Mrok Hyrule gęstnieje, a „Ganondorf w mroku” odsłania kolejne rozdziały dark fantasy inspirowanego uniwersum Zeldy. Cienie wkraczają w sny Elgora, więzy braterstwa zostają wystawione na próbę, a między Ganondorfem i Hylją rodzi się napięcie, które może obrócić się w zgubę. Wizje, złudzenia i znaki na niebie prowadzą bohaterów ku przeznaczeniu, w którym zdrada i miłość stają naprzeciw siebie niczym ostrza w walce o dusze. To opowieść, w której Hyrule staje się areną nie tylko bitew, ale i mrocznych pokus, a cień wybiera sobie zwycięzcę. Wejdź w tę podróż, jeśli odważysz się spojrzeć w otchłań.
Mrok wsiąkał w ziemię Hyrule jak krew w piasek.
Zamek, choć wciąż jaśniał blaskiem pochodni i dumnie wznosił wieże ku gwiazdom, stawał się miejscem, gdzie wątpliwość i cień rodziły się szybciej niż zboże na polach. Wieści z pogranicza były coraz bardziej upiorne – nie o zwykłych najazdach czy napaściach zbójców, lecz o milczących wioskach, pustych domach i śladach, które prowadziły donikąd.
Ganondorf, syn pustyni, już od dawna czuł ciężar tego, co nadchodzi.
Z każdym krokiem w mrok, w każdą noc wypełnioną szeptami bez źródła, jego dusza twardniała jak stal zahartowana w ogniu. A jednak przy nim szła Hylja – córka królów, kobieta, której spojrzenie potrafiło zatrzymać furie burz. Z każdym dniem ich rozmowy stawały się dłuższe, milczenia cięższe, a więź – trudniejsza do ukrycia.
Elgor natomiast, wierny rycerz i brat przysięgi, był jak skała – zbrojna w honor, twarda, ale i krucha, gdy wewnętrzne pęknięcia rozsadzały jej spokój. On pierwszy zaczął czuć, że cień, którego widzieli w ruinach, nie zniknął, lecz wrósł w ich ślady, jak cień wilka krążącego wokół trzody.
Elgor widział spojrzenia Hylji kierowane ku Ganonowi, słyszał ich szepty przy ognisku, czuł, jak grunt pod jego własnym sercem osuwa się w przepaść.
Ale to, co miało nadejść, było czymś więcej niż ludzką zazdrością.
W nocy do Elgora przychodziły sny – obrazy rozcięte ostrzem, języki płomieni układające się w głosy, które nie należały do tego świata. „Oni cię zdradzą” – mówił cień, a słowa te wnikały w jego krew jak jad.
Tak rozpoczynał się nowy etap ich wędrówki – nie tylko przez mroczne lasy i bezdroża, ale i w głąb własnych serc, gdzie światło i ciemność toczyły walkę o władzę nad duszami.
Część I: Szepty snów

Noc była ciężka jak żelazo, a powietrze lepkie od wilgoci.
Obóz otulał las, którego powykręcane gałęzie zdawały się schylać ku ziemi, jakby same drzewa chciały przyglądać się śpiącym. Strażnicy, wybrani spośród ludzi Elgora, krążyli czujnie, lecz czujność ta była płonna – tu, w tej puszczy, żadne oczy, choćby najbystrzejsze, nie mogły dojrzeć źródła mroku.
Koszmary Elgora
Elgor spał niespokojnie. Jego ciało, odziane w kolczugę, leżało na posłaniu z futer, ale dusza błądziła w otchłaniach, które nie należały do świata ludzi. W śnie widział salę tronową, lecz zamek był pusty. Kamienie, które winny jaśnieć bielą, były popękane i czarne od sadzy.
Na tronie siedziała postać spowita w cienie – jej twarz była pustą maską, a jednak z tej pustki płynął głos, który rozdzierał wnętrze Elgora.
