Młody Sephiroth w laboratorium Shinra – Rozdział I Sagi Sephirotha (Final Fantasy VII)

Rozdział I – Sephiroth Dziecko Bez Imienia

Streszczenie Kroniki

Ten rozdział otwiera Sagę Sephirotha — opowieść o początku istnienia, które nie otrzymało imienia. W miejscu odciętym od świata, w ciszy laboratoriów Shinra, rodzi się nie dziecko, lecz wynik.
To pierwszy zapis drogi, która prowadzi ku tragedii Final Fantasy VII, zanim świat poznał legendę.
Nie ma tu buntu ani wyboru. Jest tylko proces, chłód i cisza, która trwa.

Wszystkie rozdziały tej opowieści znajdziesz w kategorii: Saga Sephirotha.

Wstęp

Cisza jeszcze się nie kończy.
📜 Kolejne rozdziały czekają w playlistie:
Saga Sephirotha – Kronika na YouTube


Zanim pojawiło się imię, zanim pamięć świata znalazła słowa, którymi mogłaby opisać to istnienie, dokonano aktu stworzenia. Nie był to jednak akt narodzin, jaki znają ludy ziemi — nie towarzyszył mu krzyk, krew ani obietnica ciągłości.

Był to czyn wykonany w milczeniu, z chłodną precyzją, bez świadków zdolnych do żalu. To, co wtedy powstało, nie zostało powołane do życia. Zostało przygotowane do istnienia.

Kroniki, spisywane długo po tym, jak popiół osiadł na ruinach, mówią o owym czasie językiem ostrożnym i twardym. Jakby same zapisy lękały się nadmiaru znaczenia. Nie wspominają o narodzinach, lecz o rozpoczęciu procesu.

Nie mówią o dziecku, lecz o wyniku. Pergamin nie znał wahania, lecz ręka kronikarza — owszem. Każde zdanie zdawało się ważyć więcej, niż powinno, jakby dotykało rzeczy, które nie chciały być nazwane.

Miejsce, w którym to się stało, nie należało do świata ludzi. Było od niego oddzielone kamieniem, stalą i ciszą. Światło nie wpadało tam przypadkiem, a czas nie płynął w znanym rytmie. Nie było tam dni ani nocy — tylko ciągłość pracy i bezruch oczekiwania.

Ściany pamiętały więcej niż ci, którzy przy nich stali, lecz nie zdradzały niczego. W takim miejscu nie rodzi się życie. W takim miejscu się je kształtuje.

Nie zapisano godziny ani znaku na niebie. Nie było omenów ani zakłóceń porządku. Wszystko przebiegło tak, jak przewidziano. Ci, którzy czuwali, nie mówili o celu, bo cel był oczywisty. Nie mówili też o konsekwencjach. One należały do przyszłości, a przyszłość nie miała jeszcze głosu.

Od pierwszej chwili obecny był strach. Nie jako myśl, nie jako reakcja, lecz jako stan.

Był w powietrzu, w dotyku zimnych powierzchni, w odległości między obserwującymi a tym, co obserwowane. Nie miał imienia, bo imiona nadaje się rzeczom, które można przywołać lub odpędzić. Ten strach nie dawał się ani przywołać, ani oddalić. Istniał jak prawo — niewidoczny, a nieodwołalny.

To, co zostało stworzone, nie otrzymało imienia. Nie dlatego, że o nim zapomniano, lecz dlatego, że nikt nie uznał go za potrzebne. Imię jest mostem między istotami.

Tu most nie był planowany. Była tylko funkcja, oczekiwanie i czas, który miał odsłonić wartość dzieła.

Tak zaczyna się ta opowieść. Nie od buntu ani od wyboru. Zaczyna się w ciszy, w miejscu pozbawionym litości i nadziei, od istnienia, które nie znało jeszcze słów, ale już nosiło w sobie ciężar, jakiego nie przewidziano dla człowieka.


