Streszczenie Kroniki
Niniejsza ganondorf opowieść prowadzi do Krainy Popiołów – miejsca, gdzie noc nie ustępuje świtowi, a pamięć spala się na wietrze równie szybko, jak imiona tych, którzy tu polegli. To świadectwo upadku, przemiany i Cienia, który pragnął połknąć Hyrule. Stronica wyrwana z dawnego pergaminu, ocalała jedynie dlatego, że sama ciemność postanowiła ją zapamiętać.
Wstęp — Pustynia, która pożera imiona
Piasek śpiewał jak żmija, a wiatr niósł ten śpiew przez wydmy, jakby chciał przebić się do uszu bogów, którzy zapomnieli o świecie ludzi.
Pustynia Gerudo była krainą bez łaski — morzem piasku, w którym ginęły zarówno kości, jak i wspomnienia.
Tylko ci, którzy nie mieli już dokąd wrócić, szli w nią dobrowolnie.
Tego ranka, czy raczej tego bezczasowego światła, które na pustyni nie znało różnicy między świtem a zmierzchem, pustynia niosła na barkach jeszcze jedną duszę.
Leżał tam, wśród fal piasku, mężczyzna o skórze poznaczonej pyłem i ranami.
Jego oddech był płytki, jego ciało ciężkie jak głaz, a cień jego własnej sylwetki chwiał się w gorączkowym rytmie.
Ganondorf.
Imię, które jeszcze wczoraj znaczyło „obrońca”, „brat”, „nadzieja”, dziś było tylko szeptem w ustach wydm. Mógłby umrzeć, nie zostawiając po sobie nic — żadnego śladu, żadnej legendy, żadnej pieśni.
Może nawet pragnął tego, choć nie potrafił tego przyznać. Zdrada i żal były cięższe niż zbroja, którą zdjął gdzieś na granicy dwóch światów.
Przeszedł wiele mil, zanim upadł. Więcej, niż pamiętał.
Słońce wypaliło w nim resztki siły, wiatr zdarł z ust modlitwy, a noc wgryzła się w kości jak głodny wilk.
Od dawna nie jadł, od dawna nie spał; jego ciało było tylko skorupą wypełnioną pustką.
Oczy miał przymknięte, a czerwień jego włosów, niegdyś dumnie wiążąca go z plemieniem Gerudo, teraz była matowa, posypana kurzem jak popiół z odległych ognisk.
W pewnym momencie wydał z siebie krótki, urwany dźwięk — coś pomiędzy westchnieniem a jękiem.
Palce drgnęły, próbując zacisnąć się na piasku, lecz przeszły przez niego jak przez wodę. Było w tym geście tyle bezsilności, że nawet pustynia, która nie znała litości, wydawała się słuchać.
Niebo nad nim było blade, wypłukane z kolorów; nie było w nim ani światła nadziei, ani ciemności grozy — tylko pustka.
Taka sama, jaka rozlała się w jego wnętrzu, gdy trzymał w dłoniach medalion Hylji.
Kiedy przeczytał jej słowa, gdy dotknął tajemnicy, którą nosiła pod sercem. Gdy zrozumiał, że jego los nie jest już tylko jego własny.
— Hyljo… — wyszeptał, ale wiatr porwał ten szept natychmiast, roznosząc go w cztery strony świata jak martwy pył.
Nawet wspomnienie jej imienia bolało.
A jednak to właśnie ono, jak ostatni żar na węglu, trzymało go jeszcze przy życiu.
Ganondorf nie wiedział, ile czasu minęło od chwili, gdy upadł na piach.
Na pustyni czas nie jest rzeką; jest grobem.
Minuty, godziny, dni — wszystkie miały jedną barwę: żółtą, brunatną, wypaloną.
Światło załamywało się na wydmach tak samo w południe i tak samo o północy.
Nie było żadnego punktu, który mógłby wskazać wędrówkę słońca.
A jednak coś się zmieniło.
Najpierw nieśmiało.
Ledwie zauważalnie.
Jak cień przeciągający się po oczach śpiącego.
Zza zasłony gorączki zaczęły dochodzić dźwięki — miękkie, głębokie, podobne do tętna ziemi.
Nie były to głosy ludzi ani zwierząt. To było coś bardziej pierwotnego, jakby sama pustynia odzywała się do tego, który na niej konał.
Ganondorf zmarszczył brwi.
„Witaj… synu krwi. Witaj… wygnany.”
Głos był głęboki, miękki, fala niosąca się przez jego czaszkę. Brzmiał jak dym, jak noc, jak echo dawno zapomnianych obrzędów.
„Nie mów… nie próbuj mówić. Twoje usta mają teraz piasek za strażnika. Ale ja słyszę wszystko, co jest w środku ciebie. Wiem, co w tobie drży. Wiem, co w tobie umarło.”
Ganondorf uniósł delikatnie powiekę.
Widział tylko rozmyte światło, jakby patrzył przez wodę.
Nie był pewien, czy słyszy prawdę, czy gorączkę.
„Byłeś silny. Zbyt silny. Dlatego strąciłem twoich bliskich. Dlatego pozwoliłem, byś niósł ból. Lecz ból jest dobry. Ból otwiera drzwi.”
Oddech Ganondorfa przyspieszył mimo wyczerpania.
Coś w tym głosie było znajome.
Coś, co czuł wcześniej — cienie na murach, szepty w ogrodach, trzepot skrzydeł kruków nad zamkiem.
Coś, co przysięgało, że jest tylko obserwatorem, a okazało się katem.
Cień.
Nie był już tylko szeptem.
Nie był tłem.
Nie był cieniem na ciele Elgora.
Teraz był jak fala, która odrywa się od brzegu i uderza z całą mocą na tego, kto jest zbyt słaby, by wstać.
Ganondorf spróbował poruszyć ręką.
Palce poruszyły się z trudem, jakby wiosłował w gęstej smołowatej wodzie.
Cień zaśmiał się miękko.
„Nie wstawaj. Nie musisz. Twoje ciało jest złamane. Twoje serce — wydrążone. Twoja dusza — krwawi. Właśnie tak ma być.”
W okolicach jego skroni zaczęło pulsować.
Najpierw jak ból po uderzeniu, potem jak ogień rozpalany w środku czaszki.
Ganondorf zacisnął zęby.
Oczy otworzyły mu się szerzej, choć wciąż widział tylko zamglone plamy światła i cienia.
„Tak… tak… oto chwila, na którą czekałem. Krew bohatera sprzed tysiącleci wyrzuciła mnie z mego ciała. Zniszczono mnie, rozerwano na strzępy. Ale świadomość nie ginie. Świadomość czeka. I kiedy pierwszy raz wyczułem twoją siłę — twoją krew, twoją wolę, twoją samotność — wiedziałem, że to ty będziesz następnym, w kim zamieszkam.”
Ganondorf spróbował wyrwać się, choć ciało nie słuchało.
Głos Cienia wdarł się w jego umysł jak nóż.
„Nie walcz. Przyszedłem, by cię ocalić. Przyszedłem, by dać ci to, czego odebrały ci ludzkie dłonie. Moc. Trwanie. Zapomnienie żalu.”
Na pustyni powiał wiatr, lecz nie był to wiatr zwykły.
Był zimny, choć słońce paliło.
Był ciężki, choć powietrze powinno być lekkie.
Ganondorf poczuł, jakby coś usiadło na jego piersi — ciężar, który nie pochodził od piasku.
„Oddaj mi swoje ciało. Oddaj mi swoje imię. Oddaj mi swoje serce. Ja w nim zamieszkam. Ja będę tobą. A ty odejdziesz w spokój, bez bólu.”
Ganondorf wydał z siebie dźwięk — skrzek, jęk, nie wiadomo. Ale w tym dźwięku było jedno słowo.
— Nie…
Cień zamilkł na ułamek chwili, a potem jego głos przeszedł w ton, który nie brzmiał już jak szept, lecz jak grzmot.
„Odebrano ci wszystko.
Brata.
Królestwo.
Kobietę.
Dziecko.
Czy myślisz, że to przypadek? Ja to zaplanowałem. Ja otworzyłem ich serca, byś ich utracił. Bo silnego nie można pokonać siłą — trzeba złamać mu duszę.”
Ganondorf zacisnął powieki — nie z bólu, lecz z gniewu.
Ale jego gniew był słaby, jak żar na popiele.
„Teraz jesteś mój. Teraz wejdę do ciebie jak noc w zgasłe ognisko.”
Ganondorf poczuł, jak ciemność styka się z jego świadomością — zimna, ciężka, obca.
Wślizgiwała się pod jego skórę jak głodny wąż, jak grzyb czy pleśń, jak głód, którego nie da się zagłuszyć.
„Pozwól… pozwól… pozwól mi wejść…”
I wtedy pustynia ucichła.
Piasek przestał śpiewać.
Wiatr przestał szarpać włosami.
Słońce jakby zgasło. Wszystko stało się jednym — pustką.
Ganondorf uniósł powiekę. Jedno oko. Drugie. Spojrzał w niebo, ale zamiast światła zobaczył tylko mrok. Mrok, który pulsował, jakby oddychał.
Cień powoli otwierał przed nim swoje wnętrze.
„Otwórz mi drzwi, Ganondorfie. A dam ci wszystko.”
