Księżniczka Hylja śni o płonącym zamku Hyrule i armii cieni prowadzonej przez Ganondorfa.

Saga Przedwiecznej Krwi: Ganondorf zdrada w cieniu tronu / ROZDZIAŁ VI

W królestwie Hyrule zapada noc pełna omenów, a kruki zwiastują nadciągającą zgubę.
Księżniczkę Hylję dręczą sny o ogniu i krwi, w których na czele armii cieni staje wojownik pustyni – Ganondorf.
Czy to sprzymierzeniec, czy demon? Rozdział „Ganondorf zdrada w cieniu tronu” to część epickiej sagi inspirowanej światem
Nintendo Zelda, gdzie miłość, przeznaczenie i lojalność ścierają się z podszeptami mroku.
To opowieść fantasy, w której zdrada rodzi się w cieniu, a przyszłość królestwa rozstrzyga się w korytarzach zamku i na dziedzińcach skąpanych w blasku pochodni.

.

Wstęp — Ganondorf zdrada w cieniu tronu

Noc nad Hyrule była ciężka, spętana czarnym oddechem omenów. Od czasu, gdy kruki zawisły nad murami zamku, żaden ze strażników nie zasypiał spokojnie, a wśród ludu szerzyły się szeptane modlitwy i złowieszcze wróżby. Lecz to nie one były najstraszniejsze. Prawdziwe widmo niepokoju przyszło w snach księżniczki – i tam właśnie narodziła się wizja, która później zapisała się w pamięci jako Ganondorf zdrada w cieniu tronu.

Hylja leżała w swych komnatach, otulona delikatnym światłem lampy oliwnej, gdy nagle świat pogrążył się w koszmarze. Sen oplótł ją jak wąż, wciągając w mrok, w którym rozległy się jęki tysięcy umierających. Zobaczyła zamek płonący czerwienią ognia, jakby same piekła rozwarły swe trzewia. Kamienne wieże topniały pod uderzeniami niewidzialnej siły, a ulice tonęły w rzekach krwi.

Na przedzie tej wizji stała sylwetka, którą znała — i której zarazem nie rozpoznawała. Ganondorf, nie jako rycerz pustyni, lecz jako potwór wyrwany z najgłębszych otchłani. Jego ciało pokrywała czarna, pulsująca zbroja, a włosy, dotąd jak płomień żywy, stały się krwistą grzywą, wijącą się jak języki ognia.

Oczy – dwa żarzące się słońca gniewu – patrzyły na nią z góry, podczas gdy w jego dłoniach zakwitała broń nie z tego świata, miecz większy niż człowiek, ociekający światłem przypominającym stopione żelazo.

Za nim maszerowała armia cieni. Jeźdźcy bez twarzy, piechurzy zbudowani z dymu i krwi, sztandary spalone do czerni. Każdy ich krok wstrząsał ziemią, a niebo rwało się błyskawicami, jakby same bogi wojny przyklękły przed tą potęgą.

— Ganondorf… — wyszeptała we śnie, lecz jej głos ugrzązł w odmętach chaosu.
On uniósł wzrok i spojrzał prosto na nią. I w tym spojrzeniu nie było miłości, nie było wspomnienia szeptów w ogrodach — tylko obietnica zagłady.

Krzyk wydarł się z jej piersi, rwąc ciszę komnaty. Hylja zerwała się, oblepiona potem, serce biło jej jak młot, a oczy wciąż widziały ogień, choć lampa ledwie migotała spokojnym światłem. Zacisnęła dłonie na kołdrze, usiłując odsunąć wizję, lecz ta wżerała się w nią jak żar w suche drewno.

Nie powiedziała nikomu. Nie mogła. Jak wyznać, że ten, którego pokochała, ukazał się jej jako demon? Jak spojrzeć ojcu w twarz, gdy w sercu rodziło się przekonanie, że los Hyrule spoczywa na ostrzu miecza, a miecz ten dzierży Ganondorf?

Król, w tym samym czasie, stał się czujniejszy. Omen kruków tkwił w jego myślach jak cierń. Rozkazywał strażom wzmóc warty, słał zwiadowców ku granicom, lecz wciąż odrzucał opowieści o cieniu. „To tylko zabobony” — mówił, choć sam nie spał spokojnie.

