W rozdziale VII Sagi Przedwiecznej Krwi cień kładzie się na Hyrule, a los Ganondorf Hyrule splata się z przysięgą braterstwa, która pęka pod ciężarem winy. Ganondorf, wierny strażnik tronu, staje naprzeciw Elgora, którego serce pożera szept mroku.
Hylja niesie tajemnicę większą niż królestwo, a noc decyzji zmienia bieg legendy. Zdrada, krew i miłość splatają się w ogrodach świątynnych, rodząc opowieść o Wiecznym Cieniu — micie silniejszym niż słowo i stal. To rozdział o cenie przysięgi oraz granicy, za którą światło i cień przestają znać własne imiona.
Początek upadku – Elgor i cień przysięgi w Hyrule
W siódmym rozdziale Sagi Przedwiecznej Krwi zdrada rozdziera Hyrule.
Dwaj rycerze – Ganondorf i Elgor – złożyli przysięgę, że ich miecz nigdy nie zwróci się przeciw sobie.
Ale cień jest cierpliwy… i w sercu braterstwa narodzi się ciemność, która na zawsze odmieni losy królestwa.
Elgor, dawny rycerz Hyrule, towarzysz Ganondorfa, staje sam w kaplicy,
gdzie miecz staje się lustrem duszy, a cień przemawia głosem,
którego nie potrafi uciszyć.
Upadek Elgora – cień przysięgi w Hyrule
Dzień po nocy zdrady był cichszy niż śmierć.
Słońce nie chciało wznieść się ponad wieże Hyrule — jego blask leżał przy ziemi jak pies, który nie zna już pana.
W korytarzach zamku słychać było tylko krople, spadające z wypalonych pochodni, i westchnienia żelaza, które jeszcze nie wystygło po walce.
Elgor siedział sam w kaplicy. Miecz oparł o kolana, głowę o dłonie.
Zbroja ciążyła mu jak grób. Przez witraż nad ołtarzem przesączało się blade światło,
rozcinając jego twarz na pół — pół w mroku, pół w popiele.
Wczoraj był rycerzem.
Dziś był… niczym.
— Zdradziłeś. — głos był w nim, nie obok. — Zdradziłeś brata, któremu przysiągłeś krew.
Zacisnął pięści.
— Nie. — jego głos był chropowaty jak rdzewiejąca stal. — Nie zdradziłem. Chroniłem ją.
— Chroniłeś? — cień zaśmiał się jak echo w pustym kielichu. — Prawie ją porwałeś.
Twoje dłonie sięgały światła. Widziałeś w niej dziecko korony, a jednak chciałeś, by była twoja.
Elgor zamknął oczy. Obrazy wróciły z siłą miecza spadającego na kark: Hylja, blada z przerażenia;
Ganondorf, z mieczem w dłoni i ogniem w oczach; król, którego spojrzenie ciążyło bardziej niż stalowy hełm.
I wtedy coś w nim pękło.
— Nie! — ryknął, aż kamień w ścianach jęknął. — Nie pragnąłem jej! Ona była jak siostra!
Złapał się za głowę, jakby chciał wydrzeć słowa z własnego ciała.
— Brat i siostra — wyszeptał. — Tak mówiliśmy… bo tak było. Nie z krwi, lecz z przysięgi.
Ona była światłem, ja mieczem. Przysiągłem ją chronić.
Głos zamilkł. Na moment zapadła cisza — tak gęsta, że słychać było bicie jego serca.
Wtedy po raz pierwszy od miesięcy poczuł, że cień ustępuje.
Powietrze pachniało starym dymem i kurzem modlitw.
Wspomnienia wracały jak żarzące się węgle: Ganondorf kładący dłoń na jego ramieniu;
słowa przysięgi złożone przy ogniu; śmiech Hylji, lekki jak woda z górskiego źródła.
— Ganondorf… — wyszeptał. — Mój bracie… co ja uczyniłem…
Gdy wypowiedział te słowa, światło przez witraż po raz ostatni rozbłysło.
Przez ułamek sekundy Elgor był znów sobą — człowiekiem, nie narzędziem.
Łzy, ciężkie jak krew, spadły na klingę miecza.
Wtedy cień wrócił.
— Nie płacz nad zdrajcą. — szept był teraz ciepły, niemal czuły. — On ci ją odebrał.
On zbrukał jej imię. Czy tego właśnie pragnęła twoja przysięga?
Elgor cofnął się, drżąc.
— Nie…
— Powiedz to jeszcze raz. — cień wsączył się w jego głos. — Powiedz „siostra”, a poczujesz, jak pali cię od środka.
Powiedz „brat” i zobacz, jak twoje serce zamienia się w popiół.
Elgor milczał. Nie musiał mówić.
Ogień już się w nim zapalił.
Wstał.
Oczy miał suche. W ich głębi, tam gdzie dawniej płonęło światło lojalności,
teraz żarzył się czerwony punkt — maleńki, lecz żywy, jak iskra w popiele.
Głos znów przemówił — tym razem jakby z samego żelaza:
— Światło cię zdradziło. Teraz bądź mieczem. Miecz nie pyta, kogo rani.