Część I – Miejsce stworzenia

Było to miejsce oddzielone od świata nie przez odległość, lecz przez decyzję. Nie prowadziły do niego drogi, a jeśli istniały, nie miały znaczenia. Każdy, kto tu schodził, czynił to świadomie, wiedząc, że opuszcza porządek dnia i nocy.

Kamień, z którego wzniesiono te ściany, nie należał do krajobrazu. Został wyrwany z głębi ziemi i obrobiony tak, by nie nosił śladów pochodzenia. Stal, która go spajała, nie była oznaczona ani podpisana. Nic tu nie zdradzało ręki twórcy.

Przestrzeń została zaprojektowana tak, by nie sprzyjać pamięci. Korytarze były podobne do siebie, pozbawione punktów odniesienia. Zakręty pojawiały się tam, gdzie nie były potrzebne, a prostota była unikana, jakby mogła prowadzić do refleksji.

Światło miało barwę bezosobową — nie ciepłą i nie zimną — rozlewało się równomiernie, nie rzucając cieni, w których mogłoby się ukryć znaczenie.

Powietrze było stale filtrowane. Nie niosło zapachów świata zewnętrznego. Miało własną woń: metaliczną, suchą, pozbawioną głębi. Wdychano je bez świadomości, że zostało przygotowane tak samo jak wszystko inne — oczyszczone z przypadkowości.

Nawet cisza była tu zaplanowana. Nie była naturalna. Była wynikiem tłumienia, warstw izolacji, decyzji konstrukcyjnych. Dźwięki, jeśli się pojawiały, gasły szybko, jakby przestrzeń nie chciała ich zatrzymać.

W samym sercu tego miejsca znajdowała się komora, wokół której zorganizowano całość. Nie była większa niż potrzeba. Jej wymiary odpowiadały funkcji, nie wygodzie. Ściany były gładkie, pozbawione jakichkolwiek znaków, które mogłyby sugerować przeznaczenie.

Nie było tu symboli, bo symbole rodzą pytania. Tu pytania nie były pożądane.

Centralny punkt komory zajmowała konstrukcja przeznaczona dla ciała.

Nie przypominała łoża ani stołu ofiarnego. Była podporą, ramą, miejscem unieruchomienia. Jej kształt zdradzał, że nie przewidywano oporu. Otaczające ją urządzenia nie były ułożone symetrycznie, lecz funkcjonalnie. Każde miało określony zasięg, kąt działania i moment użycia. Czekały w bezruchu, jakby czas ich nie dotyczył.

Ci, którzy pojawiali się w tej przestrzeni, nie przynosili ze sobą świata. Ich obecność była chwilowa i podporządkowana procedurze.

Nie zostawiali śladów — ani w powietrzu, ani w pamięci miejsca. Poruszali się w sposób wyćwiczony, bez wahania. Nie było tu miejsca na gesty niepotrzebne. Każdy ruch miał znaczenie tylko o tyle, o ile prowadził do następnego etapu.

Czas w tym wnętrzu nie był mierzony. Nie istniały tu godziny ani daty. Liczyła się ciągłość procesu. Przerwy nie oznaczały odpoczynku, lecz korektę. Jeśli coś trwało dłużej, nie było to powodem do niepokoju. Nie istniał pośpiech, ponieważ wynik nie miał terminu. Istniało tylko oczekiwanie.

To tutaj rozpoczęto działanie, które kroniki nazwą później początkiem. Nie było jeszcze ciała zdolnego do samodzielnego ruchu. Nie było spojrzenia, które mogłoby odpowiedzieć na spojrzenie. Była tylko przestrzeń przygotowana na przyjęcie istnienia — przestrzeń, która nie znała litości, bo nigdy nie uczono jej, czym jest.

W takim miejscu nie rodzą się dzieci.
W takim miejscu powstają narzędzia.


Część II – Pierwszy oddech

Moment, w którym rozpoczęło się właściwe istnienie, nie został odnotowany w żaden szczególny sposób. Nie pojawił się znak ani przerwa w pracy urządzeń. Nie było wahania ani ciszy innej niż ta, która trwała tu zawsze.