Tymczasem więź Ganondorfa i Hylji dojrzewała, jak ogień, który tli się w ukryciu, nie dając jeszcze języków płomieni, lecz rozgrzewając powietrze. Ich spojrzenia coraz częściej spotykały się w milczeniu, ich dłonie przypadkiem stykały się podczas rozmów. A jednak każde takie zbliżenie osłaniał sekret — milczący mur, którego przekroczenie groziło zgubą.

W innej części zamku Elgor pogrążał się w ciemności. Nie spał. Czuł, że coś prześlizguje się w cieniu jego myśli, podszeptując, że brat zdradza, że Hylja wymyka się jego dłoni, że cała przyszłość Hyrule należy wziąć siłą. „Nie walcz z nim — weź to, co twoje” — mówił głos bez twarzy.

I Elgor słuchał.


Część I – Wątpliwości króla i cień Ganondorfa

Narada w sali tronowej – Elgor oskarża Ganondorfa, król Hyrule słucha w milczeniu.

Dni po omenie kruków ciągnęły się ciężko, jakby całe królestwo Hyrule uwięzło w oddechu, którego nie sposób wypuścić.

Zamek, dotąd miejsce gwaru, uczty i pieśni, spowiła cisza przypominająca komnatę żałoby.

Strażnicy przemierzali korytarze z oczami szeroko rozwartymi, jakby w mroku spodziewali się ujrzeć samego śmiercionoścę.

Jednak to nie straż była najbardziej niespokojna, lecz król sam – mąż o siwych włosach i twarzy pooranej zmarszczkami bitew, które niegdyś toczył.

Siedział w wielkiej sali obrad, gdzie dym z pochodni wił się w górę jak smugi dusz, a kamienne ściany odbijały każdy szept z przesadną wyrazistością. Tam zbierał swoich doradców, rycerzy i kapłanów, lecz każde posiedzenie kończyło się tak samo — wątpliwością, nie decyzją.

— Kruki nie są przypadkiem — rzekł do nich pewnej nocy, uderzając dłonią w poręcz tronu. — Stare podania mówią jasno: kruki gromadzą się, gdy cień wyciąga swe macki ku Hyrule.

Kapłan z białą brodą skinął głową. — Ojcze ludów, znaki na niebie nie kłamią. Lecz prawdziwe pytanie brzmi: kto niesie cień?

Na sali zapadła cisza. W tej ciszy Elgor wysunął się z półmroku. Zbroja jego błyszczała w świetle ognia, spojrzenie miał twarde i przeszywające, a głos brzmiał chłodno:

— Przybysz z pustyni.

Słowa zawisły w powietrzu jak miecz, którego nikt jeszcze nie odważył się dobyć z pochwy. Król uniósł brwi, a jego dłoń zadrżała na oparciu tronu.

Ganondorf? — spytał tonem, w którym nie było gniewu, lecz była niewypowiedziana wątpliwość.

— Tak go nazywa — ciągnął Elgor, zbliżając się ku stołowi, gdzie rozłożone były mapy graniczne. — Pojawił się w naszych murach jak burza, bez przeszłości, z mocą, której nie umiemy pojąć. Widzimy jego siłę w boju, lecz czy znamy jego serce? Czy możemy zaufać komuś, kto przychodzi z piasków, a nie z krwi Hyrule?

Niektórzy rycerze skinęli głowami, inni odwrócili wzrok. Głos Elgora był głosem rosnącego zwątpienia.

— Widziałem — dodał cicho, a jego oczy błyszczały jak stal — jak księżniczka spogląda na niego. To nie jest spojrzenie czystej przyjaźni. On oplótł ją czarem, którego nie widzicie, lecz którego skutki już czuję.

Król westchnął głęboko. Jego serce rozdarte było między miłością do córki, wdzięcznością wobec wojownika, który już nieraz ratował jego żołnierzy, a ciężarem omenu.

— A jeśli to nie on? — spytał zmęczonym głosem. — Jeśli cień kryje się w czymś innym?

Elgor nie uśmiechnął się, lecz w oczach zatańczyła iskra zwycięstwa. — Jeśli się mylę, ojcze, to moje życie niech będzie zapłatą. Lecz jeśli mam rację, a ty zlekceważysz te znaki, to życie twojej córki będzie ceną, której nikt nie zapłaci.

