoże przechodziło w liście i kamienie.

Marek zbliżył się ostrożnie.

Trop przypominał psowaty.

Był duży.

Nie tak rozmazany jak część śladów przy niedźwiedziu. Nie znajdował się też w głębokim błocie, które mogłoby łatwo powiększyć odcisk.

Marek przykucnął, wyjął miarkę i zrobił trzy zdjęcia z różnych stron. Potem sprawdził teren przed i za tropem.

Następny odcisk był słabszy, ale widoczny.

Jeszcze dalej znalazł trzeci.

Kierunek prowadził od potoku w stronę stromszego, zalesionego zbocza.

Marek nie poszedł za nim od razu. Najpierw wrócił kilka metrów w dół brzegu, żeby sprawdzić, czy zwierzę zostawiło ślady przy wejściu do wody.

Znalazł jeden częściowy odcisk.

Znów zrobił zdjęcie.

Telefon trzymał już w ręku, więc uruchomił dyktafon.

— Jedenasta dwanaście. Potok, punkt drugi. Po nocnym deszczu. Duży trop podobny do psowatego, trzy czytelne odciski i jeden częściowy. Podłoże miękkie, ale nie głębokie. Zdjęcia z miarką.

Spojrzał jeszcze raz na trop.

— Nie pasuje mi do wilka. Sprawdzić po powrocie.

Wyłączył nagrywanie i ruszył po śladzie.

Po kilkudziesięciu metrach teren zrobił się gorszy do tropienia. Kamienie, korzenie i gruba warstwa zeszłorocznych liści praktycznie wymazały ciąg odcisków. Marek znalazł jeszcze dwa miejsca, w których coś ciężkiego naruszyło ściółkę, ale nie wystarczało to do pewnej identyfikacji.

Nie szedł dalej na siłę.

Zawrócił.

Tego dnia niczego więcej nie znalazł.

Wieczorem porównał zdjęcia ze śladami spod martwego niedźwiedzia.

Podobieństwo było wystarczające, żeby potraktować obserwację poważnie.

Nie wystarczające, żeby stwierdzić, że oba tropy zostawiło to samo zwierzę.

Na mapie postawił drugi punkt.


Po dwóch tygodniach miał już kilka nagrań.

Większość była nudna.

Marek uznał to za dobry znak.

Nagrywał pogodę, godzinę, lokalizację i to, co rzeczywiście widział. Czasami po powrocie odsłuchiwał własny głos i poprawiał notatkę na mapie, bo w terenie źle zapamiętał stronę potoku albo odległość.

Jedno nagranie trwało minutę i sprowadzało się prawie wyłącznie do informacji, że niczego nie znalazł.

Inne dotyczyło dużego odcisku, który po dokładniejszym obejrzeniu Marek uznał za dwa nachodzące na siebie tropy jelenia. Pierwsza reakcja w terenie była inna. Z daleka ślad wyglądał dziwnie.

Nie usunął nagrania.

Dopisał później do pliku: błędna interpretacja.

To też było potrzebne.

Jeżeli chciał sobie ufać wtedy, gdy znajdzie coś naprawdę trudnego do wyjaśnienia, musiał równie uczciwie zapisywać własne pomyłki.

Nie wszystkie wyprawy prowadziły do miejsc zaznaczonych przez dziadka. Marek zaczął również sprawdzać przejścia pomiędzy nimi. Interesowały go doliny, grzbiety i stare drogi, którymi duże zwierzę mogłoby przemieszczać się bez zbliżania do zabudowań.

Wciąż jednak nie wiedział, czego szuka.

To utrudniało wszystko.

Gdy człowiek szukał wilka, wiedział mniej więcej, jakich tropów, odchodów, sierści i zachowań może się spodziewać. Niedźwiedź zostawiał inny zestaw znaków. Jeleń inny.

Tutaj Marek miał kilka dużych odcisków, miejsce walki i dźwięk, którego nie potrafił pewnie rozpoznać.

Reszta była hipotezą.


Pierwszy raz spróbował obserwacji z ambony pod koniec trzeciego tygodnia.

Wybrał miejsce nie dlatego, że uważał je za szczególnie ważne, lecz dlatego, że dawało dobry widok na skraj niewielkiej polany i fragment starego przejścia zwierzyny.

Dziadek zaznaczył w pobliżu dwa zdarzenia w odstępie kilku lat.

Jedno dotyczyło dużych tropów.

Drugie krótkiej obserwacji ciemnej sylwetki pomiędzy drzewami.

Marek nie traktował ich jako dwóch obserwacji tego samego zwierzęcia.

Dzieliło je zbyt dużo czasu.

Ale teren nadawał się do czekania.

Na ambonie usiadł jeszcze przed późnym popołudniem.

Przez pierwsze dwie godziny las był całkowicie zwyczajny.

Na skraju polany pojawiły się dwie sarny. Jedna żerowała przez kilka minut, druga co jakiś czas podnosiła głowę. Później obie odeszły między drzewa.

Marek obserwował je przez lornetkę.

Nie wydarzyło się nic.

Dzień był już długi, jak o tej porze roku, ale z czasem światło zaczęło słabnąć. W cieniu drzew szybko wracał chłód, mimo że za dnia temperatura była przyjemna.

Marek zmienił pozycję na drewnianej ławce i natychmiast usłyszał cichy trzask z prawej strony.

Spojrzał tam.

Nic.

Odczekał.

Po kilku minutach usłyszał szuranie w gęstych krzakach.

Nie był to szybki ruch drobnego zwierzęcia.

Coś większego przesunęło się kilka metrów.

Marek uniósł lornetkę.

Dźwięk ustał.

Patrzył w tamto miejsce prawie minutę. Widział pnie, gałęzie, świeżą zieleń podszytu i ciemniejszy pas młodnika.

Nic więcej.

Opuścił lornetkę.

Czekał.

Minęło kilka minut.

Ruch pojawił się ponownie.

Tym razem trochę dalej.

Marek bardzo powoli odwrócił głowę.

Cisza.

Zmarszczył brwi.

Duże zwierzę mogło po prostu usłyszeć ruch na ambonie. Drewniana konstrukcja nie była bezgłośna. Wystarczyło przesunięcie buta albo kurtki.

Marek oparł plecy o deskę.

Przez następne kilkanaście minut nic się nie wydarzyło.

W końcu spojrzał znowu na polanę.

Po chwili z krzaków dobiegł pojedynczy trzask.

Nie odwrócił się.

Czekał.

Następny.

Potem kilka powolnych szelestów.

Coś poruszało się za linią młodych świerków.

Marek nadal patrzył przed siebie.

Dźwięk trwał kilka sekund dłużej niż wcześniej.

Dopiero wtedy obrócił głowę.

Ustał niemal natychmiast.

Marek znieruchomiał i słuchał.

Powtórzył próbę jeszcze raz.

Nie od razu.

Odczekał prawie dziesięć minut, aż zaczęły wracać zwykłe dźwięki lasu. Potem świadomie skupił wzrok na przeciwnej stronie polany.

Minęły trzy minuty.

Coś zaszeleściło po prawej.

Marek nie ruszył głową.

Ruch.

Przerwa.

Znów ruch.

Ciężki, powolny, jakby zwierzę stawiało kilka kroków i zatrzymywało się pomiędzy nimi.

Marek odczekał.

Następnie odwrócił się szybko.

Cisza.

Nie poczuł strachu.

Jeszcze nie.

Poczuł irytację.

Znał takie sytuacje. Zwierzęta często słyszały człowieka wcześniej, niż człowiek widział je. Ostrożny jeleń potrafił stać w osłonie długo i nie wychodzić. Dzik również mógł krążyć w gęstwinie.

Ale to coś zachowywało się inaczej, niż Marek oczekiwał.

Nie odchodziło.

Pozostawało poza zasięgiem wzroku i przerywało ruch właśnie wtedy, gdy kierował uwagę w jego stronę.

Marek bardzo powoli sięgnął po telefon.

Nagrywanie uruchomił bez podnoszenia urządzenia wysoko.

Przez następne kilka minut nic nie powiedział. Chciał zarejestrować dźwięk.

Nie udało się.

Las milczał.

Po pewnym czasie Marek zatrzymał nagrywanie.

Czekał dalej.

Zmierzch robił się coraz głębszy.

Kiedy uznał, że dalsza obserwacja nie ma sensu, przygotował się do zejścia. Zanim otworzył drzwiczki ambony, nasłuchiwał jeszcze przez chwilę.

Nic.

Dopiero na ziemi uruchomił dyktafon.

— Dziewiętnasta osiem. Ambona przy starej przecince. Przez około czterdzieści minut ruch w młodniku po prawej stronie. Duże zwierzę, niewidoczne. Przestawało się poruszać, kiedy odwracałem się w jego kierunku. Trzy razy.

Zamilkł, dobierając słowa.

— Możliwe, że reagowało na dźwięk z ambony albo ruch. Nie widziałem go. Bez identyfikacji.

Miał wyłączyć nagrywanie, ale dodał:

— Nie odeszło, kiedy pierwszy raz mnie usłyszało.

Dopiero wtedy nacisnął stop.

W drodze do samochodu nie słyszał już niczego.


Następnego dnia wrócił na miejsce.

Za dnia.

Chciał sprawdzić gęstwinę, w której poprzedniego wieczoru coś się poruszało.

Nie oczekiwał wiele. Podłoże było suche, a warstwa igliwia i starych liści utrudniała tropienie.

Przez pierwsze dwadzieścia minut nie znalazł żadnego wyraźnego odcisku.

Potem zobaczył naruszoną ziemię przy korzeniu świerka.

Ślad był niepełny.

Za mało, żeby go mierzyć.

Kilka metrów dalej młoda gałąź została świeżo złamana. Nie na wysokości, która sama w sobie byłaby niezwykła, ale uszkodzenia prowadziły dalej wzdłuż gęstego pasa roślinności, dokładnie tam, skąd poprzedniego dnia dobiegał ruch.

Marek obszedł miejsce szerzej i znalazł jeszcze kilka podobnych znaków.

Nic rozstrzygającego.

Na jednym z niższych konarów wisiało kilka włosów.

Marek zatrzymał się.

Sierść była ciemna.

Mógł to być dzik.

Mógł to być niedźwiedź.

Mogło to pochodzić od jeszcze innego zwierzęcia.

Nie próbował zgadywać.

Miał przy sobie niewielką papierową kopertę. Ostrożnie zebrał kilka włosów, starając się ich nie dotykać bezpośrednio, i schował próbkę.

Nie dlatego, że miał plan wysyłać ją do laboratorium.

Po prostu uznał, że wyrzucenie czegoś, co można zabezpieczyć w minutę, byłoby głupie.

W telefonie zapisał miejsce, potem zrobił zdjęcia.

Nagranie z tego dnia było krótkie.

— Sierść na gałęzi w rejonie wczorajszej obserwacji. Nie przypisuję do niczego. Zabrana próbka. Brak czytelnych tropów.

Tym razem nie dodał nic więcej.


Mijały tygodnie.

Na zewnątrz życie Marka właściwie się nie zmieniło.

Rano jechał do szkoły. Prowadził lekcje. Sprawdzał prace. Rozmawiał z uczniami na korytarzu. Wracał do domu. Robił zakupy, załatwiał zwyczajne sprawy, spotykał znajomych.

W lesie natomiast coraz częściej przestawał poruszać się bez celu.

Każda wyprawa miała punkt do sprawdzenia.

Czasami dwa.

Nie próbował przeczesywać wielkiego obszaru. To nie miałoby sensu. W górskim lesie można przejść kilkaset metrów od dużego zwierzęcia i nigdy go nie zobaczyć.

Marek zaczął pracować miejscami.

Po deszczu sprawdzał miękkie podłoże. Po kilku suchych dniach szukał innych znaków: naruszonej roślinności, sierści, przejść przez gęstwinę.

Notował pogodę, godzinę i warunki.

W telefonie pojawiały się kolejne krótkie nagrania.

Nie brzmiał w nich jak człowiek prowadzący pamiętnik. Nie opowiadał o emocjach. Mówił do telefonu tak, jak dawniej dyktował sobie rzeczy, o których nie chciał zapomnieć.

„Ślad za słaby. Nie mierzyć.”

„Prawdopodobnie jeleń.”

„Wracam po deszczu.”

„Dziadek zaznaczył ten jar dwa razy. Na miejscu nic.”

„Wycie około dwudziestej pierwszej. Jeden odgłos. Za daleko, żeby określić kierunek.”

Po powrocie przenosił nagrania na komputer i zaznaczał miejsca na mapie.

Powoli powstawał zbiór informacji.

Wciąż jeszcze nie odpowiedź.


Jedna z wypraw na początku piątego tygodnia trwała prawie sześć godzin.

Marek wrócił z niej z błotem na spodniach, bolącymi nogami i ani jednym zdjęciem, którego wcześniej nie potrafiłby wyjaśnić.

Znalazł świeże tropy niedźwiedzia.

Tym razem były normalne.

Dobrze widoczne.

Przez kilka minut mierzył je głównie po to, żeby później mieć materiał porównawczy. Ślady prowadziły przez wilgotne zagłębienie i znikały na zboczu.

Niedźwiedź przeszedł tamtędy prawdopodobnie noc wcześniej.

Marek przyglądał się odciskom przez chwilę.

Nie było w nich nic dziwnego.

To również miało znaczenie.

Wracając, natrafił na szeroki trop, który z daleka przypomniał mu odciski spod martwego niedźwiedzia. Po dokładniejszym obejrzeniu okazało się, że przednia i tylna racica jelenia nałożyły się w miękkim błocie.

Jeszcze kilka tygodni wcześniej być może zrobiłby zdjęcie.

Teraz tylko pokręcił głową i włączył dyktafon.

— Piętnasta pięćdziesiąt. Cały rejon sprawdzony. Niedźwiedź, jeleń, dziki. Bez nietypowych śladów.

Zatrzymał nagranie.

Po kilku krokach ponownie uruchomił telefon.

— I ten duży odcisk przy drodze to jeleń. Dwa nałożone tropy.

Wyłączył.

Uśmiechnął się do siebie.

Dziadek powiedziałby mu, że właśnie dlatego najpierw się patrzy, a dopiero później wymyśla.


Kilka dni później nie musiał niczego wymyślać.

Teren po nocnym deszczu był miękki.

Marek szedł wzdłuż starego, miejscami prawie niewidocznego szlaku zwierzyny, który prowadził przez łagodny grzbiet. Młode liście tworzyły już nad nim prawie zamknięte sklepienie, a paprocie i trawy zaczynały zasłaniać niższe partie terenu.

Nie było tam żadnego oznaczenia dziadka.

To miejsce wybrał sam, ponieważ łączyło dwa obszary, w których wcześniej znajdował nietypowe ślady.

Pierwszy trop zobaczył przy niewielkim błotnistym zagłębieniu.

Zatrzymał się od razu.

Duży.

Psowaty.

Marek zrobił zdjęcie, zmierzył odcisk i zaczął sprawdzać kierunek.

Kolejne tropy były słabsze, ale czytelne.

Zwierzę przecięło szlak ukośnie.