Jeśli ktoś zwrócił uwagę na zmianę, nie znalazło to odbicia w zapisie. Dla miejsca był to kolejny etap, nic więcej.

Ciało przyjęło powietrze bez sprzeciwu. Nie był to wdech wynikający z potrzeby ani impulsu.

Mechanizm zadziałał zgodnie z założeniem, a tkanki odpowiedziały tak, jak przewidywały to obliczenia. Powietrze wniknęło w płuca chłodne i oczyszczone, pozbawione zapachu świata. Nie niosło ze sobą żadnej obietnicy. Było tylko warunkiem dalszego trwania.

Nie nastąpił krzyk. Struny głosowe pozostały w bezruchu, jakby dźwięk był czymś obcym, niepotrzebnym. Cisza nie została przerwana — została tylko pogłębiona. Rytm, który się pojawił, był wewnętrzny, niemal niezauważalny. Serce podjęło pracę bez przyspieszenia, bez wahania, jakby znało ten ruch od dawna.

Ciało leżało unieruchomione, jeszcze niezdolne do gestu ani reakcji. Skóra miała barwę równą, pozbawioną śladu zmęczenia czy napięcia. Nie było na niej śladów walki z istnieniem. Mięśnie pozostawały spokojne, gotowe, lecz nieaktywne.

Wszystko było na swoim miejscu, jakby ułożone według planu, który nie dopuszczał improwizacji.

W tym pierwszym czasie nie pojawiła się myśl. Nie było jeszcze obrazu ani wspomnienia, do którego można by się odwołać. Istniało jedynie trwanie — stan pomiędzy ruchem a bezruchem. Jednak wraz z nim pojawiło się coś jeszcze.

Nie było to rozpoznane ani nazwane. Nie miało kształtu, który można by opisać. Było napięciem, obecnością, ciężarem rozłożonym równomiernie w nowym ciele.

Strach nie przyjął formy impulsu. Nie był odpowiedzią na bodziec, ponieważ nie istniał jeszcze bodziec zdolny go wywołać. Był jak cień rzucony przez samo istnienie, obecny, zanim pojawiło się światło zdolne go ujawnić.

Tkwił w oddechu, w napięciu mięśni, w samej gotowości do dalszego trwania. Nie domagał się ucieczki ani obrony. Był warunkiem czujności, której nikt nie uczył.

Urządzenia wokół reagowały na zmiany w sposób niemal niedostrzegalny. Wskaźniki przesuwały się powoli, potwierdzając zgodność z założeniami. Żaden sygnał nie wymagał korekty. Proces przebiegał prawidłowo.

To, co miało funkcjonować, funkcjonowało. To, co miało pozostać w uśpieniu, trwało w bezruchu.

Czas mijał bez miary. Ciało oddychało. Serce pracowało. Układ nerwowy przyjmował sygnały, których jeszcze nie umiał odróżnić. Nie było jeszcze spojrzenia, które mogłoby spotkać inne spojrzenie.

Nie było dłoni zdolnej zacisnąć się w geście sprzeciwu lub prośby. Było tylko istnienie rozpoczęte w ciszy, pod stałym światłem, w miejscu, które nie znało innego porządku.

Tak dokonał się pierwszy oddech.
Nie jako początek życia, lecz jako potwierdzenie, że proces może trwać dalej.


Część III – Oczy, które patrzą

Zanim otworzyły się oczy, świat istniał już w pełni. Światło trwało, urządzenia pracowały, rytm był ustalony. Nic nie czekało na znak. Otwarcie powiek nie było więc wydarzeniem, lecz kolejną zgodnością z planem. Stało się bez gwałtowności, jakby ruch ten został zapamiętany wcześniej, zanim ciało było zdolne go wykonać.