Ganondorf drżał.
Nie miał miecza.
Nie miał sił.
Nie miał nikogo.
Ale w jego sercu, gdzieś pod popiołem rozpaczy, tliło się coś, czego Cień nie mógł zniszczyć.
Głos Hylji.
„Zaufaj…”
Ganondorf zadrżał, a przez jego ciało przeszła fala nieznanego światła — nie była to magia, nie była to moc. To była pamięć.
Ona.
Ich dziecko.
Ich przysięga.
Cień syknął.
„Nie patrz tam! To złudzenia! Uczucia cię zniszczyły! Ja jestem twoją przyszłością!”
Ganondorf otworzył oczy szerzej.
W jednej chwili przestał być umierającym mężczyzną na pustyni.
Był wojownikiem.
Był tym, który wstał z krwi i krzyku.
Był tym, którego nie złamały miecze, wojny królów.
I choć nie miał siły unieść swojego ciała, miał siłę, której Cień nie znał.
Siłę woli.
Ganondorf otworzył usta.
Mówił słabo.
Ale każde słowo było ciosem.
— Wejdź… jeśli odważysz się…
— …ale to ja cię pochłonę.
Cień zamarł.
A pustynia czekała.
Część I — Ostatni żyjący świt

Świt nie przyszedł łagodnie.
Nie był różowy ani złoty. Nie przyniósł ulgi. Nie przyniósł ciepła.
To był świt zrodzony z popiołu — ciężki, mleczny, pełen martwego światła, które osiadało na murach zamku niczym kurz na ciele zmarłego.
W tej godzinie, gdy noc ustępuje tylko dlatego, że nie ma już czego zasłaniać, Elgor siedział w samotnej komnacie, w miejscu, które jeszcze wczoraj wydawało się pokojem rycerza, a dziś przypominało celę pustelnika.
Na ławie, której drewno powoli pękało od chłodu, jego ciało było nieruchome jak kamień wmontowany w ścianę. Palce wbijały się w krawędź ramy, lecz nie po to, by utrzymać równowagę — on nie potrzebował równowagi. Równowaga była luksusem ludzi, którzy mają duszę.
On miał ciszę.
Odciął wzrok od ściany i spojrzał w głąb komnaty.
Każde pomieszczenie ma swój cień — miejsce, gdzie światło nie zagląda nawet przypadkiem. Tam, w rogu, przez wiele miesięcy kłębił się szept, nie z powietrza, lecz z wnętrza niego samego. Czasem słyszał w nim gniew, czasem troskę, czasem chłodek modlitwy.
Dziś tam było nic.
Tak wygląda pustka, gdy wraca po długiej nieobecności.
Tak brzmi cisza, która zastępuje drugi głos.
Elgor powoli przesunął dłoń po ramie.
Teraz była nieruchoma. Tylko jego własny mięsień, jego własna krew. Bez napięcia, które przez miesiące było jak niewidzialna ręka zaciskająca ścięgna od środka.
Bez Cienia.
Po raz pierwszy od miesięcy…
Był sam.
Nie było szepczącej obecności, która karmiła go półprawdą.
Nie było ciężkiego oddechu, który drżał w jego piersi po zmroku.
Nie było głosu, który wycinał wspomnienia jak chirurgiczne ostrze i wstawiał na ich miejsce nowe, krzywe, zatrute.
Teraz miał tylko siebie.
A to było gorsze niż każdy demon.
W komnacie pachniało kurzem, wilgocią i krwią — nie świeżą, lecz taką, która już zaschła, która nie krzyczy, tylko przypomina.
Elgor podniósł się. Kolana miały w sobie głuchy ból, jakby spał na kamieniach. A może wcale nie spał? Trudno powiedzieć. Czas nie płynął tu zwyczajnie; czas stał się czymś gumowym, rozciągniętym, poszarpanym.
Podszedł do miski z wodą.
Woda była mętna, szara jak niebo.
Spojrzał na własne odbicie — falujące, zniekształcone, niestabilne, jakby twarz nie miała już jednego kształtu, tylko kilka, nałożonych na siebie:
— młodego rycerza Hyrule,
— towarzysza Ganondorfa,
— człowieka, który wierzył w światło,
— i tego, który je zgasił.
Przesunął dłonią po brodzie, po policzku.
Skóra była chłodna jak płytka nagrobna.
Człowiek w odbiciu wyglądał obco. Nie był brzydszy, nie był starszy — był… wyjęty z kontekstu.
Jak rzeźba, której ktoś zmienił przeznaczenie.
Elgor zakrył miskę brzegiem płaszcza.
Nie chciał patrzeć.
Za oknem, gdzieś daleko, rozległ się krótki stukot — może wiadra uderzającego o kamień, może zbroi strażnika. Na wschodzie pojawiła się biel świtu, ale była martwa. Pogrążona w szarości.
Jakby świat próbował się obudzić, ale zapomniał, jak to się robi.
Elgor podszedł bliżej okna.
Spojrzał na dziedziniec.
Hyrule budziło się jak człowiek po ciężkim ciosie w głowę.
Straże poruszały się powoli, niewyraźnie, jak we śnie.
Kilku rycerzy zdejmowało z murów mokre chorągwie.
Zbroje brzęczały o siebie bez werwy, bez dumy.
Służki stawiały wiadra z wodą, nie odzywając się do siebie.
Ubrania miały posępne, szare, niedoprasowane.
Ktoś rozsypał ziarno dla ptaków — ale ptaki nie przyleciały. Kruki krążyły wysoko, nie spoglądając w dół, jakby nie chciały żerować na czymś, co jeszcze nie dostało swojego imienia.
Ludzie patrzyli na zamek tak, jak patrzy się na grób po świeżym pochówku: z szacunkiem, lękiem i ostrożnością.
Elgor zamknął oczy.
Widział tylko błysk ostrza.
Widział biel szaty.
Widział krew.
Nie wiedział tylko, gdzie kończy się wspomnienie, a zaczyna rozdarcie.
Bo pamięć była jak stara tkanina — pełna dziur i wyrwań, których nie zszyje żadna nitka.
Gdzieś w dalekiej części zamku rozległ się krzyk — krótki, zduszony.
Potem cisza.
Może ktoś znalazł jej komnatę.
Może ktoś ukląkł przy pustym łóżku.
Może król zawołał bogów, których nie słucha od lat.
Elgor czuł każdy dźwięk jak uderzenie w klatkę piersiową.
Chwycił się parapetu.
Kamień był zimny, niemal lodowaty, jakby cała noc schowała się w nim i nie chciała odejść.
Kroki w korytarzu.
Ciężkie, szybkie — strażnicy.
Przystanęli przy jego drzwiach.
Elgor napiął ciało.
Nie z lęku.
Lęk wymaga nadziei.
On jej nie miał.
Bał się jedynie tego, co w nim zostało — tej cienkiej warstwy człowieka, który jeszcze potrafił czuć.
Strażnicy szeptali:
— Tam… on… — jeden głos.
— Król zabronił… — drugi.
— Ale musimy sprawdzić… — trzeci.
Zamilkli.
Odeszli.
Kroki oddalały się w głąb korytarza jak chór ludzi, którzy niosą własne wyroki w dłoniach.
Elgor wypuścił powietrze.
Nie zapukały.
Nie weszły.
To znaczyło jedno — król nie chciał go widzieć. Jeszcze nie.
W tej chwili coś w nim pękło. Nie jak kość.
Bardziej jak lina, którą przeciągano zbyt długo.
Wrócił do środka, podszedł do swojego miecza.
Stał oparty w kącie jak zarzut.
Jak przypomnienie tego, kim miał być.
Elgor wyciągnął rękę…
…ale nie dotknął klingi.
Wycofał się.
Miecz wyglądał tak, jakby czekał, aż weźmie go ktoś inny.
Silniejszy.
Prawdziwy.
Nie on.
Zamek żył własnym życiem — głuchym, powolnym, pełnym bólu, który nie ma imienia.
Mury pamiętały noc.
Kamienie pamiętały krew.
Woda z rynien niosła szept deszczu, który padał wtedy, gdy Hylja jeszcze oddychała.
A Elgor stał pośrodku swojej komnaty, ręce przy bokach, oczy szeroko otwarte, jakby bał się je zamknąć — bo wiedział, co zobaczy pod powiekami.
Wiedział, że zobaczy ją.
Widział to za każdym razem, gdy pojawiała się choćby plama światła na ścianie.
Jej twarz.
Jej oczy.
Jej oddech zanikający jak płomień pod strugą deszczu.
W końcu usiadł.
Dłonie położył na kolanach.
Światło wpełzło do komnaty powoli, jakby badało teren.
Dotknęło jego policzka.
Zaświeciło w oku.
Ale on nie zmrużył powiek.
Nie zasłonił twarzy.
Po raz pierwszy od miesięcy nic go nie prowadziło.
Nie czuł gniewu Cienia.
Nie czuł cudzego szeptu.
Nie czuł tej demonicznej obecności, która mówiła mu kto jest winien, kto jest wrogiem, kto jest kłamcą.
Teraz w środku niego była tylko pustka.
Nawet nie smutek.
Nawet nie wina.
Pustka, która dopiero miała zrodzić coś gorszego.
Właśnie w tym momencie Elgor po raz pierwszy zrozumiał, że został sam.