Marek przeszedł po jego kierunku kilkanaście metrów.

Potem zauważył drugi zestaw śladów.

Przez chwilę był przekonany, że to kontynuacja pierwszego.

Dopiero przy kolejnym odcisku zrozumiał, że rozmiar się nie zgadza.

Drugi był mniejszy.

Nie o niewielką różnicę, którą łatwo dałoby się wyjaśnić innym naciskiem łapy.

Wyraźnie.

Marek wrócił do pierwszego tropu i ponownie go zmierzył. Potem do drugiego.

Podłoże było podobne.

Oba zestawy wyglądały świeżo, ale nie było sposobu, by z pełną pewnością stwierdzić, że powstały w tym samym czasie.

Przez kilka minut sprawdzał ich przebieg. Większe odciski szły bardziej na zachód. Mniejsze pojawiały się kilka metrów dalej i przez krótki odcinek prowadziły w podobnym kierunku.

Marek stał nad nimi z telefonem w dłoni.

Pierwszy raz od początku badań możliwość kilku zwierząt przestała być tylko jednym z wyjaśnień chaosu przy martwym niedźwiedziu.

Nadal nie wiedział, czy oba zestawy pozostawił ten sam gatunek.

Ale wyglądały podobnie.

Bardzo podobnie.

Uruchomił nagrywanie.

— Dziesiąta dwadzieścia trzy. Grzbiet pomiędzy punktami cztery i sześć. Dwa zestawy tropów. Ten sam ogólny typ odcisku, wyraźna różnica wielkości. Podłoże porównywalne.

Przeszedł wzrokiem od jednego śladu do drugiego.

— Mogły powstać w różnym czasie. Nie zakładam, że zwierzęta szły razem.

Pauza.

— Ale jeżeli to ten sam rodzaj zwierzęcia, nie szukam jednego osobnika.

Wyłączył telefon.

Nie powiedział tego jeszcze raz.

Nie musiał.


Od tamtej wyprawy sposób, w jaki patrzył na mapę, zaczął się zmieniać.

Wcześniej każdy punkt traktował osobno.

Martwy niedźwiedź. Duży trop przy potoku. Ruch przy ambonie. Sierść. Dwa zestawy śladów na grzbiecie. Do tego stare miejsca dziadka.

Na początku ich nagromadzenie wydawało mu się interesujące głównie dlatego, że sam zaczął ich szukać.

Marek wiedział, jak łatwo człowiek potrafi zobaczyć wzór tam, gdzie go nie ma. Jeżeli zaznaczy się na mapie wystarczająco dużo punktów, zawsze da się między nimi poprowadzić jakąś linię.

Dlatego przez kilka dni nie rysował żadnej.

Zbierał dalej.


Szósty tydzień przyniósł dwa wyjścia.

Pierwsze było krótkie.

Po pracy pojechał sprawdzić fragment doliny, w której dziadek zapisał kiedyś informację o dziwnym wyciu.

Marek został tam prawie do zmroku.

Nic.

Słyszał jelenie.

Raz odezwał się pies z dalekich zabudowań.

Poza tym las zachowywał się normalnie.

Drugie wyjście było dłuższe.

Marek wszedł wyżej na grzbiet, skąd teren opadał w kilka równoległych dolin. Wiosna była już zaawansowana. Poranki pozostawały chłodne, ale w ciągu dnia słońce potrafiło wyraźnie podnieść temperaturę. Buki były pokryte świeżymi liśćmi, a podszyt gęstniał z każdym tygodniem. Widoczność pomiędzy drzewami była coraz gorsza niż na początku jego badań.

Przez większą część dnia nie znalazł niczego.

Dopiero po południu natrafił na fragment gęstego młodnika, przez który niedawno przeszło duże zwierzę.

Nie było tropów. Podłoże składało się z igliwia, kamieni i korzeni.

Były za to gałęzie.

Kilka złamanych i odgiętych.

Jedna znajdowała się wysoko, powyżej jego ramienia.

Marek dotknął świeżego złamania.

Nie uznał go automatycznie za ślad zwierzęcia. Gałąź mogła zostać uszkodzona przez wiatr, inne drzewo albo ciężar czegoś spadającego z góry.

Poszedł dalej.

Kilka metrów niżej znalazł drugą.

Potem fragment zdeptanej roślinności.

Coś dużego rzeczywiście przechodziło przez ten pas.

Nie wiedział co.

Zrobił kilka zdjęć i sprawdził najbliższe miękkie miejsca.

Przy niewielkim wysięku wody znalazł część odcisku.

Za mało do pewnego pomiaru.

Ale kształt znów przypomniał mu te same tropy.

Marek przykucnął, a po chwili przestał patrzeć na sam ślad.

Spojrzał na kierunek przejścia.

Potem wyjął telefon i sprawdził mapę.

Zwierzę szło mniej więcej w stronę kolejnego obszaru, który miał zaznaczony.

To mogło być przypadkowe.

Na razie prawie wszystko mogło.

Marek wstał.

Kilkaset metrów dalej znalazł następne naruszenie roślinności.

Ten sam kierunek.

Nagranie z tego dnia było dłuższe.

— Szesnasta czterdzieści jeden. Przejście przez młodnik poniżej grzbietu. Brak dobrych tropów. Kilka świeżych złamań i zdeptana roślinność. Duże zwierzę. Kierunek południowo-wschodni.

Marek spojrzał na ekran mapy.

— To jest w stronę punktów siedem i dziewięć. Sprawdzić, czy nie dopasowuję tego na siłę.

Zatrzymał nagrywanie.

Ostatnie zdanie było ważniejsze od reszty.

Przypominało mu, żeby nie ufać własnemu entuzjazmowi.


Kilka dni później znów został w lesie do późnego wieczora.

Obserwacja nie przyniosła niczego konkretnego. Światła było wciąż sporo jak na godzinę, ale pod zwartymi koronami drzew robiło się już ciemniej. Marek był niedaleko od drogi prowadzącej do samochodu.

Idąc, nagrywał krótką notatkę.

— Dwudziesta czterdzieści siedem. Rejon na zachód od punktu dziewięć. Obserwacja od osiemnastej trzydzieści. Bez tropów, bez ruchu dużej zwierzyny. Warunki dobre, wiatr słaby z—

Urwał.

Z głębi doliny dobiegło wycie.

Telefon nadal nagrywał.

Marek zatrzymał się.

Pierwsze sekundy dźwięku można było wziąć za wilka. Potem ton zszedł niżej i stał się pełniejszy, cięższy.

Marek nie ruszał się.

Na nagraniu przez chwilę słychać było tylko las i jego oddech.

— Znowu to słyszę — powiedział cicho.

Wycie urwało się.

Marek spojrzał pomiędzy drzewa, próbując określić kierunek.

— Południe. Może południowy wschód. Daleko.

Czekał.

Kilka sekund później z innej strony odpowiedział drugi głos.

Krótszy.

Podobny.

Marek odwrócił głowę.

Nie powiedział nic przez kilka sekund.

Pierwszy dźwięk dochodził z doliny przed nim.

Drugi wyraźnie bardziej z prawej strony.

Teren potrafił przenosić i odbijać głos, szczególnie między zboczami. Marek znał ten efekt. Stał więc spokojnie, porównując oba kierunki i odstęp pomiędzy odgłosami.

Nic więcej się nie odezwało.

Spojrzał na telefon.

Dyktafon wciąż pracował.

— Drugi dźwięk z innego kierunku.

Zamilkł jeszcze na moment.

— To nie było echo.

Nie powiedział, co to było.

Nie wiedział.

Wyłączył nagrywanie dopiero po kilkunastu kolejnych sekundach ciszy.

Nie próbował iść w stronę żadnego z głosów.

Ruszył do samochodu.


W domu materiały zaczęły zajmować coraz większą część biurka.

Marek nie lubił bałaganu, więc po kilku dniach uporządkował wszystko.

Osobno stare mapy dziadka.

Osobno własna mapa.

Zdjęcia w folderach według dat.

Nagrania również według dat.

Krótki spis miejsc.

Nie robił z tego profesjonalnej dokumentacji badawczej. Nie miał takiego przygotowania. Robił to jak człowiek, który wiedział, że po kilku tygodniach bez porządku zacznie mylić daty, miejsca i własne wcześniejsze wnioski.

Najważniejsze zdjęcia, nagrania i pliki skopiował również na pendrive. Zwykła kopia zapasowa, na wypadek awarii komputera albo przypadkowego usunięcia któregoś folderu.

Na jego własnej mapie każdy punkt miał numer.

Przy numerach zapisywał krótko:

trop,

dźwięk,

sierść,

ruch,

brak obserwacji.

Te ostatnie również zaznaczał.

Puste wyprawy były informacją.

Pokazywały, gdzie niczego nie widział.

Pod koniec siódmego tygodnia usiadł przy stole po kolacji i po raz kolejny rozłożył obok siebie dwie mapy.

Własną i dziadka.

Tym razem nie porównywał pojedynczych obserwacji.

Patrzył na przestrzeń pomiędzy nimi.

Najpierw zauważył, że kilka jego punktów leży wzdłuż naturalnych przejść prowadzących przez doliny i grzbiety.

Nic niezwykłego.

Zwierzyna korzystała z takich tras.

Potem spojrzał na oznaczenia dziadka.

Nie pokrywały się z jego punktami i nie powinny. Dzieliły je dekady. Część jednak znajdowała się przy tych samych większych ciągach terenowych.

Marek przesuwał ołówkiem nad mapą.

Miejsce niedźwiedzia.

Potok.

Ambona.

Grzbiet z dwoma zestawami tropów.

Przejście przez młodnik.

Dalej kilka starych oznaczeń dziadka.

Nie tworzyły prostego szlaku ani nie wskazywały jednego punktu. Ale część obserwacji układała się w kierunku coraz większego, mniej dostępnego obszaru.

Więcej zwartego lasu.

Mniej dróg.

Głębsze doliny.

Mniej miejsc, do których człowiek trafiał przypadkiem.

I coraz bliżej granicy.

Marek odsunął się od stołu.

Żona weszła do pokoju.

— Ty naprawdę obserwujesz te wilki.

Marek obejrzał się.

— Wygląda na to.

— Dużo ich?

Pytanie zatrzymało go na sekundę.

— Nie wiem.

Była to prawda.

— To po co te wszystkie mapy?

Marek spojrzał znowu na stół.

— Próbuję ustalić, gdzie chodzą.

Żona popatrzyła na niego przez chwilę.

— Tylko nie wróć kiedyś z jednym w samochodzie.

— Nie mam tak dużego bagażnika.

Pokręciła głową i wyszła.

Marek został sam.

Ponownie spojrzał na punkty.

Gdy powiedział „gdzie chodzą”, coś w tym zdaniu zaczęło mu przeszkadzać.

Nie o to dokładnie chodziło.

Od dnia znalezienia niedźwiedzia próbował odpowiedzieć przede wszystkim na pytanie, czym jest zwierzę, którego ślady znajduje. Porównywał odciski, rozmiary, dźwięki i sierść.

Teraz ważniejszy zaczął być kierunek.

Jeżeli obserwacje rzeczywiście miały ze sobą związek, część z nich prowadziła w stronę tego samego większego rejonu.

Marek sięgnął po jeden z zeszytów dziadka.

Stary opis ciężkiego ruchu w lesie.

Duży trop.

Kilka stron dalej krótka obserwacja sylwetki.

Sprawdził miejsca na mapie.

Znów ten sam ogólny kierunek.

Nie idealnie.

Nie na tyle, żeby mówić o pewności.

Ale wystarczająco często, żeby warto było to sprawdzić.

Sięgnął po telefon i odtworzył kilka nagrań.

Z ambony:

„Nie odeszło, kiedy pierwszy raz mnie usłyszało.”

Potem zapis z dwóch zestawów tropów:

„Jeżeli to ten sam rodzaj zwierzęcia, nie szukam jednego osobnika.”

Na końcu nagranie z późnego wieczoru.

Najpierw jego własny głos.

Potem odległe wycie.

„Znowu to słyszę.”

Przerwa.

Drugi głos.

I jego słowa:

„To nie było echo.”

Marek zatrzymał nagranie.

Nie wiedział, ile zwierząt mogło zostawiać te ślady.

Nie wiedział nawet, czy wszystkie obserwacje naprawdę dotyczyły tego samego rodzaju zwierzęcia.

Nie musiał tego jeszcze rozstrzygać.

Patrząc na mapę, zrozumiał natomiast, że pytanie, które zadawał sobie od dnia znalezienia niedźwiedzia, przestało być jedynym ważnym.

Nie tylko:

Co to jest?

Marek patrzył na coraz mniej dostępny fragment gór, w stronę którego prowadziła część jego własnych obserwacji i część starych oznaczeń dziadka.

Drugie pytanie brzmiało:

Dokąd to wraca?

Przez następne pół godziny sprawdzał dojścia.

Nie planował jeszcze konkretnej trasy. Oceniał teren. Drogi leśne kończyły się wcześniej. Dalej pozostawały stare ścieżki, grzbiety i doliny, które znał częściowo z wcześniejszych wypraw.

Bywał w tamtej okolicy.

Nie tak głęboko.

Nie z takim celem.

W pewnym miejscu ołówek zatrzymał się nad większym, trudno dostępnym obszarem położonym w kierunku granicy.

Kilka starych oznaczeń dziadka leżało na jego obrzeżach.

Dwa z punktów Marka również prowadziły w tę stronę.

Marek nie uznał, że znalazł rozwiązanie.

Miał tylko kierunek.

Ale kierunek można było sprawdzić.

Złożył jeden z arkuszy dziadka i odłożył go na bok. Na własnej mapie zaznaczył obszar lekko ołówkiem.

Bez nazwy.

Bez wielkiego koła.

Tylko tyle, żeby następnego dnia wiedzieć, na co patrzył.

Przez siedem tygodni sprawdzał pojedyncze miejsca, wracał po deszczu, siedział na ambonie, porównywał ślady i zbierał obserwacje, których nie potrafił pewnie przypisać znanym zwierzętom.

Jeżeli chciał sprawdzić wzór, musiał pójść dalej.

Marek zgasił ekran telefonu.

Decyzja nie była impulsem.

Nie podjął jej dlatego, że się bał.

Ani dlatego, że chciał komukolwiek coś udowodnić.

Po prostu doszedł do miejsca, w którym dalsze krążenie po tych samych dostępnych terenach prawdopodobnie nie dawało już nic nowego.

Podczas następnej wyprawy zamierzał wejść głębiej niż dotąd.

W stronę rejonu, do którego prowadziły jego własne ślady.

I stare zapiski dziadka.


Codex GameFiction
Nie wszystkie historie trafiają do głównej kroniki.

Niektóre zostają pomiędzy rozdziałami: dodatkowe sceny, zapiski, poboczne historie
i fragmenty światów GameFiction, których nie znajdziesz w głównych opowieściach.
Właśnie tam prowadzi Codex.


Otwórz Codex →


Akt 3 — Ostatnia wyprawa Marka

Marek przygotował się wieczorem.