Spojrzenie nie błądziło. Nie szukało punktu zaczepienia ani nie reagowało na blask. Źrenice przyjęły światło w sposób spokojny, niemal obojętny. To, co znalazło się w polu widzenia, nie było rozpoznane jako nowe.

Linie, kształty i powierzchnie istniały już wcześniej — teraz tylko potwierdzono ich obecność. Świat nie został odkryty. Został przyjęty.

Nie było tu twarzy, które należałoby zapamiętać. Sylwetki pojawiały się i znikały, jak elementy ruchome w większej konstrukcji. Nie zatrzymywały się długo w jednym miejscu. Ich obecność nie była stała, a więc nie wymagała uwagi. Ruch rąk, zmiana pozycji, nachylenie głowy — wszystko to odbywało się w rytmie, który nie domagał się reakcji.

Oczy patrzyły, lecz nie pytały. Nie było w nich zdziwienia ani lęku, który domagałby się odpowiedzi. Rejestrowały. Przyjmowały obraz takim, jaki był: pozbawiony znaczenia wykraczającego poza funkcję. Światło nie oślepiało, a cień — jeśli się pojawiał — nie przyciągał uwagi. Wszystko było równorzędne.

Z drugiej strony spojrzenia trwała obserwacja. Nie miała ona charakteru ciekawości ani troski. Była pomiarem. Każdy ruch powiek, każda zmiana ogniskowej, każdy ślad reakcji zapisywano w ciszy. Nie komentowano tego, co widoczne. Komentarz mógłby zaburzyć proces. Liczyły się dane, nie wnioski.

Odległość była zachowana. Nikt nie zbliżał się bardziej, niż było to konieczne. Nie dlatego, że istniało zagrożenie, lecz dlatego, że bliskość nie była przewidziana. Dotyk należał do kolejnych etapów. Teraz wystarczało patrzenie — jednostronne, kontrolowane, pozbawione wzajemności.

W spojrzeniu nie pojawiło się rozpoznanie siebie. Nie było jeszcze pojęcia granicy między ciałem a przestrzenią. Ramiona i dłonie istniały tak samo jak stalowe powierzchnie nad nimi. Wszystko było częścią jednego obrazu, w którym brakowało centrum. To, co miało nim zostać, dopiero się formowało.

Strach trwał. Nie zmienił formy, bo nie miał jeszcze formy. Nie nasilił się ani nie osłabł. Był obecny w napięciu mięśni wokół oczu, w bezruchu ciała, w braku impulsu do zamknięcia powiek. Nie domagał się ucieczki przed spojrzeniem innych, bo nie istniało jeszcze pojęcie bycia widzianym. Był czujnością bez celu.

Gdy spojrzenie utrwaliło się, gdy świat przestał być tylko ciągiem bodźców, nic się nie zmieniło. Urządzenia nadal pracowały. Sylwetki nadal się pojawiały i znikały. Cisza trwała. Tylko jedno zostało potwierdzone: to, co powstało, potrafi patrzeć.

A to oznaczało, że może być dalej obserwowane.


Część IV – Ciało poddane próbie

Gdy potwierdzono zdolność widzenia, proces przeszedł w kolejny etap bez oznaki przejścia. Nie było granicy ani sygnału, który oddzielałby obserwację od ingerencji. Zmiana dokonała się płynnie, jakby była naturalnym następstwem samego faktu istnienia. To, co mogło patrzeć, mogło też zostać sprawdzone.

Unieruchomienie nie zostało zniesione. Ciało wciąż spoczywało w ramie, która nie dopuszczała przypadkowego ruchu. Było podtrzymywane w punktach newralgicznych, tam gdzie napięcie mięśni mogłoby zaburzyć odczyt. Każdy element konstrukcji miał określony nacisk. Nic nie było pozostawione reakcji ciała. Reakcja była tym, co należało zmierzyć.