Że przebudzenie się bez Cienia jest gorsze niż życie z nim.
Że teraz musi żyć w świecie, w którym on — tylko on — ponosi ciężar nocy, której nie sposób nazwać słowem.
Samotność była nową klątwą.
A ta klątwa dopiero zaczynała w nim kiełkować.
I tak nadszedł ostatni żyjący świt — świt, w którym Elgor po raz pierwszy poczuł, że jego dusza nie ma już gdzie wrócić.
Część II — Złamanie Elgora

Dni po nocy zdrady nie miały imion.
Nie mówiło się „pierwszy”, „drugi”, „trzeci”.
Na korytarzach zamku używano tylko dwóch słów: „przed” i „po”.
Wszystko, co było przed, pachniało światłem, śmiechem Hylji, ciężarem przysiąg składanych przy ogniu.
Wszystko, co było po, pachniało kadzidłem, żałobą i strachem, którego nie dało się wymówić.
Elgor żył w tym „po” jak cień, który nie ma już na czym się kłaść.
W pierwszych dniach traktowano go jak bohatera.
To była najokrutniejsza część kary.
— To on stanął między nią a demonem… — mówili słudzy przy kuchennych stołach, łamiąc chleb, który nie miał smaku.
— To on pierwszy pobiegł do ogrodów… — szeptały kapłanki, odwracając wzrok od ołtarza, na którym leżały białe lilie.
— To on wbił miecz w ziemię, by powstrzymać atak… — mówili młodzi rycerze, którym nigdy nie drżały ręce od prawdziwej krwi.
Elgor słyszał to wszystko.
Nie bezpośrednio.
Słowa spływały do niego przez ściany, przez kamień, przez oddechy.
Zamek był jak ciało — korytarze były żyłami, po których płynęły plotki zamiast krwi.
Kiedy wychodził z komnaty, mijali go, prostując plecy.
Kłaniali się.
Zdejmowali hełmy.
Robili miejsce.
— Panie Elgorze… — padło raz, w półmroku, z UST młodego strażnika.
Elgor prawie się potknął na tym słowie.
„Panie.”
Jakby ktokolwiek, kto zabił księżniczkę, miał prawo nosić tytuł.
Król wezwał go dopiero czwartego dnia.
Dotąd Elgor żył na marginesie…
Jadł, kiedy przynoszono mu jedzenie.
Spał mało, ale ciało czasem odcinało mu pamięć na kilka godzin.
Śnił wtedy rzeczy, których nie dało się oddzielić od przebudzenia — ogrody tonące we krwi, Hylję idącą spokojnym krokiem przez salę tronową z mieczem wbitym w pierś jak w ozdobę, Ganondorfa stojącego na murach, milczącego, z twarzą złożoną z samego żaru.
Ale Król w końcu musiał spojrzeć mu w oczy.
Sala tronowa wyglądała inaczej niż kiedyś.
Nie było już tej złotej poświaty, którą dawały lampy i szaty.
Arrasy zwisały ciężej, jakby ktoś dolał ołowiu w ich nici.
Na środku stał tylko tron i człowiek, który na nim siedział — nie król, lecz ojciec nad grobem.
Elgor wszedł.
Nie ukłonił się tak nisko jak dawniej.
Nie dlatego, że brakowało mu szacunku — brakowało mu wiary.
Własnej, w to, że ma prawo tu jeszcze stać.
— Podejdź. — głos króla był zmęczony, jakby wypowiadanie każdego słowa kosztowało go kawałek życia.
Elgor podszedł.
Pod stopami dudnił kamień, który pamiętał słowa przysiąg, których dziś nikt nie chciał powtarzać.
— Wiem, że nie chcesz mówić. — zaczął król, patrząc na niego oczami, które straciły blask. — Wiem też, że mówiono ci już zbyt wiele.
O twojej „odwadze” — krzywe słowo, wyschnięte w jego ustach — i o jego zdradzie.
Jego.
Ganondorfa.
To imię zawisło w powietrzu jak ostrze.
— Nie wzywam cię, żebyś tłumaczył się z tamtej nocy. — ciągnął król. — Bogowie już widzieli, co chcieli.
Zamek też już wybrał swoją prawdę.
Ale Hyrule…
Hyrule potrzebuje kogoś, kto będzie żywym przypomnieniem.
Kogoś, kto widział.
Elgor poczuł, jak coś w nim drga — nie ciało, nie mięśnie. Coś głębiej.
— Świadka… — wyrwało mu się.
Król skinął głową.
— Świadek to ciężka rola. — powiedział. — Cięższa niż kata.
Kat działa, świadek pamięta.
A pamięć… — urwał. — Pamięć jest mieczem wbitm w mostek.
Nie każdy znosi ją długo. Ale ty… ty przeżyłeś.
„Niewiele brakowało, żebym nie przeżył.”
„Wystarczyło, żeby on… żeby Ganondorf…”
Nie dokończył w myślach.
Król oparł się o podłokietnik tronu.
Wyglądał na człowieka, który przeszedł kilkadziesiąt lat w kilka dni.
— Elgorze. — powiedział cicho. — Nie mogę cię nagrodzić.
Nie potrafię.
Ale mogę cię nie potępić.
To wszystko, co mam.
Świat już wybrał demona. — cień przeszedł mu przez twarz. — Zrobił go z tego, który uciekł. Pozwól światu tak to opowiadać.
Elgor poczuł, jak słowa królewskie wbijają się w jego pierś.
„Pozwól światu tak to opowiadać.”
Czyli:
„Milcz.”
„Nie poprawiaj ich.”
„Zostań żywym kłamstwem, żeby królestwo mogło spokojniej spać.”
Przytaknął.
Nie odpowiedział słowem.
Nie powiedział: „To ja.”
Nie powiedział: „Cień.”
Nie powiedział: „Moja ręka trzymała miecz.”
Był tchórzem.
I właśnie ta świadomość zaczęła go łamać.
Od tego dnia zamek zaczął obchodzić się z nim jak z rzeźbą.
Był obecny na radach — siedział z boku, milczący, a jego obecność miała być przypomnieniem, że „prawda została już powiedziana”.
Na dziedzińcach ruszano przed nim głowy.
Czasem ktoś dotknął jego rękawa, jakby chciał zaczerpnąć choć odrobiny „bohaterskiego cierpienia”.
Kapłani kiwali mu głowami. Jeden nawet rzekł kiedyś:
— Bogowie zostawili cię przy życiu. To znaczy, że nie jesteś winny.
Elgor omal się nie roześmiał.
Mocny, ochrypły śmiech podszedł mu do gardła, ale zatrzymał go zębem.
„Bogowie zostawili mnie przy życiu, bo śmierć byłaby łaską.”
Tak brzmiała prawda.
Nocami komnata była za mała.
Ściany podchodziły do niego z każdej strony, jakby kamień chciał go zmiażdżyć.
Wybiegał wtedy na korytarze — w koszuli, boso, z włosami przyklejonymi do czoła.
Straże udawały, że go nie widzą. Tak było łatwiej wszystkim.
Schodził do niższych poziomów.
Siadał w pustych salach ćwiczebnych, gdzie niegdyś brzęczała stal, a teraz leżał tylko kurz.
Wychodził na mury, gdzie wiatr bił go po twarzy, przypominając o tym, że ciało wciąż żyje.
Czasem szedł w stronę ogrodów.
Nigdy nie przekroczył tej granicy.
Stawał przy łuku prowadzącym na ścieżki, które pamiętały śmiech Hylji, i zatrzymywał się jak zwierzę pod niewidzialnym łańcuchem.
Stał tak długo, aż nogi zaczynały drętwieć.
Wiedział, co czeka za tym przejściem: drzewo, przy którym upadła.
Kamień, który przyjął jej krew.
Miejsce, gdzie milczenie Ganondorfa przeszło w krzyk.
Nigdy tam nie wrócił.
Nie miał odwagi spojrzeć prawdzie w twarz bardziej, niż to już robił w głowie.
Cień nie wrócił.
To było najdziwniejsze.
Żaden szept.
Żadna sugestia.
Żadne pchnięcie myśli w stronę gniewu.
Jakby to wszystko, co prowadziło go do tamtej nocy, było tylko pochodnią, którą ktoś rzucił, by podpalić suchy las.
Las się spalił.
Ogień poszedł dalej — szukać innego paliwa.
Jego zostawił.
I dopiero wtedy zaszło to, co najgorsze.
Rozum wrócił.
Pewnej nocy — tej, którą później kronikarze będą nazywać „Nocą Złamanego Świadka”, choć nikt jej tak nie widział — Elgor usiadł na podłodze swojej komnaty, plecami do łóżka, twarzą do drzwi.
W komnacie nie paliła się żadna świeca.
Księżyc wcisnął się przez wąskie okno, kładąc podłużny prostokąt bladego światła na kamieniu.
Ten prostokąt kończył się dokładnie przy jego stopach.
Reszta była ciemnością.
Przez chwilę było tylko to: jego oddech, bicie serca, skrzypnięcie drewna.
Potem przyszły obrazy.
Nie jak sny.
Nie jak wizje od Cienia.
Jak pamięć — naga, brutalna, niepodbarwiona niczyim szeptem.
Znowu stał w ogrodzie.
Znowu widział ją.