Nie pakował się tak, jakby jechał na zwykłe kilkugodzinne wyjście po pracy. Tym razem od początku zakładał, że może zostać w terenie do następnego dnia. W górach nie było niczego szczególnego w takim planie, ale wymagał innego podejścia.

Rozłożył wyposażenie na podłodze obok plecaka.

Lekki namiot.

Śpiwór.

Mata.

Kuchenka i niewielki kartusz.

Jedzenie na dwa dni.

Woda oraz filtr.

Zapasowe baterie.

Latarka czołowa i druga, ręczna.

Apteczka.

Telefon z zapisanymi mapami terenu.

Powerbank.

Papierowa mapa w foliowym etui.

Kompas.

Podstawowe rzeczy do rozpalenia ognia, choć nie zakładał, że będzie go potrzebował.

Do tego broń myśliwska i amunicja.

Nie zabierał niczego, czego nie potrafił wykorzystać.

Nie był też zainteresowany przeciążaniem się sprzętem na każdą możliwą sytuację. Wiedział, jak szybko dodatkowe kilogramy zaczynają kosztować na podejściach.

Jeszcze raz sprawdził prognozę.

Dzień miał być spokojny. Bez większych opadów. Temperatura przyjemna, ale noc w wyższych i zacienionych dolinach mogła być wyraźnie chłodniejsza. Wiatr słaby.

Dobre warunki.

Na stole leżała mapa z zaznaczonym obszarem.

Marek przesunął po niej palcem.

Pierwszy odcinek znał dobrze. Dalej teren robił się mniej oczywisty. Nie dlatego, że nigdy tam nie był, ale zwykle nie miał powodu wchodzić tak głęboko. Znane mu drogi stopniowo przechodziły w stare ścieżki, później w przejścia zwierzyny, a część z nich znikała zupełnie.

Nie zamierzał improwizować.

Wybrał dwa warianty powrotu. Jeden krótszy, drugi pozwalający ominąć strome zbocze w razie pogorszenia pogody albo problemów z zejściem.

W telefonie zapisał kilka punktów.

Przyjrzał się trasie jeszcze raz.

Wzór, który zauważył pod koniec poprzedniego tygodnia, wciąż wyglądał tak samo.

Część jego obserwacji prowadziła właśnie tam.

Nie do jednego konkretnego miejsca.

Do rejonu.

To wystarczyło.

Żona zajrzała do pokoju.

— Na długo?

— Jak wszystko pójdzie normalnie, jutro wrócę.

Spojrzała na rozłożony sprzęt.

— Czyli jednak nie takie zwykłe wilki.

Marek uśmiechnął się lekko.

— Zwykłe też potrafią daleko chodzić.

— Mówię poważnie.

— Ja też.

Podeszła bliżej.

— Będziesz miał zasięg?

— Miejscami. Nie wszędzie.

— To daj znać, kiedy będziesz mógł.

— Dam.

Nie mówił jej, że tym razem chce wejść dalej.

Powiedział, dokąd mniej więcej idzie i kiedy planuje wrócić. To było ważniejsze niż tłumaczenie teorii, której sam jeszcze nie umiał sformułować.

Żona przyjrzała mu się przez chwilę.

— Uważaj.

— Będę.

Został sam.

Spakował mapę.

Na końcu wziął telefon, otworzył dyktafon i sprawdził, czy poprzednie nagrania są zapisane.

Były.

Wyłączył ekran.

Rano miał ruszyć wcześnie.


Samochód zostawił jeszcze przed ósmą.

Słońce stało już wystarczająco wysoko, żeby na otwartych fragmentach drogi było ciepło. W lesie panował jednak chłód utrzymujący się po nocy. Na trawie i niższych liściach miejscami wciąż wisiała wilgoć.

Marek zarzucił plecak, poprawił pas biodrowy i przez chwilę stał przy samochodzie.

Nie spieszył się.

Zerknął na mapę w telefonie.

Potem uruchomił dyktafon.

— Siódma pięćdziesiąt osiem. Wejście od północnego zachodu. Plan: dojść do grzbietu powyżej punktu dziewięć i dalej sprawdzić doliny po południowej stronie. Powrót jutro. Pogoda dobra.

Zatrzymał nagranie.

Schował telefon.

Ruszył.

Pierwsza godzina nie przyniosła niczego nowego.

Marek szedł terenem, który już wcześniej sprawdzał. Minął miejsce, gdzie kilka tygodni wcześniej znalazł ślady dzików, potem starą drogę leśną, z której korzystały pojazdy gospodarcze.

Las był pełen dźwięków.

Ptaki.

Owady.

Wiatr wysoko w liściach.

Od czasu do czasu trzask dochodzący gdzieś z dalszego zbocza.

Nic, co wymagałoby uwagi.

Z każdym kilometrem oznaki regularnej obecności ludzi stawały się jednak rzadsze. Zniknęły świeże ślady opon. Potem koleiny starej drogi prawie całkowicie zarosły.

Marek skręcił z niej zgodnie z planem i ruszył łagodnie w górę.

Wkrótce przestał iść ścieżką.

Teren nie był ekstremalny. Wciąż pozostawał zwyczajnym beskidzkim lasem. Problem polegał głównie na gęstej roślinności, powalonych pniach i konieczności obchodzenia rozmokłych miejsc.

Marsz zaczął trwać dłużej, niż wynikałoby z samej odległości na mapie.

Marek tego oczekiwał.

Nie próbował nadrabiać tempa.

Przed dziesiątą zatrzymał się przy małym potoku.

Napełnił butelkę przez filtr i zjadł niewielką przekąskę.

Dopiero kiedy miał ruszyć, zauważył ślad na drugim brzegu.

Nie rzucał się w oczy.

Znajdował się kilka metrów wyżej, w niewielkim pasie miękkiej ziemi odsłoniętej pomiędzy korzeniami.

Marek odłożył butelkę.

Podszedł.

Duży trop.

Przypominający te, które znajdował wcześniej.

Tym razem dobrze zachowany.

Marek przykucnął i wyjął miarkę.

Ślad nie był identyczny z największymi odciskami, które fotografował wcześniej. Nieco mniejszy, choć nadal wyraźnie większy od tego, czego oczekiwałby po wilku.

Zrobił zdjęcie.

Potem przeszedł kawałek wzdłuż brzegu.

Następny odcisk znajdował się metr dalej.

Trzeci na twardszym podłożu był słaby.

Kierunek prowadził pod górę.

Marek nie poszedł za nim.

Jeszcze.

Najpierw obejrzał cały fragment brzegu.

Kilka metrów niżej znalazł kolejny trop.

Inny rozmiar.

Mniejszy.

Odciśnięty równie dobrze.

Przez kilka minut porównywał oba.

Podłoże było podobne.

Nie próbował ustalać, czy powstały tego samego dnia. Wilgotność ziemi mogła utrzymać czytelny odcisk długo, zależnie od miejsca.

Sam fakt wystarczał.

Po raz kolejny na niewielkim obszarze pojawiały się tropy podobnego typu, ale różnej wielkości.

Marek zrobił zdjęcia i zapisał punkt.

Uruchomił dyktafon.

— Dziewiąta pięćdziesiąt cztery. Potok poniżej grzbietu. Dwa tropy tego samego ogólnego typu, różna wielkość. Oba czytelne. Nie określam wieku śladów.

Rozejrzał się.

— Kierunek większego na południowy wschód.

Wyłączył nagrywanie.

Ruszył dalej zgodnie z własną trasą.

Nie potrzebował śledzić każdego odcisku.

To właśnie próbował sobie przypominać.

Nie przyszedł tutaj po to, żeby dać się wyprowadzić kilometrami za pierwszym znalezionym tropem. Chciał sprawdzić obszar.

Przez następną godzinę szedł coraz wyżej.

Ścieżka zwierzyny, którą znalazł przy grzbiecie, była dobrze używana. Na kilku fragmentach widział ślady jeleni i dzików.

Nietypowych tropów więcej nie było.

Za to po drugiej stronie wzniesienia znalazł szerokie przejście przez gęsty młodnik.

Zatrzymał się.

Roślinność była wygnieciona.

Nie w jednym miejscu.

Przez kilkanaście metrów.

Część gałęzi została odgięta, inne złamane.

Marek przeszedł wzdłuż przejścia, nie wchodząc w sam jego środek.

Mogło tędy regularnie chodzić duże zwierzę.

Albo kilka.

Nie było sposobu, by to stwierdzić.

Na początku nie znalazł odcisków. Dopiero przy niewielkim zagłębieniu zobaczył fragment tropu.

Kształt był znajomy.

Marek spojrzał w kierunku, w którym prowadziło przejście.

Na mapie był już wyraźnie dalej niż podczas wcześniejszych wypraw.

A ślady nie zniknęły.

Przeciwnie.


Około południa teren zaczął opadać.

Marek schodził ostrożnie, omijając mokre kamienie i fragmenty stromszej ziemi. W kilku miejscach musiał zejść bokiem, wykorzystując pnie jako podparcie.

Plecak ciążył coraz bardziej.

To też było normalne.

Zatrzymał się na dłuższy odpoczynek dopiero na wypłaszczeniu.

Usiadł na powalonym drzewie.

Zdjął plecak.

Przez kilka minut jadł w ciszy.

Dopiero wtedy usłyszał ruch wysoko za sobą.

Nie gwałtowny.

Kilka kroków.

Marek odwrócił głowę.

Nic.

Dźwięk dochodził ze zbocza, którym przed chwilą schodził.

Przez moment zastanawiał się, czy coś nie idzie jego śladem.

Potem usłyszał szelest nieco dalej.

Zwierzę mogło po prostu korzystać z tego samego przejścia.

Marek pozostał na miejscu.

Czekał.

Po chwili odezwał się pojedynczy trzask.

Potem cisza.

Nie wyciągnął telefonu.

Nie było czego dokumentować.

Po kilku minutach zarzucił plecak i poszedł dalej.

Ruch się nie powtórzył.

Przynajmniej przez następne pół godziny.


Pierwszy raz pomyślał, że coś może reagować na jego obecność, krótko po trzynastej.

Schodził wtedy wzdłuż wąskiego jaru. Strumień płynął jego dnem, ale Marek trzymał się kilka metrów wyżej, gdzie grunt był stabilniejszy.

Z lewej strony usłyszał ciężki krok.

Potem drugi.

Zatrzymał się.

Cisza.

Marek spojrzał w górę zbocza.

Widoczność była słaba. Liście, młode buki, krzewy i pnie układały się w kilka warstw. W niektórych miejscach nie można było zobaczyć więcej niż dwadzieścia metrów.

— No dalej — powiedział cicho.

Nic.

Ruszył.

Po mniej więcej minucie coś zaszeleściło ponownie.

Tym razem trochę przed nim.

Marek zwolnił.

Nie próbował podejść.

Duże zwierzę, które słyszało człowieka, zwykle chciało zwiększyć dystans. W gęstym terenie mogło robić to długo, cały czas pozostając poza wzrokiem.

Nie było w tym nic niezwykłego.

Jeszcze.

Marek szedł dalej.

Po kolejnych kilkuset metrach odgłos pojawił się ponownie.

Z prawej strony.

Zatrzymał się.

Tym razem czekał dłużej.

Przez las przeleciał ptak.

Gdzieś niżej zaszumiała woda.

Nie usłyszał zwierzęcia.

Spojrzał na mapę.

Nie zszedł z kursu.

Ruszył dalej.


Po południu znalazł najświeższe ślady od początku badań.

Zauważył je w rozmokłym miejscu przy niewielkim dopływie potoku.

Nie musiał sprawdzać ich długo, żeby zorientować się, że powstały niedawno.

Woda nie zdążyła wygładzić krawędzi.

W jednym odcisku na dnie wciąż zbierała się cienka warstwa mętnej wilgoci.

Marek przykucnął.

Trop był bardzo duży.

Wyraźny.

Przypominał największe z wcześniejszych.

Obok znajdowały się dwa kolejne.

Marek zrobił zdjęcia.

Przeszedł kilka metrów.

Na drugim brzegu odciski znikały na liściach, ale w trawie pozostało przejście.

Spojrzał na godzinę.

Potem na mapę.

Zwierzę przeszło dokładnie przez jeden z ciągów terenowych, które wcześniej zaznaczył jako możliwe połączenie między obserwacjami.

To było pierwszy raz, kiedy poczuł coś więcej niż satysfakcję z kolejnego znaleziska.

Niepokój.

Nie silny.

Jeszcze nie.

Raczej świadomość, że jego mapa mogła nie być tylko próbą dopasowania przypadkowych punktów.

Marek uruchomił dyktafon.

— Piętnasta dziewiętnaście. Świeży trop przy dopływie. Duży. Kierunek na południe.

Przesunął wzrokiem po roślinności.

— To jest już trzeci przypadek na tej osi.

Zamilkł.

— Sprawdzić dalej, ale bez schodzenia z planowanej trasy.

Wyłączył nagranie.

Tym razem ruszył w tym samym kierunku co ślady.

Nie dlatego, że dał się im wyciągnąć z trasy.

Właśnie tam zamierzał iść od początku.

Po mniej więcej pięciuset metrach znalazł kolejne oznaki przejścia.

Nie tropy.

Połamane gałęzie.

Duże zwierzę przecisnęło się przez gęsty fragment roślinności.

Dalej pojawił się następny ślad.

Mniejszy od poprzedniego.

Marek zatrzymał się przy nim, ale nie mierzył drugi raz tego, co już wiedział.

Zrobił zdjęcie.

Na ekranie mapy miał już kilka punktów z tego samego dnia.

Po raz pierwszy wyglądały jak coś więcej niż rozrzucone obserwacje.

Regularnie używany teren.

Tak to określił w myślach.

Nie legowisko.

Nie centrum.

Nie miejsce, w którym zwierzęta przebywały stale.

Na to nie miał żadnych danych.

Ale coś tędy chodziło.

I nie raz.


Około siedemnastej zauważył pierwszą zmianę, której nie potrafił już łatwo zignorować.

Las zrobił się cichy.

Nie całkowicie.

Taka cisza praktycznie nie istnieje.

Zniknęła jednak większość ptasich odgłosów dochodzących wcześniej z podszytu.

Marek zatrzymał się.

Nasłuchiwał.

Po chwili usłyszał jednego ptaka wysoko w koronach.

Potem owada.

Tyle.

Spojrzał na wiatr.

Ledwie poruszał liśćmi.

Marek ruszył wolniej.

Po trzydziestu krokach z lewej strony dobiegł trzask.

Tym razem blisko.

Może dwadzieścia metrów.

Marek natychmiast odwrócił się i stał bez ruchu.

Nie widział niczego.

Nie słyszał ucieczki.

To zwróciło jego uwagę.

Duże zwierzę spłoszone z takiej odległości zwykle zostawiało po sobie więcej dźwięku niż jeden trzask.

Marek zdjął broń z ramienia.

Nie składał się do strzału.

Trzymał ją tylko wygodniej.

Czekał prawie minutę.

Nic.

Po kolejnych kilkunastu krokach usłyszał pojedynczy szelest za sobą.

Obejrzał się.

Cisza.

Marek zmarszczył brwi.

Ruch z lewej mógł należeć do jednego zwierzęcia.

Ten za nim również.