Elgor uniósł klingę. Zimne światło przecięło powietrze.
Na zewnątrz kruk usiadł na gzymsie kaplicy i przechylił głowę. Cień ptaka padł na Elgora niczym korona.
— Tak rodzi się gniew. — powiedział głos Kronikarza, odległy jak echo w górach. — Nie z nienawiści, lecz z żalu.
Tak upadają strażnicy światła — nie pod ciosem wroga, lecz własnych wspomnień.
Elgor wyszedł z kaplicy, nie odwracając się.
I tylko jego cień został w środku — klęczał jeszcze chwilę przy ołtarzu, zanim rozmył się w mroku.
📜 To początek historii, która zaprowadzi Elgora ku zdradzie, a Ganondorfa ku legendzie.
Czytaj dalej w Sadze Przedwiecznej Krwi ..
Część I — Narastające napięcie

W murach zamku Hyrule napięcie rośnie jak przed burzą.
Między Elgorem a Ganondorfem rodzi się cień nieufności,
a głos króla rozdziela obowiązek od lojalności.
Tak zaczyna się pierwszy akt zdrady, której nikt jeszcze nie nazywa po imieniu.
Elgor i Ganondorf – narastające napięcie w Hyrule
Sala tronowa była ciężka od milczenia — jakby kamień wchłaniał słowa, zanim zdążyły paść.
Filary pięły się ku sklepieniu chłodne i zwarte, chorągwie zwisały, nasiąknięte dymem lamp i kurzem starych dni.
Płomienie w kandelabrach migotały, jakby zatrzymywały oddech; każdy cień wydawał się dłuższy, każdy szept ostrzejszy.
Król siedział na tronie jak człowiek, który wie, że w jednej chwili może stracić wszystko, co było mu drogie.
Twarz miał pooraną troską; oczy — ostre, a jednak zamglone bezsenną nocą.
Przy stopniach stali doradcy i rycerze; ich spojrzenia błąkały się po sali, szukając miejsca, skąd mogłaby nadejść zmiana.
Elgor wkroczył bez ceremonii.
Zbroja tłumiła dźwięk kroków, miecz zwisał przy boku jak kawał chłodu; w oczach miał napięcie, które nie było już spokojem — drżenie człowieka stojącego nad własnym cieniem. Stanął na środku i skłonił się krótko, bardziej z obowiązku niż z czci.
— Panie — rzekł. — Zwołałeś radę.
Król skinął głową. — Mówiłeś o bezpieczeństwie księżniczki Hylji.
Elgor spojrzał ludziom w twarze i poczuł ciężar słowa, które miał wypowiedzieć. W ustach palił się smak zimnej stali.
— Zamek nie jest już twierdzą — odrzekł nisko. — Jest pełen szeptów. Ludzie widzą omamy i nazywają je dowodami. Kruki siadają częściej; straże zgłaszają nocą więcej cieni niż zwykle.
Głowy poruszyły się niespokojnie. Stary doradca o twarzy jak pofałdowana kora mruknął: Plotka jest tańsza niż ostrze. Elgor nie odpowiedział. Wiedział, że teraz każde słowo musi być jak cios — proste i czyste.
Drzwi zatrzeszczały. Ganondorf wszedł jak cień, który stał się ciałem.
Wysoki, surowy, z twarzą twardą jak skała pustyni; jego obecność sama w sobie była obroną przed pęknięciami strachu. Stanął u stóp schodów i skinął krótko królowi.
— Wezwałeś mnie, panie.
Król spojrzał na niego długo, jakby ważył słowo, które może być zaufaniem albo wyrokiem.
Elgor zrobił krok naprzód.
Spojrzał na Ganondorfa.
W głowie mignęły obrazy: ogniska, wspólne marsze, śmiech przebijający deszcz. Pod nimi czaił się jednak inny kształt — cień, którego nie umiał już wymazać. Głos, nie całkiem jego, łagodny jak jad, naciskał od środka.
— Panie — zaczął — wiem, że jego ramię stało na murach. Lecz lud rozmnaża lęk szybciej niż pieśni. Księżniczka jest celem; a ten, kto stoi przy niej najbliżej, staje się częścią tego celu. Może trzeba… na czas… oddalić przybysza od jej boku, póki nie ucichną pogłoski. Pokazać narodowi, że panujesz, nawet jeśli serce boli.
Słowo „na czas” błysnęło jak ostrze oszlifowane na półprawdzie. Powietrze zgęstniało. Doradcy wymienili spojrzenia, jakby przesuwali po stole niewidzialne monety. Młody rycerz poruszył się nerwowo. Z korytarza doleciał skrzek kruka.
Ganondorf uniósł wzrok. Nie zapłonął gniew — tylko chłodny spokój.
— Dlaczego miałbym odejść — spytał — skoro moim obowiązkiem jest stać przy księżniczce? Odsunięcie bez winy byłoby słabością, nie rozumem.
— To nie słabość — odparł Elgor szybko, słowa posypały się jak żwir. — To roztropność. Znak porządku dla ludzi.