Nie z góry, nie z boku, nie jak kronikarz.
Tym razem widział jej twarz z odległości dłoni, którą wtedy do niego wyciągnęła.
— Bracie — powiedziała wtedy.
To słowo wróciło teraz jak ostrze.
Zobaczył dokładnie swoje palce na rękojeści.
Zobaczył drogę ostrza — zbyt prostą, zbyt pewną, zbyt czystą na przypadek.
Poczuł opór ciała, gdy stal wchodziła w miękkie, w ciepłe, w żywe.
Poczuł ciepło krwi na dłoni.
Nie Cień.
Nie demon.
On.
Ciało, które pchnęło, należało do niego.
Mięśnie, które wykonały ruch, były jego.
Głos, który krzyczał „To nie ja”… też był jego.
Cisza w komnacie zadrżała.
Elgor otworzył oczy.
Nie było nikogo, kto mógłby go oszukać.
Nie było głosu, który mógłby powiedzieć: „To wina Ganondorfa.”
Nie było mroku, który przykryłby jego wahanie.
Był tylko on i prawda.
Prawda była prosta:
„Zabiłem ją.”
Nie: „pomogłem Cieniowi”.
Nie: „dałem się poprowadzić”.
Nie: „byłem narzędziem”.
Narzędzie ma właściciela.
On miał tylko własną rękę, własny gniew, własny żal.
— Zabiłem ją… — wyszeptał.
Głos zabrzmiał obco.
Powiedział to drugi raz.
— Zabiłem ją.
Trzeci raz.
— Zabiłem ją.
Za trzecim razem słowa przestały brzmieć jak dźwięk.
Stały się ciężarem, który spadł mu na piersi.
Zgiął się.
Oddech uciekł.
Świat zaczął wirować wokół punktu, którym była jej twarz.
Łzy w końcu przyszły.
Nie płakał jak rycerz, który traci brata na polu bitwy, ani jak dziecko, któremu odebrano zabawkę.
To był płacz człowieka, który zdał sobie sprawę, że stał się własnym koszmarem.
Klatka piersiowa trzęsła mu się jak miech kuźniczy.
Dłonie wbijały się w włosy, jakby próbował wyrwać z głowy wspomnienie razem z cebulkami.
Oczy piekły — nie od łez, od tego, że za długo trzymał w nich obraz, którego nie da się znieść.
Tego nocnego szlochu nikt nie słyszał.
A jeśli słyszał — udawał, że to wiatr wyje w szczelinach.
Nad ranem Elgor był już kimś innym.
Nie stał się nagle silniejszy.
Nie stał się też szaleńcem.
Stał się… pęknięty do końca.
Wstał z podłogi powoli.
Każdy ruch bolał, jakby mięśnie miały w sobie gwoździe.
W komnacie panował chłód.
Podszedł do stołu.
Leżał tam pas, który nosił kiedyś jego ród. Stary, przetarty, ale wciąż mocny. Symbol. Więź z czymś większym niż on.
Zwinął go.
Położył na środku stołu.
Obok pasu położył sygnet — niewielki, srebrny, z herbem, który Hyrule znało od pokoleń.
Potem sięgnął po miecz.
Przez dłuższą chwilę trzymał go w dłoniach, czując znajomy ciężar.
Powinien coś poczuć — dumę, ból, nienawiść.
Nie poczuł nic.
Oparł klingę o ścianę.
Nie w kaburze, nie przy pasie. Po prostu — jak kawał żelaza, z którym nie chce mieć nic wspólnego.
Tak zostawia się broń, do której nie ma się już prawa.
Wieczorem tego dnia przeszedł przez zamek jak cień.
Nikt nie pytał, dokąd idzie.
Był ubrany jak zwykły żołnierz — prosta tunika, ciemny płaszcz, kaptur. Bez herbu. Bez znaków rangi.
Minął salę, w której kiedyś ucztował z Ganondorfem i Hylją.
Minął kaplicę, w której niegdyś prosił bogów o siłę.
Nie wszedł do żadnego z tych miejsc.
Nogi niosły go same — w dół, coraz niżej, ku bramom służebnym, o których rycerze rzadko pamiętają.
Strażnicy przy bocznej furcie drzemali opierając się o halabardy.
Noc była chłodna, lecz spokojna.
Dzwon żałobny zamilkł już dawno, zastąpiony rutyną bólu.
Elgor zatrzymał się przed nimi.
Nie wyprostowali się od razu.
Jeden uchylił powiekę, spojrzał na jego twarz, na brak herbu, na cień w oczach.
Być może go rozpoznał.
Być może nie.
Nie powiedział nic.
Przesunął tylko zasuwę.
Furta otworzyła się z cichym jękiem.
To był dźwięk, który mógł oznaczać wszystko: zdradę, ucieczkę, wybawienie.
Elgor przeszedł na drugą stronę.
Nie pożegnał się z nikim.
Nie rzucił ostatniego spojrzenia zamkowi.
Nie ukląkł, nie dotknął ziemi, nie wypowiedział imienia Hylji ani Ganondorfa.
Po prostu wyszedł.
Za nim zamek.
Przed nim mrok.
Zamknęła się furtka.
Strażnik zasunął rygiel.
Robił to jak zawsze — mechanicznie, bez namysłu.
Nie wiedział, że zamyka za człowiekiem ostatnie drzwi, które łączyły go z jego dawnym imieniem.
Elgor szedł przez dolne uliczki Hyrule jak widmo.
Miasto spało niespokojnie.
W niektórych domach paliły się świece — tam, gdzie ludzie wciąż szeptem powtarzali opowieść o księżniczce i zdrajcy.
Tam, gdzie matki przyciskały dzieci do piersi, obiecując im, że nowe zło jest daleko.
Nikt nie rozpoznał mężczyzny w kapturze.
A jeśli rozpoznał — nie odważył się nazwać go po imieniu.
Bo imię „Elgor” stało się ostre, niebezpieczne.
Związane z tamtą nocą.
Zbyt ciężkie, by używać go bez potrzeby.
Za murami miasta zaczynał się świat, który nie znał królów ani przysiąg.
Drogi, na których rolnicy wozili zboże.
Las, który patrzył na ludzi z tą samą obojętnością, co pięćset lat temu.
Strumienie, które nie pamiętały krwi, tylko deszcz.
Elgor wszedł w ten świat bez zbroi, bez broni, bez herbu.
Szli tą drogą kiedyś z Ganondorfem — dwóch braci przysięgi, dwóch mieczy Hyrule.
Teraz droga była długa i pusta.
Wiatr poruszył skrajem jego płaszcza.
Przez moment poczuł, jakby ktoś szedł obok.
Odwrócił głowę.
Nikogo.
Ani Cienia.
Ani brata.
Ani bogów.
Był sam.
I ta samotność nie była początkiem odkupienia.
Była początkiem zaniku.
Świat nie zanotował chwili, w której Elgor zniknął w ciemności.
Dla królestwa przestał istnieć tamtej nocy.
Dla kronik — kilka dni później, gdy nikt już nie widział jego twarzy na dziedzińcach.
Dla pieśniarzy — dopiero po latach, gdy zaczęli wymyślać różne jego końce.
Jedni mówili, że odnalazł go cień i dokończył swoje dzieło.
Inni — że został pustelnikiem na północnych pustkowiach.
Jeszcze inni — że wróci, gdy świat zapomni jego imię.
Ale prawdy nie wiedział nikt.
Pewne było tylko jedno:
Elgor odszedł z Hyrule tej nocy złamany — nie przez Cień, nie przez króla, nie przez plotkę.
Złamał go on sam.
Część III — Malgaros, Pierwszy Wampir

Stary świat nie miał wtedy imienia.
Nie miał też królów — tylko potwory i bogów, którzy patrzyli na ziemię jak na zabawkę, którą można złamać, gdy przestanie bawić.
W tamtych czasach pustynia była morzem krwi, lasy — labiryntami kości, a niebo pełne było skrzydeł większych niż żagle statków.
Był to czas sprzed czasów, epoka, o której nawet bogowie nie mówią chętnie. Bo w niej narodziło się coś, czego potem żałowali.
Narodził się Malgaros.
Z wszystkich istot, które chodziły po młodej Hyrule, jedną nazywano imieniem, którego nie wolno było wypowiadać nocą.
Vorgath, Brat Bogów — demon, który odłączył się od swego niebiańskiego rodu, bo zazdrościł im mocy tworzenia.
Bogowie tworzyli życie światła.
Vorgath zapragnął stworzyć życie wieczne.
Aby je stworzyć, połączył własną demoniczną krew, cień, który istniał przed światłem, i ogień, który zabijał wszystko, czego dotknął.
W księdze ciemności, zapisanej krwią czwartym alfabetem świata, pojawiło się nowe imię:
MALGAROS.
Nie człowiek.
Nie demon.
Nie cień.
Nie bestia.
Coś pomiędzy —
coś powyżej.
Pierwszy Wampir.
Pierwszy Król Nocy.
Pierwszy, którego serce biło bez życia, a krew w żyłach miała barwę wieczoru.
Bogowie krzyczeli, gdy zobaczyli, co zrobił Vorgath.
Ale było za późno.
Malgaros wstał z kamienia niczym płomień, który znalazł wreszcie powietrze.