Nie wiedział, czy chodziło o to samo.

Nie próbował wyliczać prędkości ani budować teorii. Teren był zbyt gęsty, a dźwięk zbyt trudny do lokalizacji.

Po prostu zanotował w głowie, że odgłosy nie pochodziły już stale z jednej strony.

Ruszył dalej.

Przez następne dwadzieścia minut nic się nie wydarzyło.

Ptaki stopniowo wróciły.

Marek poczuł, że napięcie w karku odpuszcza.

Może przesadził.

Przy tak długim marszu i tak dużym skupieniu człowiek zaczynał słyszeć więcej, niż normalnie.

To również wiedział.


Miał jeszcze co najmniej kilka godzin światła, kiedy teren zmusił go do zmiany planu.

Na mapie odległość do kolejnego punktu nie wyglądała źle.

W rzeczywistości zbocze przed nim było bardziej strome, niż zakładał. Gęsta roślinność dodatkowo spowalniała marsz, a kilka starych powalonych drzew wymuszało długie obejścia.

Marek zatrzymał się i sprawdził godzinę.

Potem odległość.

Mógł iść dalej.

Problemem nie było dojście.

Problemem był powrót.

Jeśli dotarłby do planowanego miejsca pod wieczór, nie miałoby sensu zawracać przez trudny teren po ciemku.

Zresztą nocleg był częścią planu od początku.

Marek znalazł wypłaszczenie na niewielkim grzbiecie, z dala od dna doliny. Podłoże było względnie suche. Nie stały nad nim martwe drzewa ani duże uszkodzone konary.

Obejrzał miejsce.

Nadawało się.

Nie było idealne.

Nie musiało.

Zdjął plecak.

Rozstawienie niewielkiego namiotu zajęło mu kilka minut. W środku ułożył matę i śpiwór. Najpotrzebniejsze rzeczy zostawił tak, żeby nie szukać ich po ciemku.

Broń trzymał pod ręką.

Nie jako ochronę przed czymś nieznanym.

Po prostu dlatego, że nocował w terenie, gdzie występowały duże zwierzęta.

Zjadł jeszcze przed zachodem słońca.

Nie rozpalał ognia.

Nie był potrzebny.

Przygotował wodę, schował jedzenie i sprawdził mapę.

Tego dnia przeszedł mniej kilometrów, niż przewidywał.

Za to był znacznie głębiej w rejonie, który interesował go od kilku tygodni.

Marek otworzył dyktafon.

— Dziewiętnasta pięćdziesiąt dwa. Nocleg na grzbiecie. Trasa wolniejsza niż zakładałem. Kilka świeżych tropów, co najmniej dwa rozmiary. Najświeższy przy dopływie.

Zastanowił się.

— Od późnego popołudnia kilka odgłosów dużego zwierzęcia w pobliżu. Bez obserwacji wzrokowej. Możliwe, że zwykła zwierzyna reaguje na moją obecność.

Spojrzał przez drzewa.

Światła nadal było sporo.

— Rano sprawdzę dalszy odcinek i podejmę decyzję, czy iść dalej.

Zatrzymał nagranie.

Schował telefon.

Wieczór był spokojny.

Przynajmniej na początku.


Po zachodzie słońca temperatura spadła szybko.

Marek założył dodatkową warstwę ubrania.

Przez jakiś czas siedział jeszcze przed namiotem. Niebo pomiędzy koronami zachowało jasność, ale w lesie szczegóły zaczęły znikać.

W pewnym momencie usłyszał ruch w dole.

Daleko.

Nie reagował.

Mogło to być cokolwiek.

Po kilku minutach coś przeszło przez gęstwinę. Kilka ciężkich kroków, potem trzask suchej gałęzi.

Marek odruchowo spojrzał w tamtą stronę.

Dźwięk się oddalał.

Dobrze.

Tak powinno zachować się zwierzę, które wykryło człowieka.

Marek wszedł do namiotu.

Nie zasunął od razu wejścia.

Przez kilkanaście minut obserwował ciemniejący las.

Nic więcej się nie wydarzyło.

Położył się.

Nie zamierzał zasypiać od razu.

Przeglądał jeszcze mapę w telefonie, zmniejszając jasność ekranu.

Jutro wystarczyło dojść nieco dalej na południe, sprawdzić przejście przez kolejną dolinę i wracać wariantem zachodnim.

Rozsądny plan.

Nie potrzebował więcej.

Wyłączył ekran.

Leżał w ciemności.

Pierwszy odgłos pojawił się może dwadzieścia minut później.

Z lewej strony.

Daleko od obozu.

Ciężki ruch po ściółce.

Marek otworzył oczy.

Nie wstawał.

Słuchał.

Kilka kroków.

Przerwa.

Następne.

Potem cisza.

Marek odczekał.

Nie było powodu reagować.

Las nocą był pełen zwierząt.

Po kilku minutach przewrócił się na bok.

Właśnie wtedy gdzieś za namiotem coś pękło.

Nie blisko.

Dźwięk dochodził z większej odległości niż poprzedni.

Marek usiadł.

Przez materiał namiotu widział tylko czerń.

Sięgnął po latarkę.

Nie włączył jej.

Czekał.

Minęła prawie minuta.

Z prawej strony rozległo się szuranie.

Marek otworzył namiot.

Włączył światło.

Snop przeszedł po drzewach.

Buk.

Świerk.

Krzaki.

Powalone gałęzie.

Nic.

Przesunął światło dalej.

W tak gęstym lesie latarka nie dawała poczucia widoczności. Wręcz przeciwnie. Oświetlała pierwszy plan, a wszystko poza nim stawało się jeszcze ciemniejsze.

Marek wyłączył ją.

Stał przed namiotem.

Nie słyszał ruchu.

Po około dwóch minutach wrócił do środka.

Zostawił wejście częściowo otwarte.

Przez jakiś czas nic się nie działo.

Potem z dołu zbocza doszedł niski odgłos.

Nie wycie.

Nie szczeknięcie.

Krótki dźwięk, którego Marek nie rozpoznał.

Był zbyt krótki, żeby coś po nim wnioskować.

Kilka sekund później las po drugiej stronie grzbietu odpowiedział ruchem.

Marek podniósł głowę.

To mogły być dwa zwierzęta.

Albo jedno.

Odległość pomiędzy miejscami wydawała się duża, ale noc, teren i echo łatwo oszukiwały.

Marek nie próbował tego rozstrzygać.

Wyszedł z namiotu jeszcze raz.

Tym razem zabrał broń.

Stanął przy wejściu i słuchał.

Nic nie podchodziło.

To było najdziwniejsze.

Odgłosy pojawiały się szeroko wokół niego, ale żaden nie zbliżał się bezpośrednio do obozu.

Nie słyszał ciężkiego oddechu.

Nie słyszał rycia ziemi.

Nie widział ruchu w najbliższych krzakach.

Coś poruszało się dalej.

Marek zrobił kilkanaście kroków od namiotu.

Zatrzymał się.

Nie zamierzał chodzić nocą po lesie za dźwiękiem, którego nie rozumiał.

To byłoby dokładnie przeciwieństwo wszystkiego, czego nauczył się przez lata.

Wrócił do namiotu.

Usiadł przy wejściu.

Minęło dziesięć minut.

Potem piętnaście.

Las zachowywał się normalnie.

Marek poczuł, że zaczyna się uspokajać.

Włączył dyktafon.

— Dwudziesta trzecia czternaście. Od około czterdziestu minut ruch dużego zwierzęcia albo zwierząt w różnych miejscach wokół grzbietu. Odległość trudna do oceny. Nic nie podchodzi bezpośrednio.

W oddali pękła gałąź.

Marek przerwał.

Nasłuchiwał.

— Północny wschód — powiedział ciszej.

Po chwili dobiegło szuranie z zupełnie innej strony.

Marek uniósł głowę.

Nie kontynuował nagrania.

Dopiero gdy wszystko ucichło, powiedział:

— Nie wiem, czy to to samo zwierzę.

Zatrzymał dyktafon.

Nie potrzebował dłuższej notatki.


Przez następną godzinę sytuacja się zmieniała.

Nie chodziło już o pojedyncze odgłosy.

Marek zaczął zauważać pewną ciągłość.

Coś przemieszczało się szerokim łukiem poniżej grzbietu.

Nie stale.

Czasem przez kilka minut nie słyszał niczego. Potem gdzieś daleko pojawiały się dwa albo trzy kroki. Później trzask.

Za każdym razem, gdy włączał światło, ruch ustawał.

Ale nie na długo.

Raz snop latarki zatrzymał się na ciemnym fragmencie między dwoma drzewami.

Marek patrzył tam kilka sekund.

Nic się nie poruszyło.

Światło odbiło się od mokrych liści.

Przesunął je dalej.

Nie zobaczył oczu.

Nie zobaczył sylwetki.

Nie zobaczył niczego, co mógłby później uczciwie opisać jako zwierzę.

Wyłączył latarkę.

Prawie natychmiast po drugiej stronie obozu coś poruszyło się w młodniku.

Marek poczuł chłód na karku, który nie miał nic wspólnego z temperaturą.

Nie chodziło o sam dźwięk.

Chodziło o czas.

Stał nieruchomo.

Broń trzymał skierowaną w dół.

— Dobra — powiedział cicho.

Nie do zwierzęcia.

Raczej do siebie.

Przestał próbować oświetlać każdy odgłos.

Zamiast tego zgasił światło i usiadł.

Słuchał.

Po kilku minutach zorientował się, że kiedy pozostaje nieruchomy, ruch trwa dłużej.

Coś szło.

Zatrzymywało się.

Szło dalej.

Nie zbliżało się.

Przynajmniej tak mu się wydawało.

Marek próbował ocenić odległość.

Pięćdziesiąt metrów?

Siedemdziesiąt?

Więcej?

W lesie nie miało sensu przywiązywać się do liczby.

Najważniejsze było coś innego.

To nie wyglądało już jak pojedyncze zwierzę przechodzące przypadkiem obok obozu.

Było tutaj zbyt długo.


Po północy Marek spróbował się położyć.

Nie dlatego, że uznał sytuację za bezpieczną.

Potrzebował odpoczynku.

Trzymanie człowieka w napięciu przez kilka godzin nie poprawiało jego oceny sytuacji. Wiedział o tym.

Położył broń obok.

Latarka była pod ręką.

Zamknął oczy.

Przez jakiś czas słyszał tylko szum liści.

Potem zasnął.

Nie wiedział na jak długo.

Obudził go dźwięk dochodzący z góry grzbietu.

Usiadł natychmiast.

Serce uderzało szybko.

Coś ciężkiego schodziło przez las.

Tym razem ruch był bardziej zdecydowany niż wcześniej.

Kilka kroków.

Trzask.

Szelest.

Marek sięgnął po latarkę.

Zanim ją włączył, dźwięk się zatrzymał.

Czekał.

Cisza.

Włączył światło.

Przesunął nim szeroko.

Nic.

Nie wychodził z namiotu.

Po kilkunastu sekundach wyłączył latarkę.

Siedział w ciemności.

Mijały minuty.

Ruch nie wracał.

Marek spojrzał na godzinę.

Pierwsza czterdzieści sześć.

Wypił trochę wody.

Położył się ponownie, ale już nie zasnął.

Co jakiś czas słyszał coś daleko od obozu.

Nie zawsze był pewien, czy rzeczywiście był to ruch zwierzęcia.

Zmęczenie zmieniało sposób odbierania dźwięków.

Wiatr przesuwał gałęzie.

Małe zwierzę w suchej ściółce potrafiło brzmieć znacznie większe, niż było.

Marek o tym wiedział.

Dlatego nie liczył każdego szelestu.

Nie próbował też przekonać samego siebie, że całą noc krążyła wokół niego grupa nieznanych zwierząt.

Miał za mało danych.

Ale miał wystarczająco dużo, żeby nie spać spokojnie.


Przed świtem las ucichł.

Nie od razu.

Po prostu odstępy pomiędzy odgłosami stawały się coraz dłuższe.

W końcu przestał słyszeć cokolwiek, co mógłby odróżnić od zwykłego nocnego tła.

Marek zasnął jeszcze na krótko.

Obudziło go światło.

Przez materiał namiotu wpadał szary blask poranka.

Przez moment leżał nieruchomo, próbując przypomnieć sobie, gdzie jest.

Potem wróciła noc.

Usiadł.

Czuł zmęczenie w karku i oczach.

Spał może dwie godziny.

Łącznie.

Może mniej.

Wyszedł przed namiot.

Las wyglądał zwyczajnie.

To było prawie irytujące.

Młode liście poruszały się lekko. Ptaki wróciły. Gdzieś daleko pracował dzięcioł.

Żadnego śladu nocnego napięcia.

Marek napił się wody i przez chwilę stał bez ruchu.

Potem zaczął sprawdzać teren.

Nie odchodził daleko.

Najpierw obszedł obóz szerokim łukiem.

Przy samym namiocie nie znalazł niczego.

To go nie zdziwiło.

Odgłosy przez większość nocy dochodziły z większej odległości.

Niżej na zboczu trafił na rozgrzebaną ściółkę.

Mogło to być cokolwiek.

Dalej znalazł wyraźny trop jelenia.

Jeszcze dalej ślad dzika.

Normalne zwierzęta.

Dopiero kilkadziesiąt metrów od obozu zauważył duży odcisk przy wilgotnym fragmencie ziemi.

Przykucnął.

Psowaty.

Duży.

Marek patrzył na niego długo.

Ślad znajdował się mniej więcej w rejonie, z którego w nocy dochodziła część dźwięków.

To nadal niczego nie dowodziło.

Ale też nie pomagało mu uznać całej nocy za efekt zmęczenia.

Zrobił zdjęcie.

Kilka metrów dalej znalazł drugi trop.

Potem ślady znikały.

Marek nie szukał ich długo.

Wrócił do obozu.

Zagotował wodę i zrobił coś ciepłego do picia.

Jadł bez pośpiechu.

Patrzył na mapę.

Najrozsądniejszą decyzją był powrót.

Nie musiał tego sobie tłumaczyć.

Był niewyspany. Przez część nocy w jego pobliżu przemieszczało się co najmniej jedno duże zwierzę, którego nie potrafił zidentyfikować. Wczoraj znalazł świeże tropy. Teren przed nim był trudniejszy niż dotychczas.

Miał wystarczająco dużo materiału, żeby wrócić.

Zdjęcia.

Nagrania.

Lokalizacje.

Mógł przeanalizować je w domu.

Mógł odpocząć.

Mógł wrócić innym razem.

Marek pił powoli i patrzył na mapę.

Do obszaru, który chciał sprawdzić, nie było daleko.

Nie na mapie.

Teren mógł sprawić, że zajmie mu to dwie godziny.

Może trzy.

Gdyby ruszył teraz i zawrócił najpóźniej przed południem, miał dużo czasu na bezpieczny powrót za dnia.

To nie był argument wymyślony na siłę.

Był prawdziwy.

Tak samo prawdziwe było zmęczenie.

I nocne odgłosy.

Marek odłożył kubek.

Przez siedem tygodni zbierał punkty.

Ślady.

Dźwięki.