Hylja wyszła z cienia kolumn. Biel szat cięła kamień jak światło. Jej głos był spokojny, ten sam, który potrafił kłaść ciszę nad zgiełkiem.
— Nikt nie zostanie odsunięty ode mnie, kto stoi przy mnie z honorem — rzekła.
Król drgnął. — Hyljo, mówisz do tronu.
— Mówię do ojca narodu — odparła — i do tych, którzy chcą nakarmić lęk symbolem. Cisza po bitwie nie jest spokojem; bywa tylko ciszą przed burzą.
Blady doradca w południowych barwach zebrał odwagę.
— Panie, lud pragnie prostoty. Gdy pokażemy znak porządku, odetchną. Odsuniemy wojownika na chwilę, a potem przywrócimy.
Ganondorf spojrzał na niego bez słowa. Ten wzrok nie znosił tanich gestów.
— Jeżeli król zażąda — rzekł wreszcie — odejdę, by nie rozsiewać gniewu. Ale nie dlatego, że jestem winien. Przysięgłem Hyrule, nie plotce.
Nagle Elgor poczuł pęknięcie, nie na zbroi — w środku żeber. W pamięci zabrzmiało słowo „bracie”, dawne jak przysięga. Cień otulił go miękko od środka.
Król uniósł dłoń i przetoczył decyzję jak kamień po wodzie.
— Nie wydam dziś rozkazu odsunięcia. Podwoimy czuwanie. Księżniczka będzie miała przy sobie dwóch ludzi przez każdą godzinę dnia i nocy. Ganondorf — staniesz na zmianę z Elgorem. Tak będzie najbezpieczniej.
Słowa padły ciężko. Doradcy drgnęli. Straże zerknęły po sobie. Hylja wypuściła powietrze, krótkie i ciche. Ganondorf skinął.
Elgor zastygł. W nim samym rozwarła się studnia bez dna. Razem. U jej boku. Szept wypełnił ją jak woda.
— Panie… — zaczął, ale głos zgasł.
— Dosyć rad na dziś — uciął król. — Potrzeba nam czynów. Straże zostają. Wszyscy inni — wyjść.
Tkaniny zaszeleściły, metal zadudnił o kamień.
Hylja minęła Elgora jak chłodny wiatr — bez dotyku, z zapachem ziół i górskiej wody.
Ganondorf przeszedł obok w milczeniu; w tym milczeniu było dawne braterstwo, które pamiętają mięśnie, choć zapomniały myśli.
Elgor został na moment sam, palce przy skroni jak przy ranie, która nie krwawi.
Wysoko zadźwięczał kruk. Płomień niedalekiej świecy spłaszczył się, przygasł, znów zapłonął — mniejszy, twardszy.
Wyszedł.
Sala tronowa została w ciszy, nosząc w kamieniu pierwszy ślad zdrady.
Część II — Nocne omeny

Ganondorf Hyrule — początek cienia
Noc była ciężka jak mokry płaszcz. Deszcz szeptał po dachówkach, a wiatr wachlował pochodnie tak, że światło chodziło po murach jak drżąca ręka.
Hylja spała niespokojnie, zanurzona w płytkim mroku, w którym sny nie przychodzą — one wdzierają się.
Z początku były tylko dźwięki: zgrzyt stali, tupot butów, kruczy krzyk rozcinający ciszę. Potem przyszły obrazy.
Widziała dwóch mężczyzn w kręgu z kamienia: miecze jak dwa błyskawiczne gwoździe wbijane w samo serce nocy. Jeden był ogniem, drugi — kamieniem. Gdy ich ostrza uderzały, posadzka drżała jak napięta skóra bębna. Hylja stanęła między nimi, z wyciągniętą dłonią, lecz nikt już nie słyszał jej głosu.
Cień krążył nad nimi jak czarny sęp, wyjadając z ich oczu pamięć przysięgi. Krew pojawiła się nagle, bez zapowiedzi, spłynęła po ostrzu i potoczyła się strumieniem w jej stronę.
Zrozumiała dopiero, gdy chłód dotknął kostek: to była jej krew.
Obudziła się z krzykiem, którego kamień nie przyjął. Oddech rwał się krótko, jakby płuca cięły noże.
Szukała oparcia dłonią, znalazła tylko chłód; łzy nie spływały, pieczeń w oczach była sucha — jakby żal był solą, nie wodą.
Przysiadła, nasłuchując.
Z korytarza — tylko szmer strażniczego kroku. Gdzieś wyżej przeciął noc skrzek kruka.
Wstała.
Bez wołania służby, bez płaszcza, jakby chciała dać tej nocy wszystkie swoje drżenia. Poszła do wieży północnej.
Ganondorf stał na czuwaniu.
Nie opierał się o blanki, nie ufał kamieniom; stał jak drzewo, które pamięta każdą burzę.
Gdy usłyszał jej kroki, nie poruszył się. Pozwolił, by dotarła do niego aż tak blisko, że czuła gorąco jego ciała w zimnym wietrze.