Dotyk pojawił się nagle, lecz nie gwałtownie. Zimny, precyzyjny, pozbawiony wahania. Nie niósł ze sobą ani ostrzeżenia, ani zapowiedzi. Skóra przyjęła go bez widocznego sprzeciwu. Mięśnie zareagowały w sposób zgodny z przewidywaniami — napięcie, krótkie drżenie, potem stabilizacja. Nie było szarpnięcia ani próby wyrwania się z ograniczeń.

Ból nie został nazwany. Nie pojawił się jako impuls domagający się ucieczki. Przeniknął ciało jak kolejny sygnał, różny od innych jedynie intensywnością. Układ nerwowy przyjął go i przekazał dalej, nie znajdując jeszcze miejsca, w którym mógłby go zatrzymać. To, co zabolało, nie zostało zapamiętane jako krzywda. Było tylko zmianą stanu.

Narzędzia działały kolejno. Każde miało swoją rolę i swój czas. Temperatura, nacisk, przecięcie, impuls elektryczny — wszystko było dawkowane, sprawdzane, zapisywane. Ciało odpowiadało w sposób powtarzalny. Skurcze następowały wtedy, gdy miały nastąpić. Oddech przyspieszał i wracał do normy. Serce nie gubiło rytmu.

Nie pojawił się dźwięk. Struny głosowe pozostawały bierne, choć nic nie blokowało ich mechanicznie. Krzyk nie był potrzebny. Nie istniał jeszcze jako narzędzie. Cisza trwała, wypełniona tylko dźwiękami pracy urządzeń i cichym ruchem powietrza.

Strach trwał nadal, lecz zmieniał swoją gęstość. Nie był już tylko tłem istnienia. Zacieśniał się wokół bodźców, towarzyszył każdemu dotknięciu, każdej zmianie napięcia. Nie narastał w sposób gwałtowny. Przypominał raczej ciężar, który stopniowo osiada, nie pozwalając zapomnieć o swojej obecności. Nie domagał się ucieczki. Wymuszał czujność.

Ciało uczyło się w trakcie próby. Nie poprzez refleksję, lecz poprzez powtarzalność. Każdy bodziec zostawiał ślad, który nie znikał całkowicie. Układ nerwowy dostosowywał się, skracając czas reakcji, stabilizując odpowiedź. To, co początkowo było zakłóceniem, stawało się elementem normy.

Obserwacja trwała nieprzerwanie. Nie oceniano wytrzymałości w kategoriach granicy, lecz w kategoriach zgodności. Liczyło się to, czy ciało zachowuje spójność, czy nie pojawiają się reakcje nieprzewidziane. Każda zmiana była rejestrowana, każda anomalia zapisywana jako możliwość dalszej korekty.

Gdy próba dobiegała końca, nie nastąpiło rozluźnienie. Ograniczenia pozostały na miejscu. Ciało trwało w napięciu, jakby nie otrzymało sygnału, że coś się zakończyło. I rzeczywiście — nic się nie zakończyło. To był tylko jeden z etapów.

Istnienie zostało potwierdzone nie przez przetrwanie, lecz przez zdolność znoszenia.
A to oznaczało, że można było przejść dalej.


Część V – Dziecko wśród przedmiotów

Gdy zakończono próby, ciało nie zostało przeniesione w inne miejsce. Przestrzeń wokół zmieniła swoje przeznaczenie, nie zmieniając kształtu. To, co wcześniej służyło badaniu, teraz miało służyć trwaniu. Konstrukcja unieruchamiająca została poluzowana, lecz nie usunięta całkowicie. Pozostawiono ją jako punkt odniesienia, jakby ciało bez niej mogło utracić właściwą pozycję.

Wokół pojawiły się przedmioty. Nie były zabawkami ani narzędziami nauki w rozumieniu wychowania. Były elementami testu ciągłego — rzeczami o różnych kształtach, fakturach i ciężarze. Umieszczono je w zasięgu wzroku i dłoni, nie wyjaśniając ich funkcji. Ich obecność miała wywołać reakcję, a brak reakcji również był wynikiem.