Słowa te uderzyły w salę jak grom. Król nie odrzekł nic, lecz po raz pierwszy w jego sercu zakiełkowało ziarno podejrzenia. Spojrzał na mapę, gdzie granice Hyrule znaczone były czerwoną linią, i nagle ta linia wydała mu się krucha, jakby jedno uderzenie mogło ją rozerwać.

Wieczór dobiegł końca, doradcy rozeszli się w mrok, lecz król pozostał samotny w sali tronowej. Wpatrywał się w płomień pochodni i widział w nim twarz Ganondorfa — raz jako sprzymierzeńca, raz jako kata.

I tak wątpliwości, jak robaki, zaczęły drążyć serce władcy Hyrule.


Część II – Szept w ciemności i cień zdrady

Elgor klęczy w kaplicy Hyrule, a cień przemawia do niego z mroku.

Noc ogarnęła zamek Hyrule jak płaszcz utkany z żałoby.

Korytarze, które za dnia tętniły krokiem straży i brzękiem oręża, teraz stały się jak puste katedry, gdzie każdy dźwięk odbijał się echem i gasł, dławiąc w piersi odwagę.

W tej ciszy, cięższej niż dym po bitwie, Elgor szedł samotnie ku kaplicy.

Była to stara świątynia, pamiętająca czasy, gdy Hylja była nie tylko księżniczką, lecz i imieniem bogini.

Mury jej pociemniały od wieku, freski blakły, a jedynie kamienny ołtarz wciąż zdawał się drgać od mocy dawnych modlitw. Tego wieczora jednak w kaplicy nie było modlitwy – była pustka, w której rodziły się szeptane bluźnierstwa.

Elgor ukląkł, lecz nie w geście wiary. Jego dłoń spoczęła na rękojeści miecza, wzrok utkwiony w posągu bogini, którego oblicze spękało od czasu.

— Bogowie milczą — wyszeptał, głosem surowym, pełnym żalu i gniewu. — Milczą, gdy krew wrze, gdy brat staje przeciw bratu. Milczą, gdy serce moje rozdzierane jest zazdrością.

Odpowiedziała mu cisza. Lecz po chwili, z ciszy tej wyłonił się dźwięk. Delikatny jak tchnienie, oślizgły jak ślina węża, złośliwy jak kłamstwo.

— Nie walcz z nim, Elgorze…

Rycerz uniósł głowę. Płomienie świec zadrżały, choć nie było wiatru.

— On odebrał ci to, co twoje. Ale krew braterska jest święta… nie rozlewaj jej.

Elgor wstrzymał oddech. Znał ten głos. Nie miał twarzy, lecz miał moc. Od tygodni wdzierał się do jego snów, a teraz przemawiał jawnie, w samym sercu świątyni.

— Czego chcesz? — syknął, a echo rozlało się po murach jak syk rozżarzonego żelaza.

— Weź ją. Jest twoja. Tylko twoja. Nie broń się przed przeznaczeniem. Gdy go zabijesz, cały świat ujrzy cię jako zdrajcę. Ale jeśli ją odbierzesz i ukryjesz, będziesz wybawcą. Nikt nie ośmieli się zaprzeczyć.

Elgor zadrżał, a na jego czole błysnęła kropla potu.

— Uprowadzić ją? To… zdrada.

Szept zaśmiał się, jak echo tłumionych jęków.

— Zdrada? Nie. To porządek. To twoje prawo. Ona powinna być twoja, a tron powinien należeć do tego, kto ochroni dziedziczkę. Czyż nie widzisz? Król wątpi. Dwór szepta. Lud czeka na bohatera. Ty nim będziesz.

Posąg bogini zdawał się patrzeć na niego pustymi oczami, a z cienia za filarem wysunęła się plama ciemności, bezkształtna, lecz żywa. Przypominała postać człowieka spowitego w płaszcz, lecz bez twarzy, jakby sam cień zrodził się z własnej nicości.

Elgor poczuł, że jego serce bije szybciej, a myśl o uprowadzeniu Hylji nie była już bluźnierstwem, lecz rozwiązaniem. Jedynym, które nie splami jego rąk bratobójczą krwią.

— A jeśli ona się sprzeciwi? — spytał, choć w głębi duszy wiedział już, że podjął decyzję.