— Odejdź — powiedziała cicho, nim jej głos zdążył pęknąć. — Odejdź z zamku. Teraz. Póki jeszcze możesz i póki ja mogę cię nie widzieć.
Nie było w tym wyrzutu. Była prośba, która niosła na plecach ciężar wyroku.
Ganondorf spojrzał na nią.
Oczy miał ciemne, ale nie puste; był w nich ogień, który zna swoje granice.
— Nie odejdę — odrzekł. — Nie po to przysięgałem, by zostawiać cię na murach samej.
— To nie przysięga. To pycha — wyszeptała. — Widziałam naszą śmierć. Twoją i jego. Widziałam krew na moich stopach.
Zaciął usta, ale nie zaprzeczył snom.
Znał ich ciężar. Znał też wagę słów, które mają być tarczą.
Położył dłoń na kamieniu, jakby chciał pożyczyć mu spokoju.
— Sny nie są rozkazem — powiedział. — A ja jestem.
— Nie wygrasz z cieniem mieczem — odparła, ostrzej niż zamierzała. — On nie ma ciała, tylko język. Już zjadł połowę tego, kim byliście.
Milczał. Wiedział, że mówi prawdę, ale nie znał innej drogi niż stać i brać na siebie uderzenia.
Wziął oddech.
— Nie odejdę — powtórzył. — Choćbyś błagała. Choćby mnie wypędzili. Choćby całe Hyrule stało się ustami jednej plotki.
— Więc przynajmniej nie patrz. — Głos jej zadrżał. — Gdy przyjdzie czas, nie patrz.
Nie zapytał: na co?
Miał w sobie mądrość wojownika, który rozumie ostrzeżenia bez kształtu. Skinął tylko raz, jak człowiek, który przyjmuje cios z góry. W tej chwili wyglądał jak wyrok, nie jak człowiek.
Odeszła tak, jak przyszła — cicho, jakby nogi dotykały nie kamienia, lecz rzeki.
Schodziła, licząc schody, które ktoś przesunął w jej sercu.
W komnacie nie zapaliła lampy.
Zapach świec wydał jej się zbyt słodki dla tego, co miała zrobić.
Usiadła przy stole.
Dłonie miała zimne, jakby ktoś wymienił jej krew na wodę z lodowca. Potem wyciągnęła pióro.
Nie zaczęła od jego imienia.
Pismo nie przyjmie imienia, które płonie.
Zaczęła od słów prostych — jak łąka bez ziół.
Fatum chodzi po zamku jak choroba. Chciałam ci powiedzieć w świetle dnia, ale dzień stał się cieniem, a noc mieczem. Noszę życie. Twoje i moje. Noszę je pod sercem, a serce boi się tylko milczenia.
Nie jest to wstyd. Jest znakiem — tak to czuję, jak czuje się deszcz, zanim spadnie. Światło pustyni i światło Hyrule — w jednym.
Jeśli przyjdzie burza, będę jej ogniskiem. Jeśli przyjdzie cień, będę mu przeszkodą, choćby ostatnią.
Nie odchodź, ale jeśli każę ci odwrócić wzrok, zrób to. Nie dlatego, że się wstydzimy, lecz by nie dać cieniowi mojego spojrzenia.
Zaufaj. Nie potrafię prosić o nic więcej.
Ganondorfie…
Ręka zadrżała dopiero na końcu, gdy napisała jego imię tak, jak mówi się je w myślach, nie na głos.
Zgięła kartę wąsko, jeszcze raz, aż słowa stały się węzłem.
Nie opieczętowała — prawda nie potrzebuje wosku.
Podeszła do skrzynki z darami rodowymi.
Wyjęła medalion — starą złotą łzę, którą nosiła w czasach dzieciństwa, zanim imię stało się ciężarem.
Medalion miał małą wnękę, dawno zapomnianą.
Wsuwając list do środka, poczuła, jakby kładła w nim własny oddech.
Zatrzasnęła. Metal kliknął jak zamek, który już nigdy nie puści.
— Pokaż mu drogę — szepnęła do bezdusznego kruszcu. — Gdy mnie nie będzie, pokaż mu drogę.
Płaszcz wzięła lekki, taki, który nie hałasuje.
Wyszła do ogrodów świątynnych, do miejsca, gdzie kiedyś zjawił się jak burza, a potem został jak cień.
Noc była wilgotna, liście piły księżyc jak mleko, ścieżki były jak blizny na ziemi.
Znała tu każdy zakręt.
Kaplica, niższy mur, stare drzewo o korze jak pancerz.
Tam. Tu.
Właśnie tu po raz pierwszy usłyszała jego kroki, zanim nauczyła się je rozpoznawać.
Uklękła przy korzeniach, w których mchy przez lata nauczyły się milczeć.
Rozchyliła ziemię nożem do pieczęci.
Wsunęła medalion. Przykryła. Dłoń przycisnęła kłąb mchu jak rany sercem.
Wtedy je poczuła. Dwa uderzenia — nie jej, mniejsze, szybsze.
Życie odpowiedziało krótkim pukaniem.
Przez moment świat stał się prosty: ziemia, oddech, bicie.
Nagle nie czuła strachu.