Świat nie był wtedy gotów na coś takiego.
Malgaros ruszył przez młodą Hyrule jak choroba, która nie potrzebuje imienia, bo wszyscy wiedzą, że przyszła po nich.
Stworzył pierwsze wampiry
— z ludzi, których kochał najmniej,
— z wojowników, którzy mieli najmocniejsze serca,
— z kobiet, którym obiecywał wieczność.
Ich krew stała się słoną mgłą.
Ich oczy — pochodniami mroku.
Ich głosy — szeptem nocy.
Stworzył wilkołaki
— z wojów, którzy pragnęli siły, nie wiedząc, czym jest cena.
Stworzył potwory
— które nie pamiętały, czym było człowieczeństwo.
Jego królestwo zaczęło rosnąć.
Były miasta, w których słońce nie wschodziło przez stulecia — nie dlatego, że bogowie je zasłaniali, lecz dlatego, że Malgaros nie pozwalał światłu dotknąć swego ludu.
Jego tron był zrobiony z kości pierwszych królów ludzi.
Jego pałac stał w miejscu, które dziś kryją ruiny na północy Hyrule — tam, gdzie nawet ptaki nie siadają na gałęziach.
Ludzie nie mówili „noc”.
Mówili:
„Malgaros budzi się.”
Ludzie nie mówili „śmierć”.
Mówili:
„On przyszedł.”
Bogowie bali się go.
Nie światła, ale jego.
Bo był jak rana na rzeczywistości, która nie chce się zabliźnić.
Wtedy pojawił się On.
Ten, którego dziś nazywają tylko jednym imieniem:
Mesael — Rycerz Półświatła.
Pół człowiek, pół bóg.
Stworzony nie przez pychę, jak Malgaros, lecz przez przerażenie bogów, którzy zrozumieli, że zrobili błąd pozwalając Vorgathowi odejść.
Mesael szedł przez świat jak poranna gwiazda, która przecina niebo.
Spotkali się na polu, które teraz jest pustynią —
bo walka dwóch istot tego kalibru wypala wszystko, co żyje.
Trzy dni trwała ich bitwa:
pierwszego — góry runęły,
drugiego — rzeki wyschły,
trzeciego — niebo rozpadło się na dwa kolory: czerń i ostrze.
W końcu Mesael wbił włócznię światła w serce Malgarosa.
Król Nocy wył tak, że bestie umierały od samego dźwięku.
Jego ciało spłonęło.
Ale to wcale nie było zwycięstwo.
Mesael zapieczętował jego ciało, ale nie mógł zniszczyć duszy — bo dusza Malgarosa miała w sobie kroplę krwi boga-demona.
Świadomość Malgarosa uniosła się jak dym.
Jak cień bez właściciela.
Jak głód, który stracił usta, ale nie stracił pragnienia.
Malgaros istniał nadal —
nie jak istota, nie jak duch, nie jak demon.
Jak głód.
Głód, który nie może umrzeć,
nie może jeść,
nie może dotknąć,
nie może istnieć w pełni,
ale może słyszeć, szepnąć, kusić, przycinać duszę,
chwiać sercem słabych ludzi jak wiatr świecę.
Więc to robił.
Przez dziesiątki tysięcy lat.
Aż znalazł Elgora.
Złamał go powoli.
Nie dlatego, że Elgor był wyjątkowy.
Ale dlatego, że Elgor stał najbliżej tego, czego Malgaros pragnął najbardziej:
Istnieją ciała słabe.
Istnieją ciała silne.
Istnieją ciała magiczne.
Ale raz na tysiące lat rodzi się ciało, które jest:
pełne gniewu,
pełne miłości,
pełne samotności,
pełne siły,
pełne cierpienia,
pełne przeznaczenia.
Ciało, które nie tylko może znieść Malgarosa —
może go unieść.
Ganondorf był właśnie takim ciałem.
Gdy Malgaros po raz pierwszy poczuł jego obecność — tę, którą Ganondorf nosił w sobie od dzieciństwa, w głębi serca, w krwi, której nie znał — zrozumiał coś, czego nie zrozumiał nigdy wcześniej:
To ciało jest idealnym tronem.
A jego serce — idealną pieczęcią.
Dlatego Malgaros nie spieszył się.
Dlatego pozwolił, by Ganondorf kochał.
By miał brata.
By miał kobietę.
By miał dziecko.
Bo tę miłość należało złamać.
Aby otworzyć ciało.
Aby złamać ducha.
Aby wypłukać wszystko, co ludzkie.
Aby na końcu pozostał mężczyzna umierający samotnie na pustyni.
I wtedy…
wtedy Malgaros przyszedł.
Gdy Ganondorf leżał na piasku pustyni,
gdy jego ciało konało,
gdy jego serce pękło,
gdy jego dusza krwawiła…
Malgaros otworzył drzwi.
Nie jak cień.
Nie jak szept.
Ale jak Król Nocy powracający do swego tronu.
Przyszedł, by wejść.
By przejąć.
By odrodzić się.
I wszystko było przygotowane.
Wszystko było idealne.
Ganondorf był pustą skorupą.
Złamanym mężczyzną.
Umierającym strażnikiem.
Naczyniem bez woli.
Tak sądził Malgaros.
Ale kiedy wślizgnął się w jego świadomość, zamiast pustki znalazł tam ogień — nie światła, nie magii, lecz woli, która odmówiła śmierci.
I wtedy Król Nocy po raz pierwszy od tysiącleci zawahał się, czując, że nie wchodzi do grobu…
lecz do serca wojownika.
Część IV — Walka w zaświatach umysłu

Ganondorf leżał na piasku jak ciało porzucone przez wojną.
Jego oddech był krótki, urywany, a skóra miała odcień popiołu.
W jego wnętrzu zapadała się pustka — taka, która nie ma dna.
Taki rodzaj pustki, który powstaje dopiero wtedy, gdy człowiek straci wszystko, co kochał, i nie ma już za co umierać ani za co żyć.
W tej właśnie chwili Malgaros wszedł głębiej.
Nie poprzez skórę.
Nie poprzez krew.
Lecz poprzez pęknięcie w duszy — jedyne wejście, jakie naprawdę istnieje.
Ganondorf poczuł, jak świat pustyni odpływa.
Piasek zniknął.
Wiatr umilkł.
Niebo zgasło.
Jego ciało wciąż leżało tam, na wydmie, ale świadomość została brutalnie wyrwana z ciała, wciągnięta w ciemność, która nie miała kierunku ani formy.
Nie było tam góry.
Nie było piasku.
Nie było żadnej rzeczy, którą można dotknąć albo nazwać.
Była tylko noc — noc, która nie była cieniem. Była substancją.
Ganondorf nie miał już ciała, ale miał świadomość.
Czuł, że stoi — choć nie miał nóg.
Czuł, że oddycha — choć nie miał płuc.
Czuł, że jego serce bije — choć serce było gdzieś na pustyni, przykryte piaskiem.
Ciemność zaczęła drżeć.
Potem pękła.
Nie jak skorupa — pękła jak rana.
Z jej wnętrza wysączyło się światło… ale nie światło jasne. Światło blade, trupie, północne.
Takie światło, które powstaje tylko wtedy, gdy coś nienaturalnego próbuje udawać dzień.
Z tego światła wyłoniły się sylwetki.
Najpierw zobaczył Hylję.
Stała w białej sukni — dokładnie takiej, jaką miała tamtej nocy.
Jej twarz była spokojna, ale oczy… oczy miały w sobie coś rozbitego, jakby powstała z odłamków lustra.
Jej dłonie były splecione na brzuchu, tak jak wtedy, gdy nosiła w sobie ich dziecko.
Ganondorf poczuł, jak coś w nim pęka drugi raz, choć wydawało się, że nie ma już co pękać.
— Hyljo… — wymówił, choć nie miał ust.
Nie odpowiedziała.
Za nią pojawiły się inne postacie — martwe, nierzeczywiste, jak wspomnienia utkane z mgły.
Elgor.
Stał przed nim, lecz nie takim Elgorem, jakiego znał.
Ten miał twarz bladą, wydłużoną, jakby bardzo długo był bez słońca.
Jego oczy były puste — dosłownie, jak dwie czarne dziury wycięte w twarzy.
Usta drżały, ale nie mówiły nic.
Wyciągnął rękę, jakby chciał dotknąć Ganondorfa, ale przerwał ten ruch w połowie — jakby bał się samego siebie.
Za nimi pojawiło się dziecko.
Nie miało twarzy.
Tylko kontur.
Małe, białe światło w kształcie człowieka.
Taki kształt, jaki ma dziecko, zanim bogowie zdecydują, jakie oczy mu dać.
Ganondorf zadrżał.
— Nie… — wyszeptał. — Nie pokazuj mi ich…
Głos odpowiedział mu dopiero po chwili.
Głos, który nie miał kierunku — był wszędzie i nigdzie.
— Nie ja ci ich pokazuję.
Ciemność poczęła się zagęszczać.
Zwirowała jak woda w studni.
I zaczęła układać się w formę.
Malgaros.
Nie takiego, jakim był.
Nie króla, nie demona.
W tej przestrzeni nie mógł przyjąć swojej prawdziwej postaci — więc przyjął postać złożoną z cieniów i bladych konturów, jakby jego ciało było z dymu, a oczy z dwóch kropel czarnej smoły.