Miejsca.

Za każdym razem, gdy coś znajdował, następne obserwacje prowadziły trochę dalej.

Teraz siedział najbliżej rejonu, który od kilku dni widział na mapie jako wspólny kierunek.

Gdyby wrócił, nikt nie mógłby nazwać tego błędem.

Sam też by tego nie nazwał.

A jednak wiedział, co będzie robił w domu.

Usiądzie przy mapie.

Przejrzy zdjęcia.

Odsłucha nagrania.

I będzie się zastanawiał, co znajdowało się kilka kilometrów dalej.

Marek przetarł twarz dłońmi.

To była jego wada.

Wiedział o niej.

Kiedy problem przestawał być abstrakcyjny i zaczynał przypominać coś, co można rozwiązać jeszcze jednym sprawdzeniem, bardzo trudno było mu zostawić go w połowie.

Nie zamierzał jednak iść bez ograniczeń.

Wyznaczył godzinę odwrotu.

Jedenasta trzydzieści.

Bez względu na to, co znajdzie.

Nie będzie śledził tropów poza zaplanowany obszar.

Nie zostanie na drugą noc.

Jeżeli sytuacja zacznie wyglądać gorzej niż poprzedniego dnia, zawraca wcześniej.

Marek spojrzał na zegarek.

Potem uruchomił dyktafon.

— Szósta pięćdziesiąt dziewięć. W nocy wielokrotny ruch wokół miejsca noclegu. Jeden duży trop znaleziony rano około pięćdziesięciu metrów od namiotu. Nie mam pewności, czy jest związany z nocnymi odgłosami.

Odchrząknął.

— Spałem mało. Sprawdzam jeszcze dalszy odcinek. O jedenastej trzydzieści odwrót niezależnie od wyniku.

Zatrzymał nagranie.

Spakował obóz.

Zwinął namiot, matę i pozostały sprzęt, zabrał śmieci i sprawdził, czy niczego nie zostawił. Miejsce było uporządkowane, ale nocleg pozostawił po sobie drobne ślady: prostokąt lekko ugniecionej ściółki, kilka przydeptanych roślin i niewielkie naruszenia ziemi tam, gdzie stawiał rzeczy i chodził wokół namiotu.

Nie próbował ich zacierać.

Marek zarzucił plecak.

Ruszył dalej.


Pierwsza godzina była spokojna.

To niemal przekonało go, że podjął właściwą decyzję.

Dzień zapowiadał się pogodnie. Między koronami prześwitywało słońce. Ziemia była wilgotna, ale nie śliska.

Marek poruszał się wolniej niż poprzedniego dnia.

Zmęczenie dawało o sobie znać.

Nie było jeszcze poważnym problemem, ale widział różnicę. Na stromszych podejściach robił częstsze przerwy. Dwa razy sprawdził mapę, zanim zdecydował się zejść do kolejnej doliny.

Nie zamierzał nadrabiać ambicją tego, czego brakowało mu po nieprzespanej nocy.

Pierwszy świeży znak znalazł około ósmej.

Tym razem nie był to trop.

Na cienkim pniu znajdowała się długa smuga błota i ciemnych włosów.

Marek podszedł.

Gałąź obok była złamana.

Wysoko.

Nie na tyle, by uznać to za coś niemożliwego, ale wyżej niż większość podobnych śladów, które znajdował wcześniej.

Marek zrobił zdjęcie.

Nie zbierał sierści.

Miał już próbkę z wcześniejszej wyprawy.

Kilkaset metrów dalej natrafił na rozdeptane miejsce przy potoku.

Tutaj odcisków było więcej.

Część należała do jeleni.

Jeden prawdopodobnie do dzika.

Pomiędzy nimi znalazł trzy duże tropy, które rozpoznał natychmiast jako ten sam ogólny typ, który dokumentował od tygodni.

Jeden był większy.

Dwa mniejsze.

Marek zrobił zdjęcia.

Nie próbował liczyć zwierząt.

Ślady mogły pochodzić z różnych godzin, nawet różnych dni.

Ale miejsce było używane.

Regularnie.

To widział już bez wątpliwości.

Przy potoku roślinność była wydeptana w kilku kierunkach. Na drugim brzegu duże zwierzęta wychodziły zawsze mniej więcej tym samym przejściem.

Marek stanął i spojrzał na mapę.

Był już wewnątrz obszaru, który zaznaczył po analizie wcześniejszych obserwacji.

Przez chwilę poczuł satysfakcję.

Nie z tego, że miał rację co do zwierząt.

Do tego było daleko.

Miał rację co do miejsca.

Przynajmniej częściowo.


Niecałą godzinę później wrócił ruch.

Najpierw z prawej strony.

Marek usłyszał go podczas podejścia.

Nie zatrzymał się natychmiast.

Szedł jeszcze kilka kroków, dopiero potem stanął.

Dźwięk również się zatrzymał.

Marek spojrzał w tamtą stronę.

Nic.

Odczekał.

Ruszył.

Przez kilkanaście minut las milczał.

Później, gdy schodził w łagodniejsze zagłębienie, coś poruszyło się po lewej.

Tym razem wyraźnie.

Nie pojedynczy trzask.

Kilka ciężkich kroków.

Ruch równoległy do jego kierunku.

Marek stanął.

Odgłos ucichł.

Nie podobało mu się to.

Wczoraj mógł jeszcze zakładać, że przecina przejścia zwierząt.

W nocy obóz był nieruchomym punktem i coś mogło po prostu krążyć po swoim terenie.

Teraz sytuacja wyglądała inaczej.

On się przemieszczał.

A ruch pojawiał się razem z nim.

Nie chciał przypisywać zwierzęciu zamiarów.

To byłoby zbyt łatwe.

Mógł iść w tym samym kierunku co duży ssak, który próbował zachować dystans.

Tak zachowywały się zwierzęta, kiedy nie chciały przechodzić przed człowiekiem albo zejść w niewygodny teren.

Marek kontynuował.

Pięć minut.

Dziesięć.

Nic.

Potem za plecami usłyszał złamaną gałąź.

Odwrócił się.

Nie było ucieczki.

Tylko cisza.

Marek zdjął broń z ramienia.

Od tej chwili niósł ją w rękach.


O dziewiątej czterdzieści zrobił przerwę.

Nie z powodu kondycji.

Chciał posłuchać.

Stanął przy grubym buku i przez kilka minut nie ruszał się wcale.

Las żył.

Ptaki były mniej aktywne niż rano, ale nie zniknęły.

W dole słyszał potok.

Gdzieś z prawej poruszył się niewielki ptak.

Marek czekał.

Po prawie trzech minutach coś ciężkiego przeszło za nim po zboczu.

Nie szybko.

Kilka kroków.

Przerwa.

Kolejne.

Marek nadal się nie ruszał.

Dźwięk szedł mniej więcej równolegle do miejsca, w którym stał.

Oddalał się nieznacznie.

Marek bardzo powoli obrócił głowę.

Ruch ustał.

Patrzył pomiędzy drzewa.

Nic.

Nie odwrócił się z powrotem.

Czekał.

Pół minuty.

Minuta.

W końcu ruszył.

Tym razem nie w kierunku planowanej trasy.

Zrobił krótki odcinek ukośnie w dół, może pięćdziesiąt metrów, wykorzystując łatwiejsze przejście.

Jeżeli zwierzę szło tylko naturalną trasą po zboczu, powinno kontynuować swój kierunek.

Marek zatrzymał się.

Przez chwilę nic nie słyszał.

Potem po tej samej stronie, ale już niżej, coś poruszyło się w zaroślach.

Marek poczuł, jak mięśnie pleców napinają się automatycznie.

Nie był to dowód.

Ale przestało mu się to podobać.

Wrócił do pierwotnego kierunku.


Kilkaset metrów dalej znalazł kolejny duży trop.

Nie zatrzymał się przy nim długo.

Zdjęcie.

Lokalizacja.

Dalej.

Teraz ważniejsze było to, co działo się wokół niego.

Odgłosy znów zniknęły.

Marek szedł przez coraz gęstszy teren.

W niektórych miejscach młode drzewa i krzewy wymuszały przeciskanie się bokiem. Gdzie indziej musiał omijać wykroty i fragmenty podmokłej ziemi.

W pewnym momencie dotarł do starego, zarośniętego przejścia biegnącego wzdłuż zbocza.

Nie wyglądało jak współczesna droga.

Raczej jak dawna trasa, którą kiedyś wykorzystywano częściej.

Marek zatrzymał się.

Na miękkiej ziemi przy krawędzi zobaczył trop.

Potem kolejny.

Dwa różne rozmiary.

Nieco dalej trzeci odcisk, częściowo uszkodzony.

Obok ziemia była rozgrzebana przez dziki.

Marek zrobił zdjęcia.

Kiedy się wyprostował, usłyszał ruch z przodu.

Blisko.

Zastygł.

Kilka sekund później z lewej strony odezwało się coś drugiego.

Nie potrafił powiedzieć, czy było równie blisko.

Marek cofnął się o pół kroku.

Po raz pierwszy od początku wyprawy poważnie rozważył natychmiastowy odwrót.

Spojrzał na zegarek.

Dziesiąta siedemnaście.

Do wyznaczonej godziny miał ponad godzinę.

To nie miało znaczenia.

Godzina odwrotu była limitem.

Nie obowiązkiem pozostania.

Marek stał i słuchał.

Ruch się nie powtórzył.

Spojrzał na mapę.

Planowany punkt znajdował się niedaleko.

Według mapy kilkaset metrów.

W praktyce mogło to być więcej.

Marek schował telefon.

Nie ruszył od razu.

To był moment, w którym rozsądek mówił mu już wyraźniej niż rano, że zebrał wystarczająco dużo.

Był głęboko.

Był zmęczony.

Coś dużego poruszało się w jego pobliżu od poprzedniego dnia.

Być może więcej niż jedno zwierzę.

Nie wiedział jakie.

A jednak właśnie tutaj znajdował więcej świeżych śladów niż podczas wszystkich wcześniejszych wypraw.

Marek spojrzał przed siebie.

Nie potrzebował godziny.

Potrzebował kilkunastu minut marszu.

Sprawdzić następne wypłaszczenie.

Zobaczyć, dokąd prowadzi przejście.

Potem wracać.

Ruszył.


Las przed nim wyglądał zwyczajnie.

To było chyba najgorsze.

Nie było żadnej granicy.

Żadnej zmiany drzew.

Żadnego znaku ostrzegawczego.

Po prostu kolejne zbocze, kolejne buki i świerki, wilgotna ziemia, gęsta zieleń późnej wiosny.

Marek przeszedł niecałe dwieście metrów.

Z prawej strony coś poruszyło się równolegle do niego.

Nie zatrzymał się.

Szedł wolniej.

Ruch trwał.

Kilka kroków.

Przerwa.

Znowu.

Marek patrzył przed siebie.

Po lewej stronie usłyszał pojedynczy trzask.

Zatrzymał się.

Oba kierunki ucichły.

Stał w miejscu.

Serce biło szybciej, ale oddychał spokojnie.

To nie była już ta sama sytuacja co kilka tygodni wcześniej na ambonie.

Tam był obserwatorem.

Teraz się przemieszczał.

A coś zmieniało położenie razem z nim.

Marek powoli uniósł broń do bardziej gotowej pozycji.

Nie celował.

Nie miał celu.

Rozejrzał się.

Nic.

Przed nim znajdował się fragment bardziej otwartego terenu. Kilka starszych drzew rosło dalej od siebie, a podszyt był rzadszy.

Marek wszedł tam.

Zatrzymał się na skraju.

Odwrócił głowę w stronę, z której ostatnio słyszał ruch.

Cisza.

Potem z tyłu, daleko, coś złamało gałąź.

Marek spojrzał przez ramię.

Zacisnął szczękę.

Nie myślał już, że po prostu przecina drogę jednego przypadkowego zwierzęcia.

Nie wiedział, ile ich było.

Nie wiedział, co to było.

Nie potrafił powiedzieć, czy dźwięki po obu stronach rzeczywiście pochodziły od dwóch różnych zwierząt.

Ale jedno stawało się trudne do zignorowania.

Jego obecność została zauważona.

Marek stał wśród drzew i po raz pierwszy od rozpoczęcia badań miał wyraźne poczucie, że to nie on prowadzi już obserwację.

Coś w lesie wiedziało, gdzie jest.

I poruszało się razem z nim.

Z prawej strony zarośla eksplodowały ruchem.

Nie było już ostrożnych kroków ani pojedynczego trzasku. Gałęzie poszły w dół jedna po drugiej, jakby coś ciężkiego przebiło się przez młodnik bez próby zachowania ciszy.

Prosto na niego.

Marek odwrócił się.

Z ciemnej ściany roślinności wypadła ogromna postać.

Ciemna.

Niemal czarna.

Przez ułamek sekundy Marek zobaczył przede wszystkim masę i szybkość. Coś zbyt dużego, żeby umysł zdążył od razu dopasować to do znanego zwierzęcia.

Odległość znikała błyskawicznie.

Marek poderwał karabin do ramienia.

— Co jest, kurwa…


Akt 4 — Gdzie jest Marek

Marek miał wrócić następnego dnia.

Nie podał konkretnej godziny.

Powiedział tylko, że jeżeli wszystko pójdzie normalnie, będzie w domu po południu albo pod wieczór. Dla jego żony nie było w tym nic szczególnego. Zdarzało mu się wracać później, niż zakładał. W górach kilometry na mapie nie zawsze przekładały się na czas, a Marek nie należał do ludzi, którzy zawracali tylko dlatego, że plan przesunął się o godzinę.

O siedemnastej jeszcze się nie martwiła.

Napisała wiadomość.

„Jak tam?”

Nie została dostarczona.

Osiemnaście minut później spróbowała zadzwonić.

Telefon był poza zasięgiem.

To również nie oznaczało niczego niezwykłego.

Wystarczyło zejść głębiej w jedną z dolin albo znaleźć się po niewłaściwej stronie grzbietu.

Przed dziewiętnastą zadzwoniła jeszcze raz.

Bez rezultatu.

Syn Marka, kiedy zapytała go, czy ojciec coś pisał, pokręcił głową.

— Mówił, kiedy wróci?

— Dzisiaj.

— To może jeszcze idzie.

— Może.

Powiedziała to spokojnie.

Przez następne pół godziny chodziła po domu i próbowała zajmować się czymś innym.

Nastawiła wodę.

Zebrała rzeczy ze stołu.

Sprawdziła telefon.

Woda zdążyła się zagotować, zanim przypomniała sobie, że chciała zrobić herbatę.

O dziewiętnastej czterdzieści dwa wiadomość nadal nie była dostarczona.

Zadzwoniła ponownie.

Tym razem telefon przez chwilę próbował nawiązać połączenie, a potem rozmowa została przerwana.

— Może złapał zasięg na chwilę — powiedział syn.

— Mógłby wtedy zadzwonić.

— Jak idzie, może nie zauważył.

Spojrzała na niego.

Nie chciała, żeby ją uspokajał.

Jeszcze bardziej nie chciała, żeby sam zaczął się bać.

Marek był doświadczony.