Cień na chwilę nie miał języka.
Zostało światło, twarde i bezimienne — jak krzemień.
— Prowadź go — szepnęła jeszcze raz. — Jeśli mnie zabraknie — prowadź go.
Ktoś poruszył się po drugiej stronie ogrodów.
Szelest jak mysz w słomie, ale za ciężki na mysz.
Odwróciła głowę. Nic.
Tylko wiatr zawiesił na moment kruczy skrzek nad murem.
Przesunęła się w cień, niby cień ją znał.
Umiała znikać, odkąd zrozumiała, że władza też bywa polowaniem.
Wracając korytarzami, nie patrzyła w okna.
Wiedziała, że noc lubi twarze i oddaje je inaczej, niż są.
W komnacie usiadła i oddychała — długo, aż oddech przestał być bronią.
Wtedy znów przyszły obrazy — nie jak sen, już nie jak proroctwo; przyszły jak pamięć kogoś, kim jeszcze nie była: dziecko, jego dłonie, jej dłonie, rękojeść miecza, na której zamiast stali wyrasta kwiat.
Uśmiechnęła się pierwszy raz tej nocy. Krótko. Jak żołnierz, który liczy do trzech i wbija pal.
Gdy zasypiała, deszcz przestał mówić, a wiatr zapomniał drzwi.
W wieży północnej dwóch strażników wymieniło spojrzenia; trzeci przestąpił z nogi na nogę, nie wiedząc czemu.
Ganondorf wciąż stał, jak stoją rzeczy, które wybrano do trwania.
Nie wiedział o medalionie.
Nie wiedział o liście.
Miał wiedzieć, ale nie dziś.
Nad zamkiem przeleciały kruki — za wolno jak na ptaki, za szybko jak na omen.
Jeden zatrzymał się na moment nad ogrodami.
Zeskoczył na niższy gzyms, przechylił głowę.
Kamień pamiętał to puknięcie.
Ziemia zapamiętała ciepło dłoni.
Nic nie poruszyło się.
Świt przyszedł z oporem, jak zbroja wkładana na świeże rany.
Sny odsunęły się od powiek Hylji jak fale; zostawiły sól.
Wstała.
Woda w miednicy była lodem.
Oczy miała jasne, nie czerwone.
To nie była noc płaczu.
To była noc decyzji.
Gdy spotkali się przy przejściu do ogrodów, nie dotknęli się.
Straże stały jak chorągwie bez wiatru.
Elgor szedł osobno, prosto, z tą samą ciszą na ustach, która zaczyna przypominać modlitwę bez bóstwa.
Spojrzał na Ganondorfa na chwilę; w tym spojrzeniu było zbyt dużo pamięci, zbyt mało teraźniejszości.
Hylja miała w sobie spokój, który budzi niepokój u wszystkich tchórzy.
Kiedy przeszła, liście zadrżały — nie od wiatru, od znaczenia.
I tylko w ziemi, pod starym drzewem, medalion leżał jak skrawek dnia zakopany w nocy.
List spał w złocie, blisko korzeni.
Czekał.
Na dłonie, które znają miecz i wiedzą, kiedy trzeba go odłożyć.
Nad wszystkim unosił się zapach burzy, której jeszcze nie było.
Część III — Ostatnia uczta

Ganondorf i Elgor – ostatnia uczta w zamku Hyrule
Wielka sala zamku pachniała mięsem, winem i świecami, lecz ten zapach nie był żywy — był zastygły, jakby uczta miała być nie radością, a rytuałem pożegnania.
Stoły uginały się od jadła, lecz nikt nie jadł.
Talerze połyskiwały martwo, a srebra odbijały twarze, które nie chciały się widzieć.
Król siedział na podwyższeniu, pod ciężkimi arrasami.
Patrzył w nicość jak człowiek, który pamięta jeszcze dawny blask dworu, ale teraz słyszy tylko skrzypienie tronu.
Po bokach — Hylja i Ganondorf, naprzeciw — Elgor, a niżej śmietanka rodu, szlachta, rycerze, ludzie od lat przyzwyczajeni do udawania, że wiedzą, czym jest pokój.
Cisza była częścią jadła.
Tylko brzęk kielichów i tłumione sapanie ciężkich od zbroi strażników przypominały, że w sali wciąż tli się życie.
Król podniósł puchar.
— Za Hyrule — powiedział, a głos mu nie zadrżał.
Zebrani powtórzyli za nim, lecz cicho, jakby bali się, że wznoszą toast za coś, co już umarło.
Ganondorf nie pił.
Trzymał kielich, ale nie przyłożył go do ust.
Jego wzrok ślizgał się po sali, po chorągwiach, po kamieniu, po dłoniach Elgora.
Wiedział, że oczy przyjaciół są teraz ostrzejsze niż miecze.
Elgor siedział spokojnie.
Usta miał rozluźnione, wzrok miękki, głos w gotowości.
W powietrzu unosiło się napięcie, które czekało tylko na jego słowo.
— Powiadają — zaczął lekko, — że nocą nad zamkiem krążą kruki.
Słowa padły jak kamyk w wodę.