— Oni są twoimi drzwiami — powiedział. — Twoją słabością. Twoim pęknięciem. A ja wchodzę przez pęknięcia.
Ganondorf uniósł głowę.
— Odejdziesz. — wypluł słowa jak kamienie. — Nie wejdziesz do mnie.
Malgaros zaśmiał się — ale nie był to śmiech, który wydaje gardło. To był śmiech, który wydaje pustka, kiedy pęka.
— Już wszedłem.
I nagle świat eksplodował.
Nie świat zewnętrzny — świat wewnętrzny Ganondorfa.
W jego umyśle otworzyła się przestrzeń, która nie miała końca. Coś w rodzaju pustyni — ale pustyni stworzonej z wspomnień, z ran, z bólu, z gniewu.
Każde ziarnko piasku było jego winą. Każdy podmuch wiatru — jego żalem. Każdy cień — jego strachem.
A pośród tego wszystkiego stał Malgaros.
Nie jako cień.
Nie jako szept.
Lecz jako Król Nocy — tak realny, jakby przebudził się naprawdę.
Ganondorf zobaczył przed sobą jego twarz — martwą, zimną, piękną i przerażającą jak ciało zmarłego boga.
— Jesteś moim tronem — powiedział Malgaros. — Przeznaczenie nie pyta. Przeznaczenie bierze.
I ruszył na niego.
Ganondorf, choć w tej przestrzeni nie miał ciała, zacisnął pięści — a pięści pojawiły się z niczego, z woli.
W tej przestrzeni wola była mięśniem.
Uderzył.
Cios odbił się jak echo od ściany światła.
Malgaros nawet się nie cofnął.
— W mojej przestrzeni jestem bogiem — wyszeptał Malgaros. — A ty jesteś wspomnieniem człowieka.
Świat wewnątrz Ganondorfa zaczął trząść się jak budowla, która traci fundamenty.
Widział Hylję, jak cofa się w mrok.
Widział dziecko, jak rozpływa się jak mgła.
Widział Elgora, którego cień drży jak płomień na wietrze.
Krzyczał jej imię, ale głos zgasł.
Krzyczał do dziecka, ale nic nie wróciło.
Krzyczał do brata — i brata nie było.
Każde wspomnienie odsuwało się dalej, coraz dalej…
jakby coś je ciągnęło w dół, do studni bez dna.
Malgaros szedł.
Nie biegł.
Nie atakował.
Szedł powoli, jak kat idący po człowieka, który sam włożył głowę w pętlę.
— Walcz — rozkazał Malgaros. — Walcz, żebym miał co złamać.
Ganondorf spróbował.
Znowu zacisnął pięści.
Znowu powołał do istnienia ciało, choć było to ciało złożone z samej woli.
Ale malgarosowy cień przyjął każdy jego cios jakby były to krople deszczu padające na kolumnę marmuru.
Król Nocy ujął go za gardło — gardło z woli, nie z mięsa — i uniósł.
— Twoja siła jest niczym bez twoich bliskich — powiedział Malgaros. — A oni są martwi. Przeze mnie. Dla mnie. Żebyś był miękki. Żebyś teraz był pusty.
Ścisk był jak mrok wciskający się w płuca.
Ganondorf chwycił za rękę Malgarosa — rękę z cienia, twardą jak żelazo — i próbował odciągnąć ją od gardła.
Bez skutku.
— Teraz — rzekł Malgaros — stajesz się moim naczyniem.
Twoja dusza zgaśnie.
Moja wróci.
Twoja historia się skończy.
Moja zacznie się na nowo.
Ganondorf zamknął oczy.
Był bliski końca.
Już nie czuł gniewu.
Nie czuł bólu.
Nie czuł strachu.
Czuł tylko ciszę.
A potem—
coś się wydarzyło.
Nie była to magia.
Nie było to światło.
Nie był to głos.
To było wspomnienie — jedno jedyne, które nie pozwoliło się zepchnąć w otchłań.
Wspomnienie dłoni Hylji na jego policzku.
Tak proste.
Tak ludzkie.
Tak słabe — i tak potężne.
Ganondorf otworzył oczy.
W chwili, gdy wydawało się, że jego dusza zostanie zmiażdżona jak skorupa, w jego wnętrzu zapalił się płomień.
Nie światła.
Nie magii.
Woli.
Płomień, który powiedział:
„Nie.”
Świat wewnętrzny drgnął.
Malgaros poczuł to pierwszy.
Jego oczy rozszerzyły się jak oczy bestii, która po raz pierwszy w życiu widzi włócznię.
Ganondorf zacisnął dłoń…
Na szyi Malgarosa.
Twardo.
Prawdziwie.
Nie dlatego, że miał siłę fizyczną.
Tu siła fizyczna nie miała znaczenia.
Ale dlatego, że jego wola właśnie przestała umierać.
— Nie jestem twoim tronem — warknął.
Malgaros syknął.
Świat zadrżał ponownie.
Wola Ganondorfa zaczęła rosnąć — nie jak płomień, ale jak pożar.
Pożar, który zaczyna się od jednego kawałka drewna i po chwili pochłania cały las.
Malgaros cofnął się pierwszy raz.
Nie z lęku.
Z szoku.
— To niemożliwe — powiedział cicho. — Nie masz już nic. Nic, co mogłoby cię trzymać przy życiu.
Ganondorf zbliżył twarz — twarz z woli, nie z mięsa — do twarzy Króla Nocy.
— Mam gniew — wyszeptał. — A gniew to więcej niż miłość. Gniew mnie trzyma.
Malgaros próbował uderzyć.
Ale tym razem dłoń z cienia zatrzymała się na barierze, której wcześniej nie było.
Wola Ganondorfa stała się tarczą.
— Odejdź — powiedział Ganondorf.
— Nie możesz mnie wypędzić — syknął Malgaros. — Jestem w tobie.
Ganondorf uniósł dłoń.
— Właśnie dlatego mogę cię zniszczyć.
Świat zawył.
Świadomość Malgarosa zaczęła cofać się jak fala przed trzęsieniem ziemi.
Ganondorf ruszył do przodu, nie jak człowiek, lecz jak żywioł.
Każdy krok był ciosem.
Każdy oddech był ścianą ognia.
Każde słowo było wyrokiem.
— To jest mój umysł.
— To jest moja dusza.
— To jest moje ciało.
— I nie będziesz we mnie żył.
Malgaros ryknął — po raz pierwszy nie jak król, lecz jak zwierzę zagrożone ogniem.
Świat eksplodował światłem — czarnym, czerwonym, białym — trzaskiem, który rozrywał samą przestrzeń.
Ganondorf uderzył.
Nie pięścią.
Nie mieczem.
Uderzył wolą.
A w tej przestrzeni to było więcej niż magia.
To było stworzenie i zniszczenie naraz.
Mrok pękł.
Cień wrzasnął.
I Malgaros — Król Nocy, Pierwszy Wampir, Głód sprzed światów — został odrzucony w głąb świadomości Ganondorfa jak coś, co zostało rozpoznane jako intruz.
Ganondorf ruszył za nim.
Żeby nie wygnać.
Żeby zabić.
Tak kończyła się walka w zaświatach umysłu — walka, której Malgaros nie przewidział i której nie rozumiał.
Bo nie znał jednego:
Woli wojownika, który odmówił śmierci.
Część V — Decyzja silniejsza niż śmierć

Ciemność nie miała kształtu.
Nie miała początku.
Nie miała nawet barwy — była jak głęboka studnia, w którą wrzucono człowieka i zgasiło ostatni płomień.
Ganondorf wisiał w tej ciemności jak zawieszone echo.
Czuł własny oddech, ale nie czuł własnego ciała.
Czuł bicie serca, ale nie wiedział, czy należy jeszcze do niego.
A wtedy poczuł obecność.
Nie szept.
Nie cień.
Nie wspomnienie z ogrodów.
MALAGAROS.
Król Nocy nie ukrywał się już za plecami Elgora, nie czaił w błędach ludzkiego serca.
Teraz był sobą.
Niezmieniony.
Stworzony z nocy, z krwi demona i bólu świata.
— Otwórz się — syknął głos, który brzmiał jak skrzypienie tysiącletnich kości. — Twoja dusza jest pęknięta. Ja jestem tym, co ją zespoli.
Ciemność wokół Ganondorfa drgnęła.
Jakby była tworem żywym, głodnym.
Malgaros wślizgnął się głębiej.
Nie jak napastnik.
Jak właściciel, który wracał do domu.
— Twoje cierpienie mnie stworzyło na nowo — mówił, wnikając w najgłębsze warstwy świadomości Ganondorfa. — Twoja samotność otworzyła drzwi. Twoje dziecko było moim kluczem.
Ganondorf zadrżał.
Dźwięk, który wyrwał się z jego ust, brzmiał bardziej jak ryk zwierzęcia niż jak słowo człowieka.
Malgaros roześmiał się — śmiechem, który powodował pęknięcia w samej przestrzeni umysłu.
— Przejąłem wielu. Złamałem setki. Ale ty… ty jesteś czymś innym. Ty walczysz nawet umierając. I dlatego cię wybrałem. Twoje ciało jest idealne. Twoje serce jest idealne. Złączymy się — i będę wieczny.