— Kobiety sprzeciwiają się zawsze. Lecz serce ulegnie, gdy pojmie, że to dla jej dobra. Musisz działać szybko, nim brat odbierze ci wszystko.

Słowa te były jak ostrze, które samo wbija się w serce i zarazem daje ukojenie. Elgor uniósł się z klęczek, a jego cień na ścianie wydał się większy, jakby urósł i rozciągnął ramiona nad całym ołtarzem.

Tego wieczoru kaplica nie była miejscem modlitwy. Była miejscem przysięgi — przysięgi zdrady, złożonej w milczeniu, lecz głośniejszej niż huk bitwy.


Część III – Ostatnia rozmowa, Hylja i Ganondor

Ganondorf i Hylja rozmawiają w ogrodzie zamku Hyrule, a Elgor ukrywa się w cieniu.

Ogrody zamku Hyrule tonęły w świetle księżyca.

Białe lilie, otulone rosą, błyszczały niczym gwiazdy, które spadły na ziemię.

Woda w marmurowych sadzawkach odbijała niebo, a wiatr poruszał liśćmi starych drzew, niosąc ze sobą zapach nocy.

Tam, wśród ciszy i cienia, spotkali się Ganondorf i Hylja – dwoje ludzi, których serca biły w rytmie tajemniczym i zakazanym.

— Świat śni się inaczej — rzekła księżniczka cicho, dotykając palcami tafli wody. — Czasem myślę, że sen jest jak zwierciadło, które pokazuje nie to, czym jesteśmy, lecz to, czym możemy się stać.

Ganondorf stał obok, niczym strażnik postawiony u bram marzenia. Jego potężna sylwetka rysowała się wyraźnie na tle srebrnego blasku. Spojrzał na nią z powagą, w której kryła się troska, jakiej nie znał żaden inny człowiek.

— A jeśli to, co widzisz, jest tylko kłamstwem? — spytał. — Cień potrafi przybrać każdą postać. Potrafi podsunąć każdą wizję. Nie wierz w sny, jeśli odbierają ci spokój.

Hylja uniosła wzrok, a jej oczy błyszczały jak dwa klejnoty skąpane w świetle gwiazd. — Niektóre sny są ostrzeżeniem. Ganondorfie, widziałam ogień. Widziałam cień, który pożera królestwo. Widziałam ciebie…

Głos jej zadrżał, lecz nie dokończyła. Zamilkła, bo strach zdławił jej słowa.

Ganondorf położył dłoń na jej ramieniu, ciężką jak żelazo, a jednak delikatną jak dotyk skrzydła. — Cokolwiek widziałaś, nie pozwolę, by się spełniło. Moje życie jest twoją tarczą.

Księżniczka odwróciła się ku niemu, a ich twarze dzielił tylko oddech. Świat zatrzymał się na chwilę, jakby gwiazdy wstrzymały swój bieg.

— Wiem — szepnęła. — Dlatego się boję. Bo żadna tarcza nie trwa wiecznie. A przeznaczenie nie słucha naszych modlitw.

Ganondorf nachylił się, a jego głos był twardy jak kamień, lecz niosący w sobie prawdę wyrytą w sercu: — Jeśli przeznaczenie stanie przeciw nam, rozłupię je moim mieczem.

Chwila zawisła między nimi niczym ostrze gotowe do spadnięcia. Ona patrzyła na niego z mieszaniną miłości i lęku, on patrzył na nią jak wojownik, który gotów jest oddać duszę za jedno jej spojrzenie.

Lecz w cieniu drzew stał ktoś jeszcze. Elgor.

Przyszedł bez dźwięku, kroki jego skrył wiatr, a spojrzenie płonęło żarem obłędu. Zobaczył ich razem – księżniczkę, która ufała jego bratu, i brata, który zyskał to, czego on pragnął. Serce Elgora ścisnął ból, ostrzejszy niż stal. Jego dłoń zacisnęła się na rękojeści miecza, lecz nie dobył go. Jeszcze nie.

W głowie rozbrzmiał znajomy szept: Patrz, jak cię zdradza. Patrz, jak odbiera ci to, co twoje. Ile jeszcze będziesz czekał, Elgorze?