Nie miały ciężaru, ale w sali nie było głębi, tylko napięta tafla. Każdy usłyszał w nich coś innego.
— Zawsze krążyły — odparł król, niechętnie.
Elgor skinął głową. — Prawda, panie. Ale tym razem… — zawiesił głos. — Tym razem nie odlatują.
Kilku doradców spojrzało na siebie.
Hylja podniosła głowę. Jej twarz była spokojna, lecz dłonie skryte w fałdach sukni zdradzały drżenie.
Ganondorf nie drgnął. Znał tę grę. Słowa, które brzmią jak troska, a są igłami.
Elgor pociągnął łyk wina.
— Czasem znaki mówią więcej niż ludzie. — Spojrzał na Ganondorfa. — A czasem ludzie mówią, zanim znaki zdążą się objawić.
— O czym mówisz? — zapytał król, choć wiedział.
— O tym, panie, że dwór się boi. — Elgor pochylił głowę. — Plotki błądzą po korytarzach jak duchy. Mówią o nieczystym przymierzu, o świętokradztwie, o nocy, której lepiej nie pamiętać.
Hylja uderzyła dłonią o stół.
— Dosyć! — Jej głos zabrzmiał jak rozkaz, nie jak prośba. — Nie pozwolę, by mój dwór żywił się szeptami.
Elgor spojrzał na nią łagodnie, jak człowiek, który właśnie przegrał w rozmowie, ale wie, że jeszcze ma nóż.
— Księżniczko — rzekł miękko. — Ja tylko powtarzam, co niesie wiatr. Nie każdy ma twoją wiarę.
Ganondorf wstał. Krzesło zaskrzypiało.
— Słowa, które nosi wiatr, nie ważą nic. A ty chcesz z nich budować wyrok.
Elgor podniósł wzrok.
— Ja nie buduję wyroków. Ja widzę niebezpieczeństwo. Nie w mieczu — w sercu.
Król poderwał się z tronu.
— Wystarczy! — ryknął. — Uczta miała być znakiem jedności, nie waszym polem bitwy.
Wszyscy zamilkli.
Hylja spuściła głowę. Ganondorf stał jeszcze chwilę, potem powoli usiadł. W jego spojrzeniu nie było gniewu — tylko zimny żar, który czekał na tlen.
Elgor się nie uśmiechnął, ale jego dłonie znieruchomiały na stole. Wiedział, że zasiał…
Po chwili król odezwał się już spokojniej, lecz głos miał pusty.
— Jedzcie. Niech uczta się skończy, zanim zapadnie noc.
Ale nikt już nie jadł.
Dworzanie wznosili kielichy dla pozoru.
Muzycy, nie mając rozkazu, zaczęli grać — cicho, niepewnie, jakby bojąc się melodii, która mogłaby kogoś przywołać.
Hylja siedziała w milczeniu.
W jej oczach odbijały się płomienie, które paliły coraz niżej, aż w końcu dotknęły jej dłoni.
Ganondorf widział ten blask i wiedział, że nie jest to światło pochodni.
A Elgor, w cieniu kolumny, słyszał coś, czego nikt inny nie słyszał — miękki, głęboki szept w samym środku jego głowy:
Dobrze. Teraz już wiedzą. Teraz wystarczy iskra.
Płomień świecy trzepotał, jakby chciał coś powiedzieć, ale nie zdążył.
I tak uczta trwała — długa, cicha, pełna nienazwanych myśli.
Kiedy skończyła się, nie pozostało po niej nic, oprócz zapachu wina, dymu i strachu.
Część V — Walka braci

Ganondorf kontra Elgor – walka braci w Hyrule
Deszcz bił w kamień jak rózga bogów.
Woda spływała po liściach, rozmazując krew Hylji w czerwone smugi.
Ogród milczał, lecz to milczenie było cięższe niż wrzask.
W tej ciszy dwaj mężczyźni patrzyli na siebie — jeden z rozpaczy, drugi z szaleństwa.
Ganondorf klęczał jeszcze przy ciele księżniczki.
Dotykał jej włosów, które chłonęły deszcz, aż stawały się ciemne jak ziemia.
Jego dłoń drżała, ale nie od zimna.
W oczach miał ogień, który nie wiedział, gdzie ma płonąć.
Elgor stał kilka kroków dalej, bez zbroi, z mieczem, który trzymał tak, jakby chciał się nim podeprzeć, nie walczyć.
Deszcz obmywał jego twarz, ale nie zmywał winy.
— Powiedz mi, że to nieprawda. — Głos Ganondorfa był głuchy, nie z gniewu, lecz z niedowierzania. — Powiedz, że to cień, a nie ty.
Elgor milczał.
Jego usta drgnęły, ale nie wyszło z nich nic. Wreszcie uniósł głowę.
— Nie wiem, kto trzymał miecz. — Głos był suchy jak kamień. — Nie wiem, czyja to była ręka.
Ganondorf wstał.
Woda ściekała po jego włosach jak pot z bitewnego czoła.
Sięgnął po miecz.
Metal zabrzmiał jak grzmot.