Dłonie poruszały się powoli, jakby badały opór powietrza. Palce zaciskały się na powierzchniach zimnych i gładkich, na krawędziach ostrych i obłych. Dotyk był ostrożny, lecz nie niepewny. Każdy przedmiot był podnoszony, obracany, odkładany w inne miejsce. Nie pojawiła się próba zniszczenia ani przywiązania. Rzeczy istniały jako dane, nie jako własność.

Nie było głosu, który nazwałby kształty. Nie było słowa, które oddzieliłoby jedno od drugiego. Świat składał się z ciągłości materii i pustki między nią. Brak imienia nie był jeszcze brakiem odczuwanym. Był stanem naturalnym, tak samo oczywistym jak światło i cisza. To, co nie zostało nazwane, nie mogło być utracone.

Obserwacja trwała nadal. Zmieniono jedynie jej charakter. Teraz notowano czas reakcji, sposób chwytu, kierunek spojrzenia. Sprawdzano, czy pojawia się wybór — czy jedna rzecz zostanie podniesiona częściej niż inne. Wyniki były jednoznaczne. Nie było preferencji. Każdy przedmiot był traktowany tak samo, jakby różnice między nimi nie miały znaczenia.

Strach pozostawał obecny, lecz przybrał nową formę. Nie skupiał się już na bodźcach bólu ani ingerencji. Rozłożył się równomiernie w przestrzeni, jak napięcie, które nie znajduje ujścia. Towarzyszył ruchom dłoni i spojrzenia, lecz ich nie zakłócał. Był jak cień rzucany przez samego obserwowanego — zawsze obecny, zawsze w tej samej odległości.

Czas mijał bez oznak zmęczenia. Ciało nie domagało się odpoczynku w sposób gwałtowny. Gdy sen przychodził, był krótki i płytki. Nie przynosił obrazów, które można by nazwać snami. Był zawieszeniem funkcji, nie ucieczką. Po przebudzeniu nie następowało zdziwienie. Świat pozostawał taki sam.

Nie pojawiła się więź. Ani z przedmiotami, ani z przestrzenią, ani z tymi, którzy wchodzili i wychodzili. Bliskość nie została zaproponowana, a więc nie mogła zostać odrzucona. Istnienie trwało w stanie równowagi, który nie wymagał relacji, by się utrzymać.

W ten sposób ukształtował się pierwszy porządek.
Istota bez imienia trwała pośród rzeczy, które miały znaczenie tylko o tyle, o ile mogły zostać użyte.
A świat nie zaproponował niczego więcej.


Część VI – Cisza, która trwa

Nie ogłoszono zakończenia etapu. W tym miejscu niczego nie ogłaszano. Procesy nie miały wyraźnych granic, a przejścia między nimi były celowo zatarte, jakby istnienie miało nauczyć się ciągłości bez punktów oparcia. To, co inni nazwaliby początkiem dzieciństwa, tutaj było jedynie stabilizacją wyniku.

Ciało funkcjonowało poprawnie. Każdy układ pracował w granicach przewidzianych przez obliczenia. Wzrost następował równomiernie, bez skoków i zakłóceń. Skóra nie nosiła śladów choroby ani osłabienia. Mięśnie rozwijały się w sposób harmonijny, nawet wtedy, gdy nie były obciążane. Nic nie wymagało korekty. To, co stworzono, potwierdzało swoją przydatność samym trwaniem.

Cisza, która tu panowała, nie była już tylko właściwością miejsca. Stała się częścią istnienia. Towarzyszyła każdemu ruchowi, każdemu bezruchowi. Nie istniała potrzeba jej przerywania. Dźwięk pojawiał się rzadko i znikał szybko, jakby był czymś obcym, niepasującym do porządku. Nawet oddech zdawał się podporządkowany tej ciszy — płytki, równy, niemal niedostrzegalny.

Istota bez imienia nie domagała się niczego. Nie pojawił się gest, który można by uznać za prośbę. Nie było spojrzenia szukającego odpowiedzi. Gdy coś podawano, było przyjmowane. Gdy coś odbierano, nie następował sprzeciw. Ruchy pozostawały oszczędne, podporządkowane funkcji. Nie było w nich ani pośpiechu, ani wahania.