Cierpliwość Elgora topniała jak lód w ogniu. W tej chwili wiedział, że jego czas nadchodzi. Że wkrótce nie wystarczy patrzeć. Trzeba działać.

Pod czujnym spojrzeniem księżyca zrodziła się decyzja. A w sercu Elgora po raz pierwszy zabiła nuta przyszłej zdrady.


Część IV – Noc zdrady i decyzja Elgora

Elgor chwyta księżniczkę Hylję w komnacie, rycerze stoją gotowi do uprowadzenia

Kiedy zamek pogrążył się w mroku, Elgor nie spał.

Jego kroki niosły się pustymi korytarzami jak echo zgubionej duszy. Strażnicy mijali go, nie pytając dokąd idzie – był przecież synem króla, rycerzem, któremu powierzano losy bitew. Nikt nie przypuszczał, że w sercu nosi zdradę.

W cichej zbrojowni zebrał kilku wiernych sobie wojowników. Byli to mężowie, których znał od lat – twardzi jak skała, wierni bardziej jego osobie niż koronie. Ubrani w ciemne kolczugi, z mieczami owiniętymi w płótno, by nie brzęczały, stali w półmroku i patrzyli na swego wodza z napięciem wymalowanym na twarzach.

— Bracia — odezwał się Elgor, a jego głos cięty był jak miecz, ostry i chłodny. — Dzisiejszej nocy nie walczymy przeciw królowi. Walczymy o Hyrule.

Rycerze wymienili spojrzenia; nikt nie odważył się zapytać głośno. Elgor kontynuował, każdy wyraz ważąc jak miecz przed ciosem:

— Cień wpełzł w nasze mury. Przybysz z pustyni omotał serce księżniczki i przygotowuje zdradę. Król ślepy jest na znaki, lecz my nie możemy czekać. Jeśli pozwolimy mu działać, jutro zamek stanie w ogniu. Dlatego tej nocy zabieramy księżniczkę z tego miejsca, zanim będzie za późno.

Jeden z rycerzy, młody, lecz doświadczony w boju, odważył się spytać: — A jeśli ona się sprzeciwi?

Elgor spojrzał mu prosto w oczy, w tym spojrzeniu nie było wątpliwości, była tylko zimna determinacja. — Wtedy uratujemy ją nawet wbrew jej woli.

Słowa te przyjęto milczeniem. Milczeniem, które było zgodą i przysięgą.

Noc wypełzła na mury, a na niebie księżyc ukrył się za chmurami, jakby sam świat wstrzymał oddech przed tym, co miało nadejść. Elgor ruszył przez zamczysko z grupą rycerzy u boku — cień za cieniem, aż dotarli pod drzwi komnat księżniczki.

Wszedł do komnat Hylji nie jako brat, lecz jako cień. Stał w drzwiach, sylwetka ciemniała w świetle lampek, a w jego postawie było coś, co przerażało bardziej niż miecz — zamknięcie w decyzji.

— Siostro — zaczął tonem miękkim, niemal czułym. — Nie jesteś tu bezpieczna. Musisz iść ze mną.

Hylja siedziała przy stole, z księgą otwartą przed sobą, lecz myśli błądziły jej daleko. Gdy zobaczyła brata, uśmiechnęła się lekko, lecz uśmiech szybko zgasł, gdy dostrzegła cień w jego oczach.

— O czym mówisz, Elgorze? — spytała, podnosząc się powoli.

— On… — głos rycerza zadrżał, lecz zaraz nabrał siły. — Ganondorf. To on chce cię wykorzystać. Chce, byś była narzędziem w jego rękach. Omeny kruków, sny, które cię dręczą… to wszystko przez niego. Nie widzisz? Muszę cię ocalić!

Hylja cofnęła się o krok, a na jej twarzy pojawił się strach — nie przed bratem, lecz przed obłędem, który w nim dostrzegała.

— Elgorze… ty nie mówisz jak ty. To nie jest twój głos — wyszeptała, jakby bała się, że ktoś usłyszy jej myśl.

— To prawda! — wybuchł Elgor, a jego dłoń chwyciła ją za ramię z siłą, która bolała. — Zanim będzie za późno, musisz iść ze mną. Ganondorf cię zgubi, a wraz z tobą całe królestwo!