— Ale wiem, czyja była przysięga.
Elgor zrobił krok w tył.
W jego oczach nie było lęku, tylko pustka.
— Nie byłem sobą.
— Byłeś! — wrzasnął Ganondorf. — Byłeś, gdy piłeś ze mną krew braterstwa! Byłeś, gdy przysięgałeś jej ochronę! I byłeś, gdy przebiłeś jej serce!
Elgor zadrżał.
Cień poruszył się w nim, jakby chciał znów objąć duszę.
„Nie słuchaj go. To on ją zdradził. On ją skaził. Ty tylko oczyściłeś krew.”
Elgor podniósł miecz.
Niepewnie, z wahaniem, jak pijany.
— Nie chcę walczyć z tobą.
— A ja już nie mam wyboru.
Pierwsze uderzenie było ciężkie.
Ostrza spotkały się z trzaskiem, który rozerwał noc.
Deszcz rozprysnął się w fontannie iskier.
Elgor odsunął się, uderzył ponownie.
Ganondorf parował jak góra, która zna każdy cios burzy.
Miecze ślizgały się po sobie, jakby same chciały się zniszczyć.
Krople wody mieszały się z krwią; nie wiadomo było, która z nich jest czyja.
— Bracie! — Elgor ryknął, jakby chciał przywołać coś, co już nie istniało. — Zrozum! Cień mnie prowadził! Nie ja!
— Cień nie trzymał miecza! — Ganondorf odparł, parując uderzenie. — To twoja ręka! Twoje imię! Twój czyn!
Zderzyli się ramionami. Kamień pod ich stopami pękł. Ogród drżał jak żywy. Gałęzie trzaskały nad nimi jak bicz.
Elgor zamachnął się szeroko, miecze zgrzytnęły o siebie, aż iskry zatańczyły w powietrzu jak szaleńcy.
Ganondorf odepchnął go i uderzył kolanem w jego pierś. Elgor runął na ziemię.
Ale wstał. Zawsze wstawał. W oczach miał już nie człowieka, a bestię.
— Nie pozwolę ci odejść z nią! — krzyknął. — Ona jest częścią mnie! Mojej krwi! Mojej wiary!
Ganondorf spojrzał na niego z czymś, co było mieszaniną gniewu i współczucia.
— Nie masz nic. Zabrałeś wszystko.
Zamachnął się.
Ostrze przecięło powietrze, uderzyło w ramię Elgora, rozcinając skórę i żelazo.
Elgor cofnął się, upadł, miecz wysunął się z jego dłoni i zagrzechotał po kamieniach.
Ganondorf podszedł, powoli, bez pośpiechu.
Stanął nad nim.
Miecz uniósł się wysoko.
Deszcz kapał z ostrza na twarz Elgora.
— Zabij mnie. — Elgor spojrzał mu w oczy. — Zrób to, bracie. Nie zostawiaj mnie z tym.
Ganondorf wahał się.
W tej jednej chwili czas się zatrzymał — deszcz przestał padać, wiatr ucichł, świat czekał.
Wtedy Hylja jakby jeszcze była między nimi — jej głos, jej dłoń, jej uśmiech.
Wspomnienie, które uderzyło mocniej niż stal.
Ganondorf opuścił miecz. Nie potrafił.
— Nie mogę zabić tego, co było moim bratem.
Elgor spojrzał na niego — przez chwilę jak człowiek, nie jak cień.
Na jego twarzy pojawił się grymas, coś między wdzięcznością a wstydem.
Ale wtedy znowu pojawił się głos.
„To on ją zabił. On ją zniszczył. Nie ty. On.”
Elgor zamarł. W jego oczach rozlał się cień głębszy niż noc.
Ganondorf odszedł kilka kroków, w milczeniu, zostawiając go w błocie i krwi. Miecz opadł mu bez siły, jakby ważył tonę.
Elgor spojrzał w ślad za nim. Deszcz nie przestawał padać. Cień znowu mówił, szeptem, słodko.
„To on winny. On. On poniesie wszystko.”
Elgor zamknął oczy. Cisza w nim wróciła, ale była to cisza po zawale.
Ganondorf odszedł, nie oglądając się.
Za jego plecami ogień pochodni przygasł, a woda spływała po kamieniu, niosąc ze sobą resztki krwi.
Dwaj bracia, dwie dusze. Jedno słowo — brat — które już nic nie znaczyło.
Tylko echo, odbite w kamieniu jak rana, której nie zasklepi żadna modlitwa.
Część VI — Miłosierdzie i zdrada

Ganondorf Hyrule – miłosierdzie i zdrada Elgora
Noc w końcu zamilkła.
Deszcz ustąpił, a powietrze było ciężkie, jakby ziemia oddychała przez łzy.
Ogród, który jeszcze niedawno był świątynią ciszy, teraz wyglądał jak pole bitwy bogów — połamane gałęzie, błoto, krew, zgasłe pochodnie.
Ganondorf stał pośród ruin tej nocy.
Miecz trzymał w dłoni, ale nie czuł jego ciężaru.