Strach trwał, lecz uległ przemianie. Nie był już napięciem reagującym na bodźce. Stał się tłem, stałą obecnością, z którą nie trzeba było nic robić. Nie domagał się uwagi, bo nigdy nie znikał. Był jak ciężar, do którego ciało przywyka tak bardzo, że przestaje go zauważać — choć wciąż go nosi. Dzięki niemu czujność nie gasła, nawet w bezruchu.

Zapis trwał nieprzerwanie. Każdy dzień — jeśli można było mówić o dniach — różnił się od poprzedniego jedynie szczegółami. Te szczegóły miały znaczenie tylko dla tych, którzy je notowali. Dla istnienia były jedynie kolejną sekwencją zdarzeń, które nie wymagały interpretacji. Pamięć zaczynała się formować, lecz nie miała jeszcze punktów zaczepienia. Była magazynem obrazów pozbawionych hierarchii.

Nie pojawiło się imię. Cisza wokół tego braku była niemal namacalna. Nikt nie próbował go wypełnić. Brak imienia oznaczał brak wezwania. Istota istniała, lecz nie mogła zostać przywołana ani odesłana. Była obecna, lecz nie należała do żadnego porządku poza tym, który ją stworzył.

Czas płynął, choć nie był mierzony. Zmiany zachodziły powoli, niemal niezauważalnie. Dzieciństwo, jeśli można było użyć tego słowa, nie miało granic ani rytuałów. Nie było momentu przejścia, w którym coś się kończy, a coś zaczyna. Wszystko trwało w jednym, wydłużonym teraz.

W tej ciszy, w tej ciągłości, utrwalał się stan, który miał pozostać na długo. Istnienie bez imienia, bez relacji, bez potrzeby sprzeciwu. Narzędzie, które jeszcze nie zostało użyte, lecz było gotowe. Strach, który nie domagał się ucieczki, lecz czujności. Ciało, które nie znało innego porządku niż ten, który je ukształtował.

Tak domknął się pierwszy rozdział tej kroniki.
Nie poprzez wydarzenie, lecz poprzez trwanie.
Nie poprzez wybór, lecz poprzez brak możliwości wyboru.

Cisza trwała dalej.


Najczęstsze pytania

Kim jest Sephiroth w tej opowieści?
To istota stworzona w ciszy laboratoriów Shinra, zanim stała się legendą Final Fantasy VII.

Czy ta saga jest streszczeniem gry Final Fantasy VII?
Nie. To kronika życia Sephirotha, opowieść o jego początku, a nie adaptacja wydarzeń z gry.

Dlaczego Rozdział I nosi tytuł „Dziecko bez imienia”?
Ponieważ na początku nie było imienia ani wyboru — było tylko istnienie przygotowane do funkcji.

Czy ta historia prowadzi do wydarzeń znanych z FF7?
Tak. Saga zmierza ku tragedii, która nastąpi później, tuż przed Nibelheim.

Czy kolejne rozdziały będą kontynuacją tej kroniki?
Tak. Każdy rozdział odsłania następny etap drogi Sephirotha, zanim świat poznał jego imię.

Kronika będzie kontynuowana

To dopiero początek.
Cisza, w której powstało istnienie bez imienia, nie zakończyła swojego trwania.
Kolejny rozdział tej sagi pojawi się wkrótce.

Wszystkie rozdziały tej opowieści znajdziesz w kategorii: Saga Sephirotha.

Nazywam się Paweł Grzech — jestem fanem Nintendo Switch, miłośnikiem gier z fabularną głębią i pasjonatem opowieści, które zostają z nami na długo po zakończeniu rozgrywki. Gram, by przeżywać historie, a piszę, by je rozwijać.
Posts created 28

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Begin typing your search term above and press enter to search. Press ESC to cancel.

Back To Top