Księżniczka spojrzała na niego z rozpaczliwą nadzieją i obawą. Widziała w jego oczach cień, który zatruł dawną lojalność i miłość; widziała, jak jego twarz przysłania coś obcego.

— Bracie… widzę, że kochasz mnie miłością, która cię spala. Ale to nie jest droga. To nie jest ratunek — powiedziała cicho, próbując trafić do rozumu, który powoli odchodził.

Słowa jej przeszyły powietrze jak strzały, lecz nie dosięgnęły celu. Elgor, poruszony podszeptem, który dudnił mu w głowie, skinął ręką ku rycerzom stojącym w progu.

— Zabierzcie ją. Dziś nocą opuszczamy zamek — rozkazał, głos jego nie pozostawiał pola do sprzeciwu.

Hylja wyrwała się, lecz jego ramiona były jak stalowe kajdany. Patrząc w twarz brata, dostrzegła obłęd — cień, który zasłonił dawną dobroć i oddanie.

W tej chwili zrozumiała: tej nocy nie tylko jej los, ale i los całego królestwa został wydany w ręce zdrady.


Część V – Walka na korytarzach

Ganondorf walczy z rycerzami Elgora w korytarzach zamku, Hylja błaga o pokój.

Krzyk księżniczki rozerwał ciszę nocy jak strzała rozrywająca powietrze. Rozbrzmiał w korytarzach zamku, odbijając się echem od kamiennych sklepień. Strażnicy poderwali się z miejsc, lecz zanim dotarli do komnat, Elgor już prowadził Hylję w stronę bocznych wyjść, otoczony swoimi rycerzami.

Wieść o zamęcie dotarła jednak do Ganondorfa. Siedział w swej komnacie, gdy usłyszał ten głos – znajomy, bolesny, pełen trwogi. W jednej chwili chwycił miecz. Płomień pochodni zatańczył na ostrzu, odbijając czerwienią jego włosy i oczy, które rozjarzyły się jak rozpalone węgle.

— Hylja… — syknął, a jego głos był obietnicą i gniewem zarazem.

Rzucił się w korytarze, biegnąc ciężkim krokiem wojownika pustyni. Echo jego pancerza niosło się w mroku, jakby sam zamek budził się do wojny.

W pierwszym skrzydle natknął się na rycerzy Elgora. Osiem ostrzy błysnęło w półmroku, ustawionych przeciw niemu w ciasnym przejściu.

— Stań! — wrzasnął dowódca, unosząc tarczę. — Na rozkaz księcia Elgora!

Ganondorf uśmiechnął się dziko, a w jego uśmiechu była furia pustyni. — Stańcie wy! Bo jeśli staniecie przeciw mnie, nie wstaniecie nigdy więcej.

I runął na nich.

Uderzenie jego miecza rozbiło pierwszą tarczę jak suchą gałąź. Stal szczęknęła o stal, iskry posypały się na mury, a krew chlustała na zimne kamienie. Dwóch padło w jednej chwili, rozciętych jednym zamachem, ich ciała osunęły się w ciemność jak worki bez życia.

Reszta, choć przerażona, walczyła z desperacją. Jeden rycerz ugodził go włócznią, lecz grot ześlizgnął się po pancerzu Ganondorfa. W odpowiedzi wojownik chwycił włócznię gołymi rękoma, złamał ją na pół i wbił odłam w pierś przeciwnika.

Huk walki rozlegał się coraz głośniej, a echo budziło cały zamek.

W tym samym czasie Elgor prowadził Hylję przez korytarze. Ona szarpała się i błagała:

— Bracie, opamiętaj się! To droga ku zgubie!

Elgor nie odpowiadał. Twarz miał bladą, oczy rozszerzone, jakby szedł już nie własną wolą, lecz wolą szeptu, który prowadził go jak niewidzialna dłoń.

I wtedy Ganondorf stanął przed nimi. Z mroku wyszedł jak demon, miecz ociekający krwią, oczy rozpalone gniewem.

— Elgorze! — ryknął, a głos niósł się jak grzmot. — Puść ją, póki jeszcze masz życie!

Rycerze Elgora ustawili się między nimi, lecz Ganondorf szedł naprzód bez zwątpienia. Walka wybuchła na nowo, tym razem w ciasnym korytarzu prowadzącym do bramy ogrodów.