To zdanie powtarzała sobie od początku.

Znał góry. Wiedział, jak nocować w terenie. Miał sprzęt, broń, mapę, wodę, telefon. Nie wyszedł na przypadkowy spacer w tenisówkach.

O dwudziestej pierwszej nie wystarczało to już tak jak wcześniej.

Na zewnątrz wciąż pozostawało trochę światła, ale w dolinach i pod zwartym lasem musiało być już ciemno.

Spróbowała zadzwonić do jednego ze znajomych Marka.

Potem do drugiego.

Nikt nie wiedział, gdzie dokładnie poszedł.

— Mówił tylko, że w stronę granicy — powiedziała. — W ten rejon, gdzie ostatnio chodził.

— Ale gdzie konkretnie?

— Nie wiem.

Wtedy pierwszy raz naprawdę poczuła, jak mało ma informacji.

Marek pokazał jej mniej więcej obszar. Powiedział, że będzie nocował w lesie. Powiedział, kiedy planuje wrócić.

Nie zostawił zapisanej trasy.

Nie wskazał miejsca obozu.

Nie powiedział: jeżeli mnie nie będzie, szukajcie tutaj.

Bo nie jechał na wyprawę, podczas której spodziewał się problemów.

O dwudziestej drugiej nie czekali już dłużej.

Zaginięcie zostało zgłoszone.


Pierwsze pytania były proste.

Kiedy Marek wyszedł?

Czym pojechał?

Gdzie zostawił samochód?

Dokąd mówił, że idzie?

Czy miał jakieś problemy zdrowotne?

Czy zabrał leki?

Jak był ubrany?

Co miał przy sobie?

Czy miał broń?

Czy wcześniej znikał na dłużej bez kontaktu?

Czy mógł zmienić trasę?

Żona odpowiadała najlepiej, jak potrafiła.

Na część pytań odpowiadała dokładnie.

Na inne tylko przybliżeniem.

— Pokazał mi mniej więcej ten rejon — powiedziała w pewnym momencie. — Mówił, że będzie nocował w lesie i wróci następnego dnia.

— Zostawił trasę?

— Nie.

— Mówił, gdzie dokładnie chce nocować?

— Nie. Tylko mniej więcej, dokąd idzie.

Nie wiedziała również, jak głęboko Marek zamierza wejść ani którą z możliwych dróg wybierze.

To zdanie pojawiało się potem wielokrotnie.

Nie powiedział.

Marek opowiadał rodzinie, że obserwuje wilki. Czasem wspominał o jakimś miejscu, czasem o pogodzie, czasem o tym, że wrócił późno, bo sprawdzał trop.

Nie tłumaczył jednak całej logiki swoich wypraw.

Nikt wcześniej nie miał powodu go o nią wypytywać.

Jeszcze tej samej nocy zaczęto sprawdzać najbardziej oczywiste punkty.

Samochód Marka odnaleziono przy bocznej drodze.

Stał tam, gdzie powinien.

Zamknięty.

Bez śladów, które wskazywałyby, że wydarzyło się przy nim coś niezwykłego.

To zawężało jeden problem i otwierało następny.

Marek wszedł do lasu pieszo.

Nie było wiadomo dokładnie którędy.


Łukasz dowiedział się o zaginięciu brata późnym wieczorem.

Był w Poznaniu.

Pierwszą reakcją było niedowierzanie.

— Jak to nie wrócił?

Potem przez kilka minut zadawał pytania.

Kiedy wyszedł.

Kiedy miał wrócić.

Czy znaleźli samochód.

Czy telefon odpowiada.

Czy wiadomo, w którą stronę poszedł.

Jego bratowa odpowiadała, a Łukasz zapisywał sobie informacje na kartce, chociaż większość z nich zapamiętałby bez problemu.

Robił tak od lat.

Informacja zapisana była informacją, której nie trzeba było trzymać w głowie.

— Jadę — powiedział.

— Łukasz, jest noc.

— Wiem.

— Nic teraz nie zrobisz.

Przez chwilę milczał.

— Wiem.

Wyjechał rano.

Podróż z Poznania była długa.

Za długa.

Pierwsze godziny spędził na telefonie. Rozmawiał z rodziną, próbował zrozumieć, kto prowadzi działania i co już sprawdzono.

Nie dzwonił do służb co dwadzieścia minut.

Wiedział, że to nie pomoże.

Ale brak wpływu na sytuację znosił źle.

Przyzwyczaił się do świata, w którym problem można było rozłożyć na części, przypisać ludziom, ustawić terminy i pilnować wykonania.

Tutaj nie było terminu.

Był las.

I jego brat gdzieś w środku.


Pierwszego dnia poszukiwania koncentrowały się na tym, co było najbardziej prawdopodobne.

Okolica samochodu.

Drogi i ścieżki wychodzące w głąb lasu.

Znane przejścia.

Miejsca, którymi człowiek mający doświadczenie Marka mógł logicznie kierować się w stronę rejonu wskazanego przez rodzinę.

Zespoły nie szły jedną linią.

Obszar dzielono.

Jedni sprawdzali drogi leśne.

Inni doliny i potoki.

Kolejne grupy wchodziły na grzbiety.

Sprawdzano miejsca, w których w razie urazu człowiek mógł szukać schronienia albo wody.

Ratownicy, policjanci, strażacy i ludzie znający miejscowe lasy pracowali w wyznaczonych sektorach.

Pojawili się też ochotnicy.

Nie wszyscy zostali wysłani w trudny teren.

Część pomagała tam, gdzie było to potrzebne i bezpieczne.

Przy organizacji.

Przy transporcie.

Przy przygotowywaniu wody i jedzenia.

Przy prostszych odcinkach bliżej dróg.

Nie było sensu dokładać poszukiwaczom kolejnych ludzi, których sami musieliby pilnować.

Gęsta późnowiosenna roślinność utrudniała wszystko.

Z drogi można było patrzeć w las i widzieć kilkadziesiąt metrów.

Po wejściu między młode buki, świerki i krzewy zasięg wzroku czasami kończył się po kilkunastu.

Człowiek mógł leżeć niewiele dalej i pozostać niewidoczny.

A Marek nie musiał leżeć.

Mógł iść.

Mógł zejść ze ścieżki.

Mógł zmienić kierunek.

Mógł po urazie szukać łatwiejszego zejścia zamiast wracać własnym śladem.

Każda z tych możliwości zwiększała obszar.


Łukasz dotarł do Jawornicy późnym popołudniem pierwszego dnia.

Pierwszą osobą, którą zobaczył po wejściu do domu brata, była bratowa.

Przytulili się krótko.

Bez słów.

Potem Łukasz zobaczył syna Marka.

— Co wiadomo?

— Nic nowego.

Łukasz odstawił torbę.

— Samochód?

— Znaleźli.

— Telefon?

— Nie.

— Ostatni sygnał?

— Nie wiem.

Łukasz zatrzymał się.

— Dobra.

Nie chciał robić z domu centrum operacyjnego.

Ale po piętnastu minutach na stole leżała kartka.

Data wyjścia.

Przybliżona godzina.

Miejsce samochodu.

Rejon podany przez Marka.

Planowany dzień powrotu.

Godziny kolejnych prób kontaktu.

Bratowa patrzyła na niego przez chwilę.

— Myślisz, że to coś zmieni?

Łukasz odłożył długopis.

— Nie wiem.

— To po co to robisz?

Zastanowił się.

— Bo nie wiem, co innego mogę zrobić.

Pokiwała głową.

Rozumiała.


Pod wieczór Łukasz rozmawiał z jednym z ludzi zaangażowanych w koordynowanie części działań terenowych.

Nie pytał, dlaczego jeszcze nie znaleźli Marka.

Zapytał, co sprawdzili.

Mężczyzna rozłożył mapę.

— Tutaj samochód. Dzisiaj poszliśmy tymi drogami i grzbietem. Sprawdzane były też te dwie doliny.

— A dalej?

— Jutro rozszerzamy.

Łukasz wskazał większy obszar.

— Tu?

— Też.

— Marek mógł iść tam.

— Mógł.

— To dlaczego nie dzisiaj?

Mężczyzna spojrzał na niego spokojnie.

— Bo równie dobrze mógł iść w pięć innych stron.

Łukasz milczał.

— Nie mamy jego trasy — dodał tamten. — Gdybyśmy mieli ślad, idziemy za śladem. Na razie mamy samochód i duży kawałek gór.

Łukasz popatrzył na mapę.

To była odpowiedź, której nie lubił.

Nie dlatego, że była zła.

Dlatego, że była prawdziwa.

— Rozumiem.

— Twój brat znał teren?

— Lepiej niż ja.

— To pomaga i przeszkadza.

Łukasz spojrzał na niego.

— Dlaczego przeszkadza?

— Bo człowiek, który zna las, nie musi trzymać się drogi.

Tego wieczoru Łukasz po raz pierwszy zaczął naprawdę rozumieć skalę problemu.


Drugiego dnia odnaleziono kilka śladów, które początkowo wydawały się obiecujące.

Odcisk buta.

Miejsce, gdzie ktoś prawdopodobnie schodził z drogi.

Złamane gałęzie.

Żaden nie dawał pewności.

W lesie chodzili ludzie przed rozpoczęciem poszukiwań.

Leśnicy.

Myśliwi.

Turyści.

Mieszkańcy.

Potem doszli poszukiwacze.

Każda godzina zwiększała liczbę nowych śladów nakładających się na stare.

Zespoły zapisywały sprawdzone sektory i punkty.

Jedne grupy wracały.

Wchodziły następne.

Nikt nie próbował utrzymywać tych samych ludzi w górach od świtu do nocy przez kolejne dni.

Zmęczony ratownik popełniał błędy.

Mógł ominąć to, czego szukał.

Mógł też sam potrzebować pomocy.

Łukasz obserwował to z boku.

Coraz bardziej imponowała mu zwyczajność całej pracy.

Nie było wielkich deklaracji.

Ludzie zakładali plecaki.

Sprawdzali sprzęt.

Dostawali sektor.

Wracali zmęczeni, z błotem na butach.

Mówili, co znaleźli.

Najczęściej nic.

Potem mapa była aktualizowana.

I następna grupa szła dalej.


W Jawornicy sprawa była już wszędzie.

Nie dlatego, że przyjechały dziesiątki kamer.

Nie przyjechały.

To mieszkańcy roznieśli informację szybciej niż jakiekolwiek media.

Na lokalnych grupach pojawiało się zdjęcie Marka.

W sklepach ludzie pytali, czy coś wiadomo.

Przed szkołą zatrzymywali się rodzice.

Nauczyciele odbierali wiadomości od dawnych uczniów.

Niektórzy pytali, gdzie można pomóc.

Inni przynosili wodę albo jedzenie dla ludzi zaangażowanych w akcję.

W szkole jego sala pozostała zamknięta przez większość dnia.

Na pierwszej lekcji zastępstwo próbowało prowadzić zajęcia normalnie.

Nie szło.

— Proszę pani, znaleźli go? — zapytał jeden z chłopców.

— Jeszcze nie.

— Ale szukają?

— Tak.

— Dużo ludzi?

— Dużo.

Ktoś z tyłu powiedział:

— Pan Wrona zna cały las.

Nauczycielka odwróciła się.

Chłopak siedział nieruchomo.

Nie mówił tego, żeby się popisać.

Po prostu nie rozumiał, jak ktoś taki mógł zniknąć.

Nikt w Jawornicy za bardzo tego nie rozumiał.


Trzeciego dnia zmienił się ton rozmów.

Nie nagle.

Nikt nie ogłosił, że sytuacja jest beznadziejna.

Ale pytania stały się inne.

Pierwszego dnia ludzie pytali:

„Gdzie jeszcze szukają?”

Trzeciego częściej:

„Naprawdę nic?”

Rodzina również zaczynała inaczej reagować na każdy telefon.

Za pierwszym razem wszyscy podnosili głowy.

Potem nauczyli się rozpoznawać po twarzy osoby odbierającej, czy wydarzyło się coś ważnego.

Najgorsze były rozmowy krótkie.

„Dobrze.”

„Rozumiem.”

„Tak.”

„Dajcie znać.”

Łukasz prawie nie spał.

Nie chodził sam po lasach.

Kilka razy proponował, że dołączy do grupy, ale gdy przedstawiono mu konkretne potrzeby i wyjaśniono, gdzie jest przydatny, nie protestował.

Nie miał kondycji ratowników.

Nie znał już terenu tak dobrze jak miejscowi.

Dwudziestopięcioletnia nieobecność robiła swoje.

Miejsca, które z dzieciństwa pamiętał jako otwarte polany, zarosły.

Drogi zmieniły przebieg.

Niektóre ścieżki zniknęły.

Inne pojawiły się później.

Łukasz znał Jawornicę.

Nie znał już lasu Marka.

I to bolało bardziej, niż się spodziewał.


Czwartego dnia jedna z grup weszła w sektor położony wyraźnie dalej od dróg niż większość miejsc sprawdzanych pierwszego dnia.

Dotarcie tam zajęło wiele godzin.

Nie dlatego, że odległość była ogromna.

Teren spowalniał ludzi.

Podejścia.

Zejścia.

Mokre fragmenty.

Powalone drzewa.

Gęsty młodnik.

Co jakiś czas zespół zatrzymywał się, żeby sprawdzić przejście albo zejść kilkadziesiąt metrów w bok.

Nie szli za żadnym konkretnym tropem Marka.

Sprawdzali teren, do którego mógł dotrzeć na podstawie przyjętych wariantów.

Jedno z wypłaszczeń na niewielkim grzbiecie nie wyglądało na nic szczególnego.

Pierwszy przeszedł obok niego jeden z ratowników.

Drugi zatrzymał się kilka metrów dalej.

— Poczekaj.

Pozostali stanęli.

Mężczyzna cofnął się.

Spojrzał na ziemię.

Ściółka była lekko spłaszczona.

Nie jak miejsce, gdzie leżało zwierzę.

Kształt był zbyt regularny.

Kilka roślin przy krawędzi zostało przydeptanych. W dwóch miejscach ziemia była naruszona, jakby ktoś wielokrotnie stawiał tam but.

Ratownik przykucnął.

— Ktoś tu spał.

Drugi obejrzał miejsce.

— Kiedy?

— Nie powiem ci.

Przeszli szerzej.

Nie znaleźli namiotu.

Nie znaleźli opakowań.

Nie znaleźli porzuconego sprzętu.

Ale układ miał sens.

Niewielkie, stosunkowo suche wypłaszczenie.

Bez martwych drzew bezpośrednio nad miejscem.

Woda dostępna niżej.

Osłona terenu.

Miejsce, które ktoś doświadczony mógł wybrać na nocleg.

Zgłosili punkt.

Współrzędne zapisano.

Zrobiono zdjęcia.

Miejsce trafiło na mapę akcji.

Po czterech dniach mieli pierwszy mocny sygnał, że Marek rzeczywiście dotarł aż tutaj.


Informacja szybko dotarła do rodziny.

Nie brzmiała jak dobra wiadomość.

Nie brzmiała też jak zła.

Po prostu zmieniała sytuację.

Łukasz stał obok stołu, kiedy bratowa odłożyła telefon.