Patrzył na Elgora, który leżał skulony przy ciele Hylji, jak człowiek, którego już nie da się ani ukarać, ani ocalić.
Wiatr przeszedł przez ogród, rozdmuchując płatki krwi jak popiół.
Ganondorf spojrzał w niebo — nie szukał znaków. Bogowie milczeli, a ich milczenie było gorzkie jak żelazo.
Podszedł.
Elgor drżał. Nie podnosił wzroku. Szeptał coś bezładnie, jak modlitwę bez słów. Gdy Ganondorf zatrzymał się nad nim, usłyszał tylko fragment:
— …nie ja… nie ja…
Ganondorf pochylił się. W jego twarzy nie było gniewu. Była pustka — cięższa niż nienawiść.
— Wstań.
Elgor podniósł głowę. Oczy miał puste jak wypalone ognisko. Deszcz zmył z niego krew, ale nie winę.
— Zabij mnie. — Głos był spokojny. — Zrób to, nim wrócę do oddychania.
Ganondorf milczał chwilę. Spojrzał na ciało Hylji — jej włosy przylepione do policzka, pierś nieruchoma, dłoń zastygła na kamieniu. Potem znów spojrzał na Elgora.
— Nie.
Elgor drgnął.
— Nie potrafię. — Ganondorf mówił cicho, ale każde słowo miało ciężar młota. — Bo jeśli cię zabiję, nie zostanie już nikt, kto pamięta, kim byliśmy.
Elgor opuścił głowę. Łzy mieszały się z błotem.
Ganondorf wbił miecz w ziemię. Ostrze wbiło się głęboko, aż kamień zapiał krótko jak dzwon.
— Żyj, Elgorze. — Głos Ganondorfa brzmiał jak wyrok i jak przebaczenie. — Żyj i noś to, co zrobiłeś.
Odwrócił się i odszedł powoli, nie oglądając się za siebie.
Elgor został.
Wokół niego znów zapadła cisza.
Tylko woda sączyła się z liści, kapiąc w błoto jak krople czasu.
Wtedy znów usłyszał ten głos.
„To on ją zabił.”
Elgor drgnął, wciągnął powietrze.
„Nie ty. Ty byłeś tylko narzędziem. To on sprowadził cień. To on przyniósł klątwę. To on skalał jej krew.”
Elgor uniósł głowę.
W powietrzu nie było nic — żadnego szmeru, żadnego znaku.
Tylko echo, które przyszło z wnętrza.
— Kłamiesz. — wyszeptał, ale głos zadrżał.
„Kłamstwo? Czyż nie widzisz? On przyszedł późno. Zawsze za późno. Zawsze po twoich ranach, po twoim cierpieniu. On jest powodem wszystkiego. A ty… ty jesteś tylko świadkiem.”
Elgor zacisnął dłonie.
Palce ślizgały się po błocie, jakby chciały chwycić coś, czego nie ma.
— Świadkiem… — powtórzył, i słowo zabrzmiało obco.
Cień mówił dalej.
„On ocalił cię nie z miłości, ale z pychy. Myślisz, że darował ci życie? Nie. Zostawił cię, byś klęczał. Byś nosił jego cień. Odbierz mu to. Odbierz mu jego światło.”
Elgor przymknął oczy.
W uszach dudniło mu serce — jedno, ciężkie uderzenie po drugim, jak młot w kuźni.
Cień wypełniał go ciepłem, które nie było ciepłem życia, lecz przysięgi.
Powoli podniósł się z ziemi.
Spojrzał w kierunku, w którym odszedł Ganondorf.
— On będzie winny. — Słowa wyszły z jego ust spokojnie, jak modlitwa. — On poniesie to wszystko.
Cień milczał.
Nie musiał już mówić.
Wystarczyło, że był.
Elgor podniósł miecz Ganondorfa, który tkwił w ziemi.
Wyciągnął go z trudem, jakby ciągnął korzeń z kamienia.
Ostrze odbiło światło księżyca — chłodne, obce, bez cienia blasku.
Spojrzał na nie.
W jego oczach nie było już żalu.
Była tylko decyzja.
Gdzieś w oddali zaszczekał pies.
Głos odbił się od murów i wrócił jak echo świata, który jeszcze nie wiedział, że już się skończył.
Elgor powoli odszedł z ogrodów.
Za nim została tylko krew, cień i cisza, które połączyły się w jedno.
Tam, gdzie leżała Hylja, wiatr poruszył włosy jej ciała, jakby chciał je przykryć.
Ganondorf, idąc ku bramie, nie obejrzał się.
Nie wiedział, że właśnie w tej chwili został zdradzony po raz pierwszy.
Bo tak rodzą się mity — nie w ogniu bitew, lecz w chwili, gdy miłosierdzie otwiera drzwi zdradzie.
Zakończenie — Narodziny Wiecznego Cienia

Hyrule i legenda Ganondorfa – narodziny Wiecznego Cienia
Świt wstał, ale nie przyniósł dnia.
Niebo nad zamkiem miało barwę wypalonego srebra, a światło, które spływało na ogrody, było blade jak krew wymyta deszczem.