Stal grzmiała o stal, krew bryzgała na ściany, a płomienie pochodni rozświetlały scenę jak piekielne ognisko. Ganondorf poruszał się jak burza – każdy jego cios powalał przeciwnika, każdy krok był krokiem śmierci.

Hylja stała w kącie, oczy szeroko otwarte, dłonie uniesione ku obu mężczyznom.

— Przestańcie! — krzyczała, głos jej pękał od bólu. — Niech żaden z was nie ginie!

Lecz jej błagania ginęły w huku walki.

Ganondorf odrzucił ostatniego rycerza na mur, a ten osunął się bez życia. Został tylko Elgor, który trzymał siostrę za ramię, miecz w drugiej dłoni, a w oczach szaleństwo.

Korytarz stał się areną.

Dwaj bracia patrzyli na siebie przez łzy Hylji, a pomiędzy nimi stała miłość, zazdrość i zdrada.


Część VI – Ucieczka i rozdarcie

Ganondorf i Elgor walczą na dziedzińcu zamku Hyrule, Hylja próbuje ich rozdzielić.

Korytarze płonęły echem bitwy, gdy Elgor pchnął Hylję przed siebie, wyłamując się z uścisku Ganondorfa. Pot i krew kleiły mu się do skroni, lecz spojrzenie miał wciąż oszalałe, wyostrzone gniewem i podszeptem cienia.

— Biegnij! — warknął do rycerza, który jeszcze żył. — Otwórz bramę ogrodów!

Drzwi ustąpiły z jękiem zawiasów, a nocne powietrze uderzyło w nich zimnem. Wybiegli na dziedziniec. Księżyc wyszedł zza chmur, oświetlając ich jak złodziejów schwytanych na gorącym uczynku.

Hylja szarpała się, łzy błyszczały jej w oczach. — Elgorze, proszę! To nie jest droga zbawienia! To jest droga ku zgubie!

On nie słuchał. Jego dłoń zaciskała się na jej nadgarstku, a w myślach dudnił jeden głos: Weź ją. Ona jest twoja. On nie odbierze ci tego, co należy do ciebie.

Za nimi huknęły kroki. Ganondorf wyskoczył na dziedziniec jak lew wyrwany z klatki. Miecz miał uniesiony, a w oczach błyskał ogień.

— Puść ją, Elgorze! — ryknął, a jego głos niósł się przez mury jak grzmot. — To nie jest ratunek, to szaleństwo!

Brat obrócił się ku niemu, wyciągając ostrze. Księżniczka znalazła się między nimi, jej dłonie uniesione jak tarcza, jej twarz pobladła.

— Obaj jesteście mi drodzy! — krzyczała. — Niech krew nie popłynie tej nocy!

Ale słowa jej ginęły w napięciu, które przeciągało się jak struna gotowa pęknąć.

Starli się. Żelazo uderzyło o żelazo, a iskry posypały się w noc. Ganondorf uderzał z furią, Elgor z desperacją – i choć obaj znali styl drugiego jak własne serce, tego wieczora każdy cios był próbą zniszczenia więzi, która dotąd ich spajała.

Hylja rzucała się między nimi, chwytając raz jednego, raz drugiego, błagając o litość. — Na bogów, przestańcie! Czyż musicie uczynić z braterstwa piekło?!

Ich ostrza zderzyły się tuż nad jej głową, a echo niosło się po dziedzińcu jak krzyk uwięzionej duszy.

Nagle z ciemności rozległ się dźwięk trąb i tupot wielu nóg. Król i straże, wezwani wrzawą, nadciągali z pochodniami. Ich światło rozlało się po murach, rzucając złoty blask na trzech walczących.

Elgor spojrzał na brata, potem na ojca, którego sylwetka majaczyła już w bramie. W tej chwili wiedział, że stracił przewagę.

— To jeszcze nie koniec… — wysyczał, odpychając Hylję.

Ganondorf runął ku niemu, lecz Elgor uskoczył, znikając w cieniu murów. Rycerze królewscy próbowali go zatrzymać, lecz wymknął się im jak cień, prowadzony przez podszepty, które drwiły z ich wysiłków.

Hylja upadła na kolana, dłonie drżały jej jak liście. Ganondorf klęknął przy niej, a jego miecz wbił się w ziemię.