Ciemność nagle zaczęła rosnąć.
Jak fala, która chce pochłonąć światło.
Ganondorf próbował odsunąć ją od siebie — ale jego dłonie były jak cień, którego nie można zatrzymać.
— Nie walcz — syknął Malgaros. — Odpocznij. Świat cię zdradził. Brat cię złamał. Kobieta zginęła przez twą miłość. Dziecko nigdy nie ujrzy światła. To ja jestem ostatnią rzeczą, która ci pozostała.
Ganondorf zacisnął powieki.
Przez chwilę wydawało się, że wszystko się skończy — że jego dusza rozpłynie się w Malgarosie jak atrament w wodzie.
Bo Malgaros nie tylko wchodził.
On przejmował.
Widział wspomnienia Ganondorfa jak na otwartych księgach:
pierwszy miecz, pierwsza walka, pierwsza przysięga, pierwszy pocałunek, pierwsza zdrada, pierwszy trup, którego zabił własną ręką.
Każde wspomnienie stawało się jego.
— Tak… — wyszeptał Król Nocy. — Tak, pozwól mi… być wszystkim, czym nie mogłeś.
Ciemność dotarła do serca.
Otuliła je jak czarna mgła.
I wtedy Ganondorf zobaczył ją.
Nie taką, jak umierała.
Nie taką, jak wołała jego imię w ogrodach.
Zobaczył Hylję taką, jak stała kiedyś na murach — uśmiechniętą, odważną, pełną światła.
Nie mówiła nic.
Jej dłoń uniosła się tylko w jednym prostym geście.
Ganondorf poczuł, jak coś w nim się zbiera.
Coś, co nie było gniewem ani żalem.
Coś, co nie było bólem ani miłością.
Coś starszego.
Jakby ta sama siła, która towarzyszyła mu całe życie, czekała na moment, w którym będzie mógł ją nazwać.
WOLA.
Ganondorf otworzył oczy — fizycznie czy duchowo, nie było wiadomo — i powiedział słowa, które rozcięły ciemność jak ostrze:
— Wejdź.
Malgaros zamarł.
— Wejdź — powtórzył Ganondorf, głosem, w którym płonęły ruiny jego świata. — Ale to ja będę tym, który pożre cię od środka.
Ciemność zawyła.
— GŁUPCU! — wrzasnął Malgaros. — JA MOGĘ CIĘ ZNISZCZYĆ!
— Spróbuj — wyszeptał Ganondorf. — Ale pamiętaj… ja nie boję się śmierci.
Potem wydarzyło się coś, czego nie przewidział żaden demon, bóg, ani legenda.
Ganondorf otworzył drzwi szerzej, a nie zamknął je.
Malgaros wpadł do środka jak potężna fala, pewna zwycięstwa.
I w tym samym momencie Ganondorf zamknął dłoń.
Nie fizyczną.
Dłoń woli.
Złapał Malgarosa — cały jego mrok, całą jego moc, całą jego dumę — i przycisnął ją do swojego serca jak płomień.
Ciemność wrzasnęła.
— Co… co robisz?! To niemożliwe! Twoja świadomość jest zbyt słaba… twoje ciało zbyt kruche… NIE MOŻESZ MNIE WCHŁONĄĆ!
Ganondorf odparł:
— Twoje tysiąclecia nie nauczyły cię jednego.
Człowiek, który nie ma nic…
…nie boi się stracić wszystkiego.
Malgaros szarpał się.
Rwał.
Wył.
Próbował wyrwać się z uścisku.
Ale Ganondorf go trzymał.
A im mocniej trzymał, tym bardziej czuł, jak mrok wślizguje się w jego własną krew.
Nie pasożyt.
Nie pan.
MOC.
Wiedza.
Pamięć.
Ganondorf nagle zobaczył przez oczy Malagarosa:
— narodziny pierwszych wampirów,
— wojny, które trwały tysiące lat,
— pustynie powstałe z bitew bogów,
— rytuały ciemności,
— klątwy, które zapomnieli nawet kapłani,
— imiona demonów sprzed czasu.
Wszystko to weszło w niego jak woda w kamień.
Malgaros krzyczał coraz słabiej.
Coraz ciszej.
Aż w końcu —
Ganondorf go pożarł.
Do ostatniej kropli.
Do ostatniego wspomnienia.
Do ostatniego oddechu.
Ale nie oddał mu siebie.
Nie stał się Malagarosem.
Stał się kimś, kto go zwyciężył.
Ciemność zapadła się w sobie.
W jej miejscu pojawiło się światło.
Nie jasne.
Nie ciepłe.
Światło jak rozżarzony węgiel — czerwone, pulsujące.
Ganondorf poczuł własne ciało na nowo.
Ciężkie.
Silne.
Zmienne.
Otworzył oczy.
Otworzył je nie w umyśle — ale na pustyni Gerudo.
Nad nim płonęło niebo.
W jego żyłach płonęła nowa krew.
A tam, gdzie była kiedyś jego ludzka dusza, teraz pulsowała moc, pamięć i wiedza Króla Nocy — ujarzmiona, zduszona, należąca do niego.
Ganondorf wstał z piasku.
Powoli.
Tak jak wstaje coś, czego nie zatrzymała śmierć.
Coś, co nigdy nie powinno było się narodzić.
Coś, czego nawet bogowie będą się lękać.
Część VI — Narodziny półdemona

Pustynia Gerudo była martwa.
Nie w sensie, w jakim ludzie nazywają coś martwym —
zwiędłym, pustym, spokojnym.
To była martwota pradawna, głęboka, milcząca, taka, która pamiętała narodziny bogów i płacz pierwszych demonów.
W jej ziarnach był przedsmak końca świata.
Właśnie tam — między wydmami, które od wieków żłobił wiatr, a niebem, które wisiało jak wypalona blacha — leżał Ganondorf.
A raczej ktoś, kto dopiero miał stać się Ganondorfem, jakiego znać będzie świat.
Jego ciało drgnęło.
Najpierw jeden palec.
Potem drugi.
Potem całe ramię, jakby wyrwane z uśpienia ciemnością, która przez ostatnie chwile była jego więzieniem, nauczycielem i ofiarą.
Piasek osuwał się z jego skóry w smudze pyłu.
W powietrzu unosił się zapach żaru, jakby ciało, które tam leżało, przeszło przez ogień — nie z tego świata.
Ganondorf otworzył oczy.
I to nie były już oczy człowieka.
Tęczówki zapłonęły czerwienią ciemną jak zakrzepła krew.
Źrenice rozszerzyły się do krągłości drapieżnika.
A w spojrzeniu pojawiło się coś, czego nawet demony nie znają —
świadomość, która pożarła inną świadomość.
Ganondorf podniósł się powoli, jak ktoś, kto dopiero uczy się nowego ciała.
Bo to ciało było nowe.
Mięśnie były cięższe.
Skóra twardsza, jakby przesycona mrokiem.
Krew — gęstsza, głośniejsza, dudniąca w żyłach jak bębny na wojennych równinach.
A pod tą fizycznością — jak drugie serce, jak drugi umysł, jak drugie życie — pulsowała wiedza Malagarosa.
Nie słowa.
Nie wspomnienia.
Wiedza w formie instynktu.
Wiedza w formie pragnienia.
Wiedza w formie mocy.
Ganondorf podniósł głowę do nieba.
Widział wszystko inaczej niż dotąd.
Widział żyły energii pod ziemią — jak świetliste węże skręcające się między korzeniami starych drzew.
Widział ślady dawnego królestwa Malagarosa — wypalone fundamenty, skryte ruiny, przebłyski bitew sprzed tysiącleci.
Widział nawet to, czego nie widzą ludzie:
żywy cień świata,
ten, który drgał, gdy przechodziły starożytne istoty.
Nagle zatrzymał się.
W jego umyśle pojawiła się wizja — krótka, ostra, jak nagłe cięcie ostrzem:
tron Malagarosa błyszczący czernią obsydianu,
wysoki jak wieża,
krwawiący symboliczną mocą.
Ganondorf zacisnął pięści.
Wiedział, co to oznacza.
Nie był już tyranem nocy zrodzonym z pychy.
Nie był też bohaterem, który miał chronić świat.
Był nowym.
Był pierwszym.
Był kontynuacją i końcem.
Był półdemonem,
półwampirem,
półkrólem,
ale jednocześnie czymś ponad wszystkie te słowa.
W jego żyłach nie płynęła krew Malagarosa — płynęła jego własna krew, przetrawiona przez wolę, która nie dała się złamać nawet ciemności Króla Nocy.
Ganondorf wziął wdech.
Powietrze weszło do jego płuc z sykiem, który nie brzmiał ludzko.
Brzmiał jak dźwięk, którym zaczynają się legendy.
Potem ruszył.
Pierwszy krok wycisnął ślad głębszy niż powinien.
Drugi — sprawił, że wiatr zawył.
Trzeci — drgnęła ziemia, jakby rozpoznała coś, czego nie widziała od eonów.
Ganondorf szedł przez pustynię powoli, ale każdy jego ruch niósł w sobie coś, co mogło należeć do pradawnych tytanów:
ciężar przeznaczenia.
A w jego umyśle rodziła się myśl.
Nie była spokojna.
Nie była chaotyczna.