— Znaleźli miejsce, gdzie spał.

— Pewne?

— Mówią, że bardzo prawdopodobne.

— Rzeczy?

— Nie.

— Telefon?

Pokręciła głową.

— Nic. Tylko miejsce.

Łukasz poczuł krótką ulgę.

Natychmiast potem przyszło następne pytanie.

— Gdzie?

Pokazała mu mniej więcej na mapie.

Łukasz spojrzał.

Daleko.

Znacznie dalej, niż wyobrażał sobie wcześniej.

— On tam doszedł pierwszego dnia?

— Na to wygląda.

Łukasz długo patrzył na punkt.

To nie odpowiadało na pytanie, co stało się z Markiem.

Ale po raz pierwszy po czterech dniach mieli coś, czego mogli być niemal pewni.

Marek był tam.

Nocował.

Rano prawdopodobnie poszedł dalej.

I właśnie to „dalej” stawało się nowym problemem.


Po odnalezieniu miejsca noclegu grupa kontynuowała sprawdzanie najbliższego terenu.

Jeden zespół zszedł w stronę potoku. Drugi przeszedł odcinek grzbietu i sprawdził kilka przejść, którymi Marek mógł ruszyć rano. W wybranych kierunkach poszukiwacze weszli dalej — kilkaset metrów, miejscami znacznie więcej — zatrzymując się przy miejscach dających szansę na znalezienie śladu.

Nie znaleźli jednak niczego, co wskazywałoby jedną trasę.

Nie było pojedynczej linii butów Marka prowadzącej przez błoto.

Nie było porzuconych rzeczy.

Nie było śladów wołania o pomoc.

Były za to doliny, zbocza, stare przejścia zwierzyny i kilka kierunków, z których każdy wyglądał możliwie.

Po kilku godzinach ludzie mieli już za sobą długi marsz oraz dalsze sprawdzanie terenu. Czekała ich jeszcze droga powrotna przez te same podejścia, mokre fragmenty i gęsty młodnik. Zapas wody i jedzenia malał, baterie w urządzeniach były częściowo zużyte, a zmęczenie zaczynało wpływać na tempo.

Dalsze wchodzenie w coraz trudniejszy teren bez jednego konkretnego śladu Marka oznaczałoby rozciąganie zespołu na kolejne kilometry przy coraz mniejszej skuteczności.

Koordynatorzy mieli już za to coś znacznie cenniejszego niż wcześniej.

Potwierdzony punkt.

Lokalizację, od której można było planować następne sektory i wysyłać świeże zespoły.

Grupa wróciła zgodnie z planem, przekazując współrzędne obozu i opis sprawdzonych kierunków.


Właśnie podczas jednego z krótkich wyjść poza rejon obozu jeden z bardziej doświadczonych ludzi zauważył coś wyżej na zboczu.

Nie patrzył tam nawet bezpośrednio.

Sprawdzał fragment ziemi przy przejściu między drzewami, kiedy kątem oka zobaczył ruch.

Podniósł głowę.

Ciemna sylwetka przemknęła pomiędzy bukami.

Daleko.

Może siedemdziesiąt metrów.

Może więcej.

Trwało to sekundę.

Potem zniknęła.

Mężczyzna stał przez moment nieruchomo.

— Co? — zapytał ktoś za nim.

Spojrzał w górę zbocza.

Nic.

— Chyba niedźwiedź przeszedł wyżej.

Drugi poszukiwacz popatrzył tam, gdzie wskazywał.

— Widziałeś?

— Mignęło mi.

— Duży?

Mężczyzna zawahał się.

— Tak.

Po chwili dodał:

— Chyba.

— Czarny?

— Ciemny.

Przez kilka sekund patrzyli między drzewa.

Nic się nie poruszało.

— Daleko?

— Nie wiem. Pięćdziesiąt, osiemdziesiąt metrów.

— Niedźwiedź?

Mężczyzna poprawił pasek plecaka.

— Nie wiem. Mogłem źle ocenić odległość. Tylko mi mignęło.

Nie widział pyska.

Nie widział łap.

Nie potrafił powiedzieć, w jaki sposób zwierzę się poruszało.

Zostało mu tylko wrażenie, że było duże.

I dziwnie wysokie, kiedy pojawiło się pomiędzy drzewami.

Po kilku minutach poszli dalej.

Nie mieli powodu ścigać zwierzęcia przez las.

Szukali człowieka.


W kolejnych dniach punkt noclegu Marka stał się jednym z ważniejszych miejsc całej akcji.

Jego współrzędne były zapisane.

Pozycja znalazła się na mapach.

W dokumentacji odnotowano charakter śladów i to, dlaczego uznano je za prawdopodobne miejsce obozu.

Dzięki temu kolejne zespoły nie musiały odnajdywać go ponownie.

Mogły dostać konkretny punkt.

To zmieniało logistykę.

Nie zmieniało największego problemu.

Nie było wiadomo, dokąd Marek poszedł rano.

Sprawdzano kolejne sektory za obozem.

Niektóre głębiej.

Inne szerzej.

Zespoły wracały różnymi wariantami, próbując przeciąć możliwe trasy zejścia.

Rezultat pozostawał ten sam.

Brak Marka.

Brak rzeczy, które jednoznacznie należały do niego.

Brak śladu pozwalającego powiedzieć: stąd poszedł właśnie tam.

Wraz z upływem kolejnych dni intensywność działań zaczęła się zmieniać.

Nie oznaczało to, że ktokolwiek uznał sprawę za rozwiązaną.

Nie była.

Ale duża akcja terenowa nie mogła trwać w tej samej skali bez końca.

Część sektorów sprawdzono.

Inne uznano za mniej prawdopodobne.

Kolejne działania stawały się bardziej ukierunkowane.

W pewnym momencie regularne, intensywne poszukiwania zostały ograniczone.

Marek Wrona nadal pozostawał osobą zaginioną.


Jawornica przyjęła tę zmianę bez jednego wyraźnego momentu.

Nie było dnia, w którym całe miasteczko powiedziało sobie: koniec.

Po prostu zniknęły niektóre samochody stojące wcześniej przy punktach zbiórki.

Było mniej ludzi w odblaskowych kamizelkach.

Lokalna grupa internetowa przestała aktualizować sytuację co kilka godzin.

Pojawiły się za to wpisy:

„Czy akcja jeszcze trwa?”

„Czy ktoś coś wie?”

„Są jakieś nowe informacje?”

W szkole uczniowie przestali pytać nauczycieli na każdej przerwie.

Nie dlatego, że przestali myśleć o Marku.

Zrozumieli, że dorośli nie mają odpowiedzi.

Na jego biurku ktoś zostawił małą kartkę.

„Czekamy na pana.”

Nauczycielka, która ją znalazła, nie wyrzuciła jej.

Położyła ją przy monitorze.


Czuwanie przed szkołą zorganizowano niedługo po ograniczeniu najintensywniejszych działań.

Nie była to wielka uroczystość.

Nie postawiono sceny.

Nie było oficjalnych przemówień transmitowanych przez media.

Wieczorem po prostu zaczęli przychodzić ludzie.

Najpierw kilkadziesiąt osób.

Potem więcej.

Uczniowie.

Rodzice.

Nauczyciele.

Dawni uczniowie Marka, którzy mieli już po dwadzieścia kilka lat.

Sąsiedzi.

Ludzie, z którymi kiedyś polował.

Ludzie, których znał tylko z widzenia.

Przynosili znicze.

Niektórzy kwiaty.

Ktoś postawił na niskim murku zdjęcie Marka.

Łukasz stał trochę z boku.

Nie lubił być w środku takich zgromadzeń.

Nie wiedział, co zrobić z rękami ani gdzie patrzeć.

Podeszła do niego kobieta, której nie znał.

— Pan jest bratem?

— Tak.

— Uczył mojego syna.

Łukasz skinął głową.

— Pięć lat temu — dodała. — Syn go wtedy strasznie nie lubił.

Łukasz spojrzał na nią.

Kobieta uśmiechnęła się smutno.

— Bo Marek kazał mu poprawić pracę trzy razy.

Łukasz parsknął cicho.

— To pasuje.

— Teraz studiuje historię.

Oboje przez chwilę patrzyli na ludzi pod szkołą.

— Przyjechałby dzisiaj, ale jest za granicą — powiedziała. — Kazał powiedzieć, że pan Marek był pierwszym nauczycielem, który mu powiedział, że jak chce dyskutować, to najpierw ma wiedzieć, o czym mówi.

Łukasz pokiwał głową.

— To też pasuje.

Kobieta dotknęła krótko jego ramienia i odeszła.

Kilka minut później podszedł młody chłopak.

Może czternaście lat.

Trzymał znicz, ale wyraźnie nie wiedział, gdzie go postawić.

— Pan jest panem Łukaszem?

— Tak.

— Ja mam historię z pana bratem.

Łukasz nie wiedział, co odpowiedzieć.

— Miałem — poprawił się chłopak.

To jedno słowo zabrzmiało gorzej niż wszystko wcześniej.

Łukasz spojrzał na niego.

— Dalej masz.

Chłopak zacisnął usta.

— On mówił, że jak się czegoś nie wie, to trzeba powiedzieć, że się nie wie.

Łukasz poczuł nagłe ukłucie pamięci, chociaż sam nie potrafiłby powiedzieć, skąd dokładnie je znał.

— Mówił tak?

— Cały czas.

— Brzmi jak Marek.

Chłopak odstawił znicz obok innych.

Potem odszedł.

Z drugiej strony placu jeden z nauczycieli rozmawiał z grupą absolwentów.

— Kiedyś nam zabrał sprawdziany do domu i zgubił pół klasy — mówił jeden.

— Nie zgubił — odpowiedziała dziewczyna obok. — Zalał kawą.

— Powiedział, że zgubił.

— Bo się wstydził.

Nauczyciel pokręcił głową.

— Nie zalał żadną kawą. Zostawił je na parapecie w pokoju nauczycielskim i ktoś je przełożył.

— To czemu powiedział, że zgubił?

— Bo wolał wziąć na siebie.

Zaśmiali się.

Krótko.

Potem rozmowa zgasła.

Łukasz słuchał.

Każda historia była mała.

Żadna nie robiła z Marka człowieka wyjątkowego.

I właśnie dlatego działały.

Był nauczycielem, który poprawiał prace.

Człowiekiem, który spotykał ludzi w sklepie.

Kimś, kto znał rodziców uczniów.

Ktoś pamiętał jego żart.

Ktoś wycieczkę.

Ktoś rozmowę po lekcji.

Dla Łukasza Marek przez całe życie był po prostu starszym bratem.

Dopiero tego wieczoru zobaczył skalę życia, którego właściwie nie znał.

Nie dlatego, że zerwali kontakt.

Rozmawiali.

Spotykali się.

Spędzali razem święta.

Ale Łukasz od dwudziestu pięciu lat mieszkał w Poznaniu.

Marek został tutaj.

Miał swoje miejsca.

Swoich ludzi.

Codzienność, której Łukasz widział tylko małe fragmenty.

Kiedy zapalono kolejne znicze, światło odbijało się w szybach szkoły.

Łukasz spojrzał na fotografię brata.

Wszyscy dookoła zaczynali dopuszczać możliwość, której on jeszcze nie potrafił przyjąć.

Że Marek może nie wrócić.

Nie dlatego, że Łukasz wierzył w cud.

Nie wierzył.

Wiedział, co oznacza kilka dni w górach bez kontaktu.

Wiedział, że mógł wydarzyć się wypadek.

Upadek.

Uraz.

Spotkanie z dużym zwierzęciem.

Cokolwiek.

Nie umiał tylko przyjąć jednej odpowiedzi.

Że Marek po prostu się zgubił.

Nie ten Marek.

Nie tutaj.


Kilka dni później Łukasz zaczął przeglądać jego rzeczy.

Nie nazwałby tego przeszukaniem.

Na początku chciał znaleźć coś prostego.

Notatkę.

Mapę.

Wiadomość.

Cokolwiek, co mogłoby powiedzieć, gdzie brat planował pójść po opuszczeniu obozu.

Na biurku Marka nie było jednak gotowego planu zatytułowanego „ostatnia wyprawa”.

Były zwyczajne rzeczy.

Rachunki.

Dokumenty szkolne.

Ładowarka.

Długopisy.

Kilka książek.

Dopiero w komputerze znalazł foldery uporządkowane według dat.

Otworzył pierwszy.

Zdjęcia lasu.

Tropy.

Błoto.

Połamana roślinność.

Kolejny folder.

Więcej tego samego.

Na początku Łukasz nie rozumiał, na co właściwie patrzy.

Dla niego duży ślad na ziemi był po prostu dużym śladem.

Nie miał doświadczenia Marka.

Nie potrafił z fotografii powiedzieć, co było normalne, a co nie.

W jednej z szuflad znalazł pendrive.

Po podłączeniu okazało się, że część materiałów z komputera została na nim skopiowana.

Zdjęcia.

Nagrania.

Kilka plików z zapisanymi punktami.

Nie było tam niczego, czego nie znalazłby również na komputerze.

Łukasz uznał, że Marek po prostu robił kopie.

To miało sens.

Zostawił pendrive podłączony.

Zaczął sprawdzać daty.

Pierwsze pliki powstały mniej więcej siedem tygodni przed zaginięciem.

To zwróciło jego uwagę.

Nie jeden dzień.

Nie weekend.

Siedem tygodni.

Marek regularnie wracał do tego samego tematu.

Łukasz otworzył fotografie z początku.

Martwy niedźwiedź.

Zatrzymał się.

Nie wiedział o nim.

Kliknął dalej.

Ślady.

Krew.

Miarka położona obok dużego odcisku.

Następne zdjęcie.

Inny trop.

Potem mapy.

Łukasz przesunął krzesło bliżej biurka.


Audio-dziennik znalazł dopiero później.

Pliki nie miały rozbudowanych tytułów.

Daty.

Godziny.

Czasem krótki opis.

Uruchomił jeden z pierwszych.

Głos Marka zabrzmiał z głośników zwyczajnie.

Tak zwyczajnie, że Łukasz przez moment niczego nie słuchał.

Po prostu patrzył na ekran.

Głos brata.

Jakby siedział w drugim pokoju.

„Czternasta trzydzieści siedem. Stara droga na północ od potoku. Pogoda sucha, lekki wiatr…”

Łukasz odsłuchał całość.

Potem następne nagranie.

Potem kolejne.

Nie wszystkie.

Szybko zrozumiał sposób, w jaki Marek je robił.

Godzina.

Miejsce.

Warunki.

Obserwacja.

Czasami korekta wcześniejszego przypuszczenia.

Jedno nagranie mówiło o tropie, który później okazał się jeleniem.

Łukasz cofnął plik.

Odsłuchał drugi raz.

To było ważne.

Nie dlatego, że trop należał do jelenia.

Dlatego, że Marek zapisywał również własne błędy.

Nie próbował budować historii z każdego dziwnego śladu.

Łukasz otworzył następny plik.

Głos brata:

„Przez około czterdzieści minut ruch w młodniku po prawej stronie. Duże zwierzę, niewidoczne. Przestawało się poruszać, kiedy odwracałem się w jego kierunku. Trzy razy.”