— Oni cię zdradzą… — szept był jak oddech żmii na karku. — Patrzysz na nią, lecz jej serce bije dla innego. Patrzysz na niego, a on zabiera ci wszystko.
Elgor chciał odpowiedzieć, ale usta były mu zamknięte niewidzialnymi kajdanami. Widział Hylję, stojącą pośród ruin, bladą i piękną, a obok niej Ganondorfa – czerwone włosy płonęły jak ogień, jego sylwetka była olbrzymia, niosąca miecz, który mógł przeciąć niebo.
Hylja wyciągała do niego dłonie. Do niego – nie do Elgora.
— Ona należy do ciebie — mówił cień, a każde słowo wnikało w serce rycerza jak klin. — Zostałeś wybrany. Jej krew, jej uśmiech, jej życie – to twoje. Nie pozwól, by syn pustyni ci to odebrał.
Obrazy zmieniały się, jakby niewidzialna dłoń obracała zwierciadło snów. Teraz Elgor widział siebie – lecz nie był już człowiekiem. Jego oczy jarzyły się czerwienią, a w dłoni trzymał miecz ociekający krwią. Przed nim, na ziemi, leżał Ganondorf, przebity ostrzem, a Hylja klęczała przy nim, płacząc.
— Tak musi być — wyszeptała pustka. — Tak zapisane.
Elgor obudził się nagle, dysząc ciężko, jak po bitwie. Pot spływał mu po karku, a dłonie ściskały miecz, którego nawet nie pamiętał, by chwytał. Spojrzał wokół – ognisko tliło się cicho, Hylja spała zwinięta w płaszcz, a Ganondorf, jak to miał w zwyczaju, czuwał w milczeniu, oparty o pień drzewa, z oczami wpatrzonymi w ciemność.
Przez chwilę Elgor miał ochotę wyrwać miecz z pochwy i rzucić się na niego, jakby wciąż tkwił we śnie. Zacisnął jednak zęby, wstrzymując ten impuls. Serce dudniło mu w piersi jak młot kuźniczy, a echo szeptów nie milkło:
— Ona powinna być twoja.
Wstał, udając, że pragnie tylko przejść się po obozie. Ganondorf rzucił mu krótkie spojrzenie, lecz nic nie powiedział. Elgor z trudem powstrzymał drżenie dłoni.
Cień w sercu rycerza
Następnej nocy sny powróciły. Tym razem cień nie przemawiał już do niego z daleka – był blisko, tuż za nim, jakby stał nad ramieniem. Elgor widział las, w którym wędrowali, lecz był on wypaczony, gałęzie formowały twarze, a korzenie oplatały ziemię jak łańcuchy.
Ganondorf szedł przodem, a Hylja trzymała go za rękę. Widok ten przeszył Elgora bólem, którego nigdy dotąd nie znał – ostrze zdrady, wbite głęboko w duszę.
— Nie jesteś jej rycerzem — wyszeptał cień. — Jesteś nikim. Lecz możesz stać się wszystkim. Wystarczy jeden krok, jedno cięcie.
Elgor obejrzał się i dostrzegł swoje własne odbicie w wodzie czarnego jeziora, które pojawiło się nagle u jego stóp. Lecz nie była to jego twarz – zamiast oczu miał jamy pełne czerwonego blasku, a uśmiech, którego nigdy nie nosił, był okrutny i zimny.
Próbował odwrócić wzrok, lecz nie mógł. Obraz w wodzie wyszeptał:
— To ty jesteś wybrańcem, Elgorze. Nie on.
Obudził się z krzykiem, a towarzysze zerwali się z posłań. Hylja rzuciła się ku niemu, kładąc mu dłoń na ramieniu, ale Elgor drgnął, jakby dotknęła go płonącym żelazem.
— „Nic… to nic” — wymamrotał, ocierając pot z czoła. — „Koszmary.”
Ganondorf patrzył na niego długo, w ciszy, jakby czytał w nim więcej, niż Elgor był gotów zdradzić. Ten wzrok palił go bardziej niż sam sen.