Była jak ostrze, świeżo wykute, wciąż skwierczące od gorąca.
„Hyrule.”
To jedno słowo było wszystkim.
Było obietnicą.
Było przekleństwem.
Było ogniem, który teraz płonął w jego krwi bardziej niż kiedykolwiek.
Ganondorf zatrzymał się na szczycie wydmy.
Spojrzał na horyzont.
Za piaskiem czekały rzeki,
za rzekami — lasy,
za lasami — mury.
Mury, które kiedyś przyjął jako brat.
Mury, które kiedyś chciał chronić.
Mury, które oddały jego życie na pożarcie kłamstwom i zdradzie.
Mury, które zabrały mu wszystko.
Ganondorf uśmiechnął się lekko.
Nie było w tym uśmiechu gniewu.
Nie było w nim też radości.
Była cisza.
Ta sama cisza, którą słyszy się przed burzą,
choć niebo jeszcze nie wie, że zaraz pęknie.
— Wracam.
— Ale nie jako człowiek.
— Nie jako król.
— Nie jako obrońca.
Ganondorf zamknął oczy i poczuł ciężar mocy w swoich żyłach.
Mocy, która kiedyś należała do Malagarosa.
Mocy, którą teraz ujarzmiło jedno imię:
GANONDORF.
— Wracam jako kara.
Wypowiadając te słowa, ruszył naprzód.
A pustynia — ta sama, która chciała go zabić — odsunęła się pod jego stopami jak pokorna służka przed swoim nowym panem.
Zakończenie — Ku zagładzie Hyrule

Noc nad Hyrule była ciężka jak żałobna szata.
Wisiała nisko, posępnie, jakby niebo samo chciało przycisnąć zamek do ziemi i zakończyć jego ostatni, wstydliwy oddech.
Na murach straże trzymały pochodnie, ale płomień nie rozpraszał mroku.
Rozświetlał tylko twarze — zmęczone, wyblakłe, pełne lęku, którego nikt nie chciał przyznać na głos.
Był to czas milczenia.
Czas, w którym serca biły wolniej, jakby bały się przyciągnąć czyjąś uwagę.
Nikt nie patrzył na pustynię.
Nikt nie śmiał spojrzeć w jej stronę.
A gdyby spojrzeli…
Zobaczyliby czerwoną smugę, poruszającą się wśród wydm.
Nie była to pochodnia.
Nie była to błyskawica.
Nie była to żadna ludzka magia.
To krew, która płonęła w żyłach Ganondorfa, rzucała na piasek odbłyski mroku.
Dzika, burzliwa, nienaturalna.
Ganondorf szedł powoli.
Nie spieszył się.
Droga była długa, ale jego moc — świeża, gorąca, pełna — niosła go jak wiatr niesie ogień.
Każdy krok był głuchym uderzeniem.
Wydma — drżała.
Piasek — ustępował.
Horyzont — zbliżał się jakby przerażony.
Wiatr zawył.
Ale jego wycie nie było pustynne.
Wycie brzmiało jak u klęczącej istoty, która wie, że zbliża się coś, przed czym nawet bogowie milkną.
Po raz pierwszy od tysięcy lat świat czuł,
że Malagaros umarł,
ale jego moc powstała w kimś, kogo nie da się zatrzymać.
Ganondorf przekroczył granicę pustyni.
Za piaskiem zaczynała się ziemia zielona, miękka, pełna życia.
Ptaki — uciekły.
Zwierzęta — zapadły w nienaturalny bezruch.
Drzewa — pochyliły gałęzie jak słudzy, którzy boją się spojrzeć w oczy swojemu nowemu panu.
Ganondorf zatrzymał się na skraju olbrzymiej równiny.
Przed nim leżało Hyrule.
Zamek — jak biała kość wystająca z ziemi.
Miasto — ciche.
Pola — spokojne.
Ganondorf zacisnął pięści.
W jego umyśle brzmiały dwie warstwy:
— Ja.
— I wiedza Malagarosa.
Wątek przeznaczenia oplótł go jak stalowy sznur.
Dawny Ganondorf wróciłby tu, by prosić o sprawiedliwość.
A może by walczyć.
A może by błagać o prawdę.
Ten Ganondorf —
ten, który narodził się z mroku i zniszczył Króla Nocy we własnej duszy —
miał inne cele.
Cel był jeden.
Hyrule.
Upadnie.
Nie ze złości.
Nie z zemsty.
Ale dlatego, że świat powinien drżeć, jeśli odrzuca własnych obrońców.
Ganondorf ruszył dalej.
Jego kroki były cichsze niż myśl,
ale każdy niósł w sobie obietnicę nadchodzącej burzy.
W tym samym czasie, na murach zamku, strażnik w końcu odważył się spojrzeć na horyzont.
Na jedną chwilę, jedną ułamek sekundy, zobaczył coś, co sprawiło, że pochodnia wypadła mu z dłoni.
Nie widział sylwetki.
Nie widział szczegółów.
Nie widział imienia.
Zobaczył tylko czerwień.
Czerwień, która szła w stronę Hyrule.
Czerwień, która nie należała do żadnego żywego stworzenia.
Czerwień, która niosła w sobie noc sprzed czasów.
Strażnik cofnął się, jakby piasek samotnej pustyni nagle uderzył go w twarz.
— Co to… co to jest…? — wyszeptał.
Ale odpowiedzi nie było.
Bo świat już wiedział.
Świat czuł.
Coś się obudziło.
Coś, co nigdy nie miało prawa powstać.
Coś, co nosiło imię Ganondorfa, ale było już czymś więcej —
czymś gorszym.
Czymś potężniejszym.
Czymś, co mogło złamać królestwa jednym spojrzeniem.
Ganondorf szedł dalej.
W jego oczach odbijały się mury, które kiedyś nazwał domem.
Teraz były tylko celem.
— Nie wracam po przebaczenie.
Nie wracam po prawdę.
Nie wracam po was.
— wyszeptał, a jego głos niósł się po pustej równinie jak grzmot.
— Wracam, by zakończyć to, co świat zaczął przede mną.
Zatrzymał się na wzgórzu.
Spojrzał na Hyrule.
I wtedy po raz pierwszy — pierwszy od śmierci Hylji, od zdrady Elgora, od upadku własnej duszy — uśmiechnął się szerzej.
Nie jak człowiek.
Jak półdemon, który wie, że jego czas wreszcie nadszedł.
— Hyrule…
…przygotuj się.
Pod stopami Ganondorfa ziemia pękła cicho.
W cichym trzasku kryła się nowa era.
Era krwi.
Era ognia.
Era mroku.
Era Ganondorfa Półdemona,
dziedzica Króla Nocy,
niszczyciela królestw,
nadchodzącej kary świata.
A noc — ta stara, cierpliwa, wieczna noc —
po raz pierwszy od tysiącleci pochyliła głowę przed kimś,
kto narodził się z jej własnej esencji.
KONIEC Sagi Elgora i Ganondorfa.
Początek Legendy Wiecznego Cienia.
📜 Kronika trwa dalej…
🎬 Cała opowieść w jednym materiale:
Zobacz pełną historię – Legenda Ganondorfa – Pełna Opowieść Fantasy
FAQ – Najczęściej zadawane pytania:
Kim jest Malgaros w uniwersum GameFiction i jak powstał?
Malgaros narodził się z połączenia demonicznej krwi, cienia sprzed światła i ognia, który niszczył wszystko, czego dotknął. Jego istnienie stało się punktem przełomowym dla całej Hyrule.
Dlaczego Elgor stał się kluczową postacią w drodze Malgarosa do Ganondorfa?
Elgor był tym, który znajdował się najbliżej przeznaczenia Ganondorfa, co pozwoliło Malgarosowi powoli przejąć jego duszę i doprowadzić do kolejnego etapu planu.
Co sprawiło, że Ganondorf stał się idealnym naczyniem dla Króla Nocy?
Ganondorf posiadał cechy rzadkie w jednym człowieku: siłę, gniew, miłość, samotność i przeznaczenie — mieszankę doskonałą dla odrodzenia Malgarosa.
Dlaczego miłość Ganondorfa odegrała tak dużą rolę w planach Malgarosa?
Miłość była tym, co należało złamać, aby otworzyć ciało i duszę Ganondorfa. Dopiero wtedy stawał się naczyniem pozbawionym ochrony.
Czym była bitwa Mesaela z Malgarosem i jakie miała konsekwencje dla świata?
Bitwa trwała trzy dni i zmieniła oblicze Hyrule, niszcząc góry, rzeki i niebo. Choć Mesael zwyciężył, nie zniszczył duszy Malgarosa.
Jaką cenę płaci bohater, którego dusza zostaje złamana przez istotę wyższą?
Bohater traci człowieczeństwo, wolę i poczucie siebie — ale w przypadku Ganondorfa pojawił się opór, którego Malgaros nie przewidział.
W jaki sposób wydarzenia z tego rozdziału łączą się z dalszą przemianą Ganondorfa?
To w tym momencie zaczyna się jego ostateczna przemiana — nie jako potwora, a wojownika, którego wola potrafi przeciwstawić się Królowi Nocy.

W Codexie GameFiction znajdziesz ukryte historie inspirowane grami Nintendo oraz autorskie światy zrodzone z cienia i pamięci gracza.