Pauza.

„Możliwe, że reagowało na dźwięk z ambony albo ruch. Nie widziałem go. Bez identyfikacji.”

Łukasz siedział nieruchomo.

Nagranie trwało dalej.

„Nie odeszło, kiedy pierwszy raz mnie usłyszało.”

Plik się skończył.

Łukasz spojrzał na fotografie z tej samej daty.

Las.

Gałęzie.

Kilka włosów.

Koperta sfotografowana później na stole.

Nie wiedział, co z tego wynika.

Jeszcze nic.


Przez następne dwie godziny zaczął układać materiał chronologicznie.

To akurat potrafił.

Daty.

Punkty.

Powtarzające się lokalizacje.

Nie próbował oceniać tropów.

Nie miał do tego kompetencji.

Patrzył na to, co rozumiał.

Po znalezieniu niedźwiedzia Marek zaczął sprawdzać kolejne miejsca.

Wracał tam, gdzie coś znalazł.

Porównywał obserwacje.

Zapisywał kierunki i odrzucał błędne rozpoznania.

Przez większość tego okresu najwyraźniej sam nie wiedział jeszcze, czy wszystkie te zdarzenia łączą się w jedną całość.

W folderze z późniejszego okresu Łukasz znalazł dwa zdjęcia dużych tropów różnej wielkości.

Do nich odpowiadało nagranie.

„Grzbiet pomiędzy punktami cztery i sześć. Dwa zestawy tropów. Ten sam ogólny typ odcisku, wyraźna różnica wielkości. Podłoże porównywalne.”

Marek robił pauzę.

„Mogły powstać w różnym czasie. Nie zakładam, że zwierzęta szły razem.”

Potem:

„Ale jeżeli to ten sam rodzaj zwierzęcia, nie szukam jednego osobnika.”

Łukasz zatrzymał nagranie.

Oparł się o krzesło.

Jeszcze raz spojrzał na zdjęcia.

Nie jednego.

Czego?

Wilków?

Tak przynajmniej Marek mówił rodzinie.

Tylko że na żadnym z nagrań, które dotąd przesłuchał, nie brzmiał jak człowiek pewny, że obserwuje wilki.

Wręcz przeciwnie.

Kilka razy mówił wyraźnie, że trop mu do wilka nie pasuje.

Łukasz poczuł irytację.

Nie na Marka.

Na sytuację.

Od siedmiu tygodni jego brat robił coś, o czym rodzina wiedziała tylko tyle, że „obserwuje wilki”.

Dlaczego?

Wstydził się?

Nie chciał wyjść na człowieka, który widzi rzeczy w lesie?

Sam nie był pewien?

Ta ostatnia odpowiedź pasowała najbardziej.

Marek nie powiedział rodzinie, co znalazł, bo najwyraźniej sam tego nie wiedział.


Późnym wieczorem Łukasz trafił na nagranie, którego wysłuchał trzy razy.

Zaczynało się zwyczajnie.

Marek podawał godzinę.

Miejsce.

Mówił, że obserwacja niczego nie przyniosła.

Potem w tle pojawiał się dźwięk.

Łukasz podniósł głowę.

Przesunął nagranie kilka sekund wstecz.

Puścił ponownie.

Głos był daleki.

Przeciągły.

Przypominał wycie.

Marek przerywał własną wypowiedź.

„Znowu to słyszę.”

Przerwa.

Potem cicho:

„Południe. Może południowy wschód. Daleko.”

Łukasz słuchał.

Drugi dźwięk pojawił się po kilku sekundach.

Podobny.

Z innego miejsca.

Po nim przez chwilę nic.

A potem Marek:

„Drugi dźwięk z innego kierunku.”

Dłuższa pauza.

„To nie było echo.”

Nagranie trwało jeszcze chwilę.

Potem się kończyło.

Łukasz nie uruchomił go czwarty raz.

Wstał od biurka.

Podszedł do okna.

Była noc.

Za domami Jawornicy zaczynała się ciemna linia wzgórz.

Przez całe dzieciństwo tam były.

Łukasz prawie ich nie zauważał.

Teraz miał wrażenie, że patrzy na coś znacznie większego niż miejsce, które pamiętał.

Po chwili wrócił do biurka.


Mapy dziadka znalazł w kartonowym pudle.

Część znał z dzieciństwa.

Pamiętał nawet, że kiedyś z Markiem śmiali się z niektórych oznaczeń.

Dziadek miał opinię człowieka, który potrafił opowiadać o lesie dłużej, niż ktokolwiek chciał słuchać.

Łukasz nigdy nie uważał go za szalonego.

Ale nie traktował też jego zapisków jak źródła wiedzy o czymś tajemniczym.

Teraz rozłożył jedną z map obok wydruków Marka.

Na początku niczego nie zobaczył.

Za dużo kresek.

Za dużo punktów.

Za dużo lat pomiędzy nimi.

Marek zostawił część własnych map w wersji papierowej. Na innych pracował cyfrowo.

Łukasz zaczął od najprostszej rzeczy.

Dat.

Własne punkty Marka.

Miejsca tropów.

Obserwacji.

Dźwięków.

Wiele z nich znał już z audio-dziennika.

Potem zobaczył rejon zaznaczony lekko ołówkiem.

Nie było przy nim napisu.

Nie było strzałki.

Nie było wielkiego czerwonego koła.

Po prostu większy fragment terenu, wyraźnie głębiej w stronę granicy.

Łukasz wrócił do późniejszych nagrań Marka.

Wcześniejsze dotyczyły pojedynczych miejsc i obserwacji. Dopiero pod koniec zapisów coraz częściej pojawiał się kierunek.

Nie cel w postaci jednego punktu.

Raczej pytanie, dokąd mogą prowadzić zebrane wcześniej ślady.

Łukasz odnalazł plik z noclegu podczas ostatniej wyprawy.

„Dziewiętnasta pięćdziesiąt dwa. Nocleg na grzbiecie. Trasa wolniejsza niż zakładałem…”

Zatrzymał.

Nocleg.

Punkt odnaleziony przez służby.

Łukasz wyprostował się.

Sięgnął po notatki z poszukiwań.

Rodzinie przekazano lokalizację znalezionego miejsca. Punkt był również pokazany na mapie podczas jednej z późniejszych rozmów dotyczących przeszukanych sektorów.

Łukasz przepisał współrzędne.

Otworzył mapę Marka.

Wpisał je.

Na ekranie pojawił się punkt.

Przez kilka sekund patrzył bez ruchu.

Potem powiększył widok.

Jeszcze raz sprawdził cyfry.

Wszystko się zgadzało.

Obóz znajdował się na trasie prowadzącej w stronę głębszego rejonu, który Marek wytypował pod koniec swoich badań.

Nie w środku.

Nie na końcu.

Przed nim.

Łukasz przysunął do siebie papierową mapę.

Próbował nałożyć punkty.

Miejsce niedźwiedzia.

Potok.

Ambona.

Grzbiet.

Kolejne obserwacje.

Stare oznaczenia dziadka.

Nie tworzyły jednej prostej linii.

Czasami kierunki się rozchodziły.

Jedne punkty leżały po jednej stronie doliny.

Inne po drugiej.

Za obozem Marka dało się wskazać co najmniej trzy rozsądne warianty dalszego marszu.

Jeden prowadził grzbietem.

Drugi obchodził trudniejszy teren od zachodu.

Trzeci schodził w dolinę, a potem wracał wyżej.

Łukasz nie wiedział, który Marek wybrał.

Ale wiedział coś innego.

Obóz nie był celem wyprawy.


Następnego dnia wrócił do materiałów.

Nie dlatego, że poprzedniego wieczoru niczego nie zrozumiał.

Właśnie dlatego, że zrozumiał wystarczająco dużo, żeby bać się własnego wniosku.

Sprawdził jeszcze raz daty.

Ostatnie punkty.

Mapę dziadka.

Kierunki zapisane przez Marka.

W kilku miejscach odrzucił własne wcześniejsze założenia.

Jedna stara notatka dziadka w ogóle nie pasowała do reszty.

Odłożył ją.

Inne oznaczenie było zbyt nieprecyzyjne.

Też odrzucił.

Nie chciał zrobić tego, przed czym Marek sam ostrzegał się w nagraniach.

Nie dopasowywać na siłę.

Po kilku godzinach obraz był mniej efektowny niż na początku.

I przez to bardziej przekonujący.

Nie było jednej tajemniczej trasy.

Był wachlarz.

Kilka możliwych dróg.

Wspólny kierunek.

I obszar, do którego po siedmiu tygodniach obserwacji zaczęły prowadzić najważniejsze punkty Marka.

Łukasz spojrzał ponownie na punkt znalezionego obozu.

Służby weszły za niego.

Sprawdzały teren.

Kilka sektorów.

Logiczne kierunki.

Nie znalazły Marka.

Teraz Łukasz rozumiał, dlaczego.

Ratownicy szukali zaginionego człowieka.

Nie mieli powodów, żeby traktować jeden z kierunków jako ważniejszy tylko dlatego, że kilka tygodni wcześniej Marek sfotografował tam duży trop.

Nie znali całego układu jego obserwacji.

Nie znali znaczenia starych punktów dziadka.

Nie wiedzieli, że dopiero pod koniec kilku tygodni zbierania danych Marek zaczął widzieć wspólny kierunek i na tej podstawie wybrał rejon ostatniej wyprawy.

Nie szedł więc po prostu „w las”.

Miał wytypowany obszar.

Nie punkt na mapie.

Rejon.

To była różnica.

Łukasz zaznaczył na osobnej kartce trzy możliwe kierunki dalszego marszu.

Nie próbował wybierać.

Jeszcze nie.

Do tego potrzebował kogoś, kto lepiej od niego rozumiał teren.

I kogoś, kto potrafił spojrzeć na całość bez tego, co on sam wnosił do każdej fotografii i każdego nagrania.

Bo dla Łukasza na końcu każdego pliku wciąż znajdował się głos brata.


Późnym popołudniem został sam przy stole.

Przed nim leżały dwie mapy.

Stara, należąca kiedyś do dziadka.

Nowsza, Marka.

Na ekranie laptopa widniał punkt odnalezionego obozu.

Obok leżała kartka z trzema wariantami.

Łukasz jeszcze raz przeszedł wzrokiem po osi czasu.

Siedem tygodni.

Martwy niedźwiedź.

Pierwsze tropy.

Kolejne miejsca.

Nagrania.

Różne rozmiary śladów.

Dźwięki.

Coraz więcej obserwacji, które początkowo nie tworzyły żadnej pewnej całości.

Dopiero pod koniec zaczął wyłaniać się z nich kierunek.

A potem przyszła wyprawa, podczas której Marek wszedł głębiej niż wcześniej.

Łukasz odsunął się od stołu.

Nie wiedział, czego szukał jego brat.

Nie wiedział, co nagrał tamtego wieczoru.

Nie wiedział, jakie zwierzęta zostawiły ślady na fotografiach.

Nie wiedział, co wydarzyło się po ostatnim noclegu.

Ale jedna rzecz przestała być dla niego zagadką.

Marek nie zgubił się podczas przypadkowego spaceru.

Przez tygodnie zbierał informacje.

Sprawdzał punkty.

Porównywał je ze starymi zapiskami dziadka.

I dopiero z czasem zaczął dostrzegać, że część tych obserwacji prowadzi w stronę jednego większego rejonu.

Podczas ostatniej wyprawy poszedł właśnie tam.

Łukasz położył palec na punkcie obozu.

Potem przesunął go dalej.

W stronę trzech możliwych dróg.

W stronę obszaru zaznaczonego przez Marka jeszcze przed wyjściem.

Obóz znaleziony przez służby był tylko miejscem, w którym zatrzymał się na noc.

To, czego szukał, znajdowało się dalej.

Łukasz patrzył na mapę jeszcze długo.

Po raz pierwszy od zaginięcia brata nie próbował odpowiedzieć sobie na pytanie, gdzie Marek mógł przypadkiem zabłądzić.

Zadawał inne.

Co znajdowało się przed nim, skoro siedem tygodni obserwacji doprowadziło go właśnie w tę stronę?

Nie znał odpowiedzi.

Wiedział tylko, że Marek czegoś szukał.

I wszystko wskazywało na to, że podczas ostatniej wyprawy dotarł do rejonu, do którego ostatecznie doprowadziły go jego własne obserwacje.


Wszystkie części serii DOGMAN znajdziesz w jednym miejscu >>>


Najczęściej zadawane pytania o Dogman: Część 1

O czym jest pierwsza część opowieści Dogman?

Pierwsza część opowieści śledzi losy Marka Wrony, nauczyciela i doświadczonego myśliwego, który w beskidzkim lesie znajduje martwego niedźwiedzia oraz niezwykle duże tropy przypominające ślady psowatego. Odkrycie prowadzi go do starych zapisków dziadka i rozpoczyna trwające wiele tygodni poszukiwania odpowiedzi.

Kim jest Marek Wrona?

Marek Wrona jest nauczycielem historii z Jawornicy, doświadczonym myśliwym i człowiekiem dobrze znającym miejscowe lasy. Już jako dziecko zetknął się w nich z czymś, czego nawet jego dziadek nie potrafił lub nie chciał rozpoznać.

Co Marek znalazł przy martwym niedźwiedziu?

Wokół martwego niedźwiedzia Marek odkrył ślady gwałtownej walki, krew oraz duże odciski przypominające tropy psa lub wilka. Ich rozmiar i układ nie pasowały jednak do żadnego prostego wyjaśnienia, dlatego zaczął dokumentować kolejne znaleziska.

Dlaczego Marek zaczął przeglądać zapiski swojego dziadka?

Nietypowe tropy i ślady znalezione w lesie przypomniały Markowi wydarzenie z dzieciństwa. Jego dziadek, człowiek świetnie znający zwierzęta, przestraszył się wtedy dużej ciemnej sylwetki poruszającej się między drzewami. W starych zeszytach Marek znalazł później wzmianki o podobnych tropach i dziwnych odgłosach.

Czy Marek wiedział, że tropi Dogmana?

Nie. Marek przez większość swoich obserwacji nie wiedział, z jakim zwierzęciem ma do czynienia. Brał pod uwagę wilki, psy, niedźwiedzie i błędne interpretacje śladów. Zamiast wybierać najbardziej niezwykłe wyjaśnienie, dokumentował tropy, nagrania i własne pomyłki.

Co stało się z Markiem Wroną?

Po kolejnej wyprawie Marek nie wrócił do domu. Rozpoczęto szeroko zakrojone poszukiwania, ale pod koniec pierwszej części nadal pozostaje osobą zaginioną. Materiały, które pozostawił, zaczyna analizować jego brat Łukasz.

 

 

Nazywam się Paweł Grzech — jestem fanem Nintendo Switch, miłośnikiem gier z fabularną głębią i pasjonatem opowieści, które zostają z nami na długo po zakończeniu rozgrywki. Gram, by przeżywać historie, a piszę, by je rozwijać.
Posts created 42

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Begin typing your search term above and press enter to search. Press ESC to cancel.

Back To Top