Od tamtej chwili Elgor spał mało i źle. Każdej nocy szept powracał, coraz silniejszy, coraz bardziej namacalny. Czuł, jak jego własne serce zaczyna bić w rytm obcej woli.
Wiedział, że jeśli spojrzy na Ganondorfa, zobaczy nie tylko towarzysza broni, ale i rywala, którego cień każe mu zgładzić.
A w głębi duszy, choć jeszcze tego przed sobą nie przyznawał, ta myśl zaczynała mu się podobać.
Część II: Droga przez lasy
Iluzje i fałszywe ścieżki
Las, w który weszli, zdawał się nie mieć końca. Nie były to już zwyczajne knieje Hyrule, pełne ptactwa i szelestów zwierzyny. Tu panowała cisza, jakby samo życie zostało stąd wyssane. Drzewa rosły krzywo, ich pnie były czarne, a korzenie skręcone jak dłonie starców. Mgła sączyła się z ziemi i wiła w powietrzu, oblepiając płuca duszącym chłodem.
— To miejsce nie zna słońca — powiedział Ganondorf, gdy stanęli na ścieżce, która rozdzielała się w trzy strony, wszystkie jednak ginęły w mlecznej zasłonie.
Hylja przycisnęła płaszcz do ramion, choć nie z powodu zimna, lecz z nagłego, przeszywającego lęku. Elgor spojrzał na nią i przez moment chciał jej powiedzieć, że to tylko las, nic więcej. Ale wiedział, że kłamstwo ugrzęzłoby mu w gardle – on sam czuł, że to miejsce żyje własnym, złym oddechem.
Wędrówka była udręką. Ścieżki powtarzały się, drzewa wydawały się przesuwać, jakby sam las kpił z ich kroków. Raz wydawało się, że idą ku północy, innym razem ku zachodowi, lecz nigdy nie wychodzili poza gąszcz.
Strażnicy zaczęli szemrać. Mężczyźni, którzy przeszli już niejedną bitwę, szeptali między sobą, że ktoś ich prowadzi w kółko, że duchy śmieją się w gałęziach. Kilku poprosiło, by zapalić pochodnie nawet w biały dzień, byle tylko nie czuć tej dusznej ciemności.
Hylja, idąc obok Ganondorfa, mówiła cicho:
— To iluzja. Ktoś… coś… sprawia, że gubimy drogę.
Ganondorf skinął głową. — Czuję to. — Jego głos był niski, jakby wyrąbywał słowa z kamienia. — To nie zwykły las.
Elgor, kroczący tuż za nimi, czuł, jak coś wewnątrz niego wrze. Każdy szept Hylji skierowany do Ganona, każde spojrzenie – wydawało się jak iskra padająca na wyschnięty proch. Ale tłumił to w sobie, wbijając wzrok w mgłę, która oplatała ich niczym pajęczyna.
Z czasem złudzenia przybrały ostrzejszą formę. Strażnik imieniem Daren nagle zerwał się z szyku i pobiegł w bok, wprost w ciemny gąszcz.
— Matko! — krzyczał, wyciągając ramiona. — Matko, czekaj!
Ganondorf ruszył za nim pierwszy, z szybkością i siłą lwa. Gdy dogonił mężczyznę, pochwycił go za ramię i szarpnął tak mocno, że Daren upadł na ziemię.
— Nie ma tu nikogo! — ryknął Ganon, a jego głos rozdarł mgłę jak grom.
Daren, blady jak śmierć, patrzył w przestrzeń. — Przysięgam… widziałem ją… jej twarz… wołała mnie…
Strażnicy spojrzeli na siebie ze strachem w oczach. Wszyscy wiedzieli, że matka Darena nie żyła od lat.
Gniew i zazdrość Elgora
Iluzje nie ustępowały. Każdy zaczynał widzieć to, czego najbardziej pragnął lub czego najbardziej się lękał. Jedni słyszeli głosy dzieci, inni widzieli bliskich w oddali. Elgor natomiast widział coś zupełnie innego: Hylję i Ganona idących przed nim, splecionych w ramionach, znikających powoli w mgle.
Czuł, jak krew w nim buzuje. Ręka sama zaciskała się na rękojeści miecza. Przez moment naprawdę miał ochotę pobiec i rozdzielić ich ostrzem. Ale wtedy głos, ten sam, który nawiedzał jego sny, wyszeptał w głowie:
— Spokojnie. Jeszcze nie czas.
Elgor zatrzymał się, zamknął oczy i wziął głęboki oddech. Lecz gdy je otworzył, mgła zdawała się jeszcze gęstsza.
To Ganondorf uratował ich od całkowitej zguby. Zatrzymał drużynę na skraju polany, gdzie ziemia była czarna i spękana, jakby spalona tysiącem piorunów.
— To nie droga, to sidła — powiedział stanowczo. — Las prowadzi nas w krąg.
Wyjął z pochwy miecz, ostrze ciężkie i szerokie, które lśniło czerwonym blaskiem ognia. Wbił je głęboko w ziemię. Potem uniósł głowę ku niebu, którego nie było widać za kotarą mgły, i ryknął, jakby chciał rozedrzeć samo powietrze.
— Pokaż się, kimkolwiek jesteś!
Na moment mgła zatrzymała się w bezruchu. Cisza zapadła tak głęboka, że każdy oddech brzmiał jak grzmot. Potem powiał wiatr – pierwszy od wielu godzin – i jakby dłonią odepchnął część białej zasłony, ukazując im prawdziwą drogę.
Hylja wstrzymała oddech, patrząc na Ganona z podziwem. Elgor poczuł, jak coś w nim pęka. Wiedział, że tylko on potrafił wyprowadzić ich z tej ułudy. Wiedział też, że spojrzenie Hylji nie należy już do niego.
— Ruszamy — powiedział Ganondorf, wyciągając miecz z ziemi. — Ale miejcie oczy otwarte. Ten las nie powiedział jeszcze ostatniego słowa.
Ruszyli naprzód, a mgła cofała się przed nimi niechętnie, jakby wbrew własnej woli. Ale każdy wiedział, że choć droga była teraz widoczna, cień wcale ich nie opuścił. On jedynie czekał na chwilę, by uderzyć ponownie.
Część III: Zwierciadła mroku
Las rozstąpił się wreszcie, jakby zmęczony zabawą z ich duszami. Po dniach marszu, pełnych omamów i powracających w krąg ścieżek, drużyna dotarła do miejsca, które nie było już lasem, lecz czymś gorszym.
Odbicie duszy w czarnym jeziorze
Pośrodku doliny, otoczonej martwymi drzewami, leżało jezioro. Jego tafla była czarna jak obsydian, gładka i nieruchoma. Nie odbijało się w niej niebo, nie drżał na niej wiatr, nie lśniły gwiazdy. Była to czarna pustka, milcząca i złowroga.
Ganondorf zatrzymał drużynę na brzegu. Spojrzał w ciemną wodę i poczuł, jak coś w niej pulsuje, jak echo dawno zapomnianych głosów.
— To nie jest zwykłe jezioro — rzekł twardo. — Nie wolno wam patrzeć w wodę.
Ale ludzie nie słuchali. Zmęczeni, zatrwożeni, jedni pochyli się, by zaczerpnąć wody, inni spojrzeli w gładką taflę – i odskoczyli z krzykiem.
Elgor, stojący tuż obok, sam nie mógł powstrzymać wzroku. Spojrzał i zobaczył siebie. Lecz nie takim, jakim był. Odbicie miało te same rysy, tę samą sylwetkę, ale oczy były czerwone, świecące jak rozżarzone węgle. Twarz wykrzywiał uśmiech pełen gniewu i żądzy.
— To ja… — wyszeptał, cofając się o krok.
Woda zadrżała. Odbicie poruszyło wargami, choć Elgor nie wydobył z siebie głosu.
— Widzisz mnie? — odezwał się obraz, jego własnym głosem, lecz zabarwionym mrokiem. — Ja jestem tobą. Tym, kim masz się stać. Tym, kim zawsze powinieneś być.
Elgor złapał się za głowę. Poczuł, jak ogarnia go dreszcz, jakby lód wsączył się w jego krew.
Hylja również stanęła nad brzegiem. Spojrzała, choć serce mówiło jej, by tego nie robić. Woda ukazała jej… pustkę. Brak odbicia. Tak jakby nie istniała, jakby jezioro odmawiało jej prawa do bytu.
Zbladła i cofnęła się gwałtownie. — Nic… nie ma mnie tam — wyszeptała, a jej głos zadrżał.
Ganondorf zbliżył się, chwytając ją za dłoń, by odciągnąć od czarnej tafli. Sam spojrzał w wodę – i w tym momencie jezioro ukazało mu nie jego własne odbicie, lecz postać w czarnej zbroi, wielką jak góra. Twarz pod hełmem płonęła czerwonymi oczami, a ostrze, które dzierżyła, było tak ogromne, że mogło przeciąć cały świat.
— Kim jesteś…? — wymknęło mu się przez zęby.
Odbicie uniosło miecz i przyłożyło go do piersi, jakby w geście pozdrowienia.
— Tym, kim będziesz. — Głos w jego umyśle był jak huk lawiny. — Synu pustyni, to twoje przeznaczenie.
Ganondorf oderwał wzrok z wysiłkiem, jakby rwał kajdany. Poczuł, jak serce bije mu z dziką siłą. Nigdy nie odczuwał czegoś podobnego.
Strażnicy byli w rozsypce. Jedni widzieli zmarłych bliskich, inni bestie, które czaiły się w ich własnych lękach. Krzyki i szepty odbijały się od pustej tafli, a jezioro zdawało się rosnąć, rozszerzać, jakby żywiło się ich przerażeniem.
— Odejdźcie od wody! — ryknął Ganondorf, chwytając pierwszego z rycerzy i odciągając go siłą. — To nie odbicia! To sidła!
Ale jezioro nie chciało ich tak łatwo wypuścić. Fale, czarne jak smoła, zaczęły rozlewać się po brzegu. Z wody wynurzyły się sylwetki – lustrzane odbicia wojowników, z czerwonymi oczami i ostrzami w dłoniach. Każdy z nich wyglądał jak cień swojego żywego odpowiednika.
Elgor stanął naprzeciw własnej zjawy, która uśmiechała się drwiąco. — Wiesz, że mnie pragniesz — wyszeptała, unosząc miecz.
Ganondorf również patrzył w swoje odbicie – olbrzyma w czarnej zbroi. Ten ruszył naprzód, a ziemia zadrżała.
Hylja cofnęła się, modlitwa gasła na jej ustach. Ona jedyna nie miała odbicia, lecz pustka w wodzie zdawała się być jeszcze gorsza niż najstraszliwszy cień.
Walka z własnym cieniem
Ganondorf uniósł miecz, krzycząc:
— To nie my! To tylko ich złudzenia! Bijcie, jakbyście walczyli z własnym strachem!
Rozgorzała walka. Ostrze uderzało o ostrze, choć wszystko brzmiało jak echo – ciężkie, rozmyte, nieludzkie. Elgor walczył ze swoim odbiciem, a każdy jego cios zdawał się wracać w postaci rany na nim samym. Pot zalewał mu oczy, gniew piekł w piersi.
Ganondorf zmagał się z olbrzymem, którego miecz uderzał z siłą gromu. Każde zetknięcie stali sprawiało, że powietrze drżało, a woda jeziora unosiła się w fontannach czarnej piany.
A Hylja klęczała na brzegu, płacząc bez łez, bo nawet one nie mogły spaść na wodę, która nie znała litości.
Wreszcie Ganondorf uniósł miecz oburącz i z rykiem uderzył w swoje odbicie. Ostrze przeszło przez widmową zbroję, rozpryskując ją w czarną mgłę. W tym samym momencie jezioro zadrżało, jakby samo zostało ranione.
Odbicia innych również zaczęły pękać, rozpadając się w pył i wodę. Elgor dyszał ciężko, a jego cień zniknął wśród fal. Strażnicy padli na kolana, zmęczeni i przerażeni.
Cisza wróciła. Tafla znów była gładka i czarna.
Ganondorf, ocierając krew z policzka, spojrzał na jezioro. Wiedział, że to nie był zwykły czar. To było ostrzeżenie.
A Elgor, choć cień zniknął, czuł, że w jego sercu coś zostało. Odbicie nie było tylko iluzją. Było obietnicą.
Część IV: Głos spoza światła
Noc zapadła szybko i bez łaski. Nad czarnym jeziorem nie zapłonęła ani jedna gwiazda. Obozowisko otaczała cisza tak głęboka, że każdy trzask drewna w ognisku zdawał się być wrzaskiem. Ludzie spali niespokojnie, przewracając się w posłaniach, jakby ich ciała walczyły z czymś niewidzialnym.
Ganondorf trwał na straży, miecz u boku, oczy utkwione w pustkę. Był zmęczony, ale nie pozwolił sobie na sen. W sercu czuł, że coś czeka – coś, co nie przyjdzie z zewnątrz, ale z samego środka nocy.
Zjawa w obozie
Elgor spał, lecz sen nie przynosił mu ukojenia. Już od wielu dni jego dusza była targana szeptami, a teraz stały się one głośniejsze niż kiedykolwiek. W jego głowie rozległ się głos, tak bliski, jakby ktoś nachylił się tuż nad jego uchem:
— Zdradzili cię.
Widział obraz – Hylja i Ganondorf stojący obok siebie, jej dłoń spoczywająca na jego ramieniu. Ich spojrzenia spotykały się w ogniu, którego Elgor nie mógł już zgasić.
— Ona należy do ciebie. A on odbiera ci wszystko.
Rycerz otworzył oczy z krzykiem, chwytając za miecz. Pot spływał mu po czole, a oddech rwał pierś. Spojrzał na Ganona, siedzącego w ciszy, i przez chwilę miał ochotę uderzyć.
Ale wtedy powietrze zadrżało. Ogień w ognisku przygasł, jakby ktoś przycisnął go dłonią. Mgła podniosła się z ziemi i zaczęła wirować wokół obozu.
I wtedy usłyszeli go wszyscy.
— Dzieci Hyrule… — głos był cichy, a jednak wypełniał cały las. Nie był to szept ani krzyk, lecz coś pomiędzy – jakby echo tysiąca gardeł mówiło jednocześnie.
Hylja poderwała się na nogi, a jej oczy rozszerzyły się ze strachu. Elgor i Ganondorf również stanęli, miecze w dłoniach, lecz ostrza drżały w ich rękach, bo nie wiedzieli, skąd dobiega ten dźwięk.
Z mgły wyłoniła się sylwetka – wysoka, spowita w płaszcz, którego krawędzie zdawały się tonąć w powietrzu. Tam, gdzie powinna być twarz, była tylko pustka, gładka i ciemna jak nocne niebo bez gwiazd.
Ganondorf uniósł miecz. — Kim jesteś? — warknął. — Pokaż oblicze, jeśli masz odwagę!
Cień przechylił głowę, a z pustki dobiegł śmiech – suchy, pozbawiony życia.
— Oblicze? — odpowiedział. — Ja jestem obliczem tego, co ukryte w was samych. Wasze serca są moim zwierciadłem.
Elgor poczuł, jak coś zaciska mu pierś. I wtedy cień odezwał się tylko do niego, głosem innym niż do pozostałych:
— Elgorze… ona cię zdradza. Ona wybiera pustynnego psa ponad ciebie. Jesteś jej cieniem, niczym więcej. Ale ja mogę dać ci moc, byś był jej jedynym światłem.
Rycerz drgnął, oczy zapłonęły gniewem. Spojrzał na Hylję i Ganona – stojących obok siebie, zbyt blisko. Głos wbijał się w jego czaszkę jak ostrze.
Szepty do serc bohaterów
W tym samym czasie Hylja usłyszała coś innego. Cień zwrócił się do niej głosem, który brzmiał jak jej własne myśli:
— Hyljo… ich droga to droga zguby. Ganondorf niesie w sobie burzę, która pochłonie wszystko. Elgor zaś zatonie w zazdrości. Zostaniesz sama. Sama w świecie, który umiera.
Łzy napłynęły jej do oczu. Nigdy wcześniej nie poczuła się tak naga, tak bezbronna.
Ganondorf natomiast słyszał tylko jeden ton – dźwięk przypominający huk lawiny.
— Synu pustyni… twój czas nadchodzi. Twoja siła nie jest jeszcze pełna. Ale w tobie jest miejsce dla mnie. Razem możemy zdławić światło, które zdradziło cię tak samo, jak zdradziło wielu przed tobą.
Ganondorf zacisnął zęby, walcząc z tym głosem, który chciał rozedrzeć jego duszę na pół.
Cień uniósł rękę – jeśli można było nazwać to ręką – i nagle ognisko zgasło całkowicie. Obóz spowiła ciemność tak głęboka, że nawet ostrza mieczy nie błyszczały.
— Wasze losy są zapisane. Światło nie ocali was, bo samo światło jest kłamstwem.
Ganondorf warknął, unosząc miecz. — Odejdź! Nie masz tu władzy!
Sylwetka drgnęła, a pustka w miejscu twarzy rozjarzyła się krwawym blaskiem.
— Nie? — rozbrzmiało. — To ja jestem władzą. To ja jestem wyborem, którego dokonacie. Ty, Elgorze, zdradzisz. Ty, Hyljo, zapłaczesz. A ty, synu pustyni… będziesz moim dziedzicem.
I wtedy postać rozpadła się w mgłę, rozwiewając się, jakby nigdy jej nie było. Ale echo słów zostało – w sercach wszystkich trojga, jak klątwa, której nie da się strząsnąć.
Strażnicy, choć nic nie widzieli, skuleni drżeli w posłaniach. Hylja padła na kolana, przykrywając twarz dłońmi. Elgor milczał, lecz jego spojrzenie było czerwone od gniewu. Ganondorf zaś patrzył w pustkę, gdzie stał cień, czując, że to dopiero początek.
Część V: Więź próby
Mgła opadła, ale echo głosu wciąż wisiało w powietrzu jak zadra w ranie. Ludzie bali się odezwać, każdy ciężko oddychał, jakby słowa cienia dławiły ich od środka. Ognisko, które jeszcze chwilę wcześniej trzaskało płomieniem, zgasło całkowicie – na ziemi pozostał tylko popiół, zimny i czarny.
Tajemnica Ganondorfa
Ganondorf pierwszy podniósł się z kolan. W jego oczach lśniło zmęczenie, ale i gniew, który kipiał pod powierzchnią jak lawa pod skorupą wulkanu. Zbliżył się do Hylji, klęczącej w ciszy. Delikatnie położył dłoń na jej ramieniu.
— Nic ci nie zrobi — powiedział, choć sam nie wierzył w pełnię tych słów. — To tylko cień.
Hylja podniosła na niego wzrok, oczy pełne były łez, których nie pozwoliła upaść. — Nie tylko cień — wyszeptała. — On mówił prawdę… albo kłamstwo, które boli bardziej niż prawda. Ganonie… widziałam pustkę. W wodzie, w jego słowach. Jakby nic nie czekało mnie poza nicością.
Ganondorf przysiadł przy niej, twarz miał bliską jej twarzy, głos surowy, lecz łagodniejszy niż zwykle:
— Pustka kłamie. Pustka zawsze kłamie. To, co widziałaś, nie jest losem, a próbą. On chce, byśmy uwierzyli