Straże otoczyły ich, a król wpadł na dziedziniec, oczy płonęły gniewem i strachem.

Lecz Elgora już nie było. Tylko ciemność przyjęła go w swe ramiona. A wraz z nim odszedł cień zdrady, który od tej nocy miał ciążyć na murach zamku ciężej niż jakiekolwiek oblężenie.


Zakończenie – los Ganondorfa

Dziedziniec tchnął ciszą po bitwie. Kamienie wciąż ociekały krwią, a dym z pochodni mieszał się z oddechami strażników. Król stał pośród zamętu, jego twarz była maską gniewu i niepokoju, a oczy przeszywały Ganondorfa niczym ostrze.

— Co tu się wydarzyło?! — grzmotnął głosem, od którego zadrżały mury.

Ganondorf milczał. Jego miecz tkwił w ziemi, dłoń wciąż na rękojeści, a spojrzenie utkwione w ciemność, w którą umknął Elgor. Hylja, drżąca, podniosła się powoli, lecz jej usta nie potrafiły wydać słowa.

Straże rozproszyły się po dziedzińcu, lecz wszędzie znajdowały tylko trupy rycerzy i rozrzucone tarcze. Po Elgorze nie było śladu.

Lecz gdy świt zaczął malować horyzont bladym srebrem, on sam powrócił. Wszedł do sali tronowej, zbroja potargana, twarz umazana potem i krwią. Padł na kolano przed ojcem, a jego głos rozbrzmiał jak wyznanie człowieka, który otarł się o śmierć.

— Ojcze… królestwo było o krok od zguby. Ganondorf chciał porwać księżniczkę. Gdybym nie stanął mu na drodze, zniknęłaby już za murami. Moi rycerze oddali życie, by ją ocalić…

Sala zamarła. Słowa Elgora spadły jak kamienie w otchłań serc. Król wbił wzrok w Ganondorfa.

— Czy to prawda? — spytał głosem twardym jak granit.

Ganondorf podniósł głowę. W jego oczach płonęła prawda, lecz wiedział, że jeśli wypowie ją głośno, gniew króla spali wszystko. Spojrzał na Hylję.

Ona również milczała. Serce rwało się, by wyrzucić kłamstwo brata na światło dzienne, lecz lęk o los Hyrule związał jej język. Wiedziała, że jeśli powie prawdę, dwór zwróci się przeciw Ganondorfowi – a może i przeciw samemu królowi.

Ganondorf odwrócił wzrok i wbił go w ziemię. Milczenie było jego odpowiedzią.

Król skinął głową ciężko, jakby sam czas spoczął na jego barkach. — Straże… miejcie oczy otwarte. Od dziś każdy krok tego wojownika będzie bacznie obserwowany.

W sercach rycerzy zakiełkowało zwątpienie. Szept podejrzeń rozniósł się po zamku jak dym z tlącego się ognia – niewidoczny, lecz duszący.

Tylko Elgor stał pewnie. W jego oczach błyszczał triumf skryty pod maską bólu. Stał się bohaterem w oczach króla, choć kłamstwo było fundamentem tej chwały.

Ganondorf i Hylja zostali sami w milczeniu. Ona położyła dłoń na jego ramieniu, lecz żadne z nich nie wypowiedziało słowa. Wiedzieli, że cień właśnie zapuścił korzenie w sercu Hyrule.

Świt rozlał się po murach. Sztandary królestwa powiewały na wietrze, jeszcze pełne blasku. Lecz w ich cieniu rósł zalążek zdrady – i nikt nie wiedział, że oto początek końca.


 

📜 Kronika trwa dalej…

👉 Następny rozdział:

Rozdział VII – Braterstwo Złamane Mieczem


🎬 Cała opowieść w jednym materiale:

Zobacz pełną historię – Legenda Ganondorfa – Pełna Opowieść Fantasy

Nazywam się Paweł Grzech — jestem fanem Nintendo Switch, miłośnikiem gier z fabularną głębią i pasjonatem opowieści, które zostają z nami na długo po zakończeniu rozgrywki. Gram, by przeżywać historie, a piszę, by je rozwijać.
Posts created 28

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Related Posts

Begin typing your search term above and press enter to search. Press ESC to cancel.

Back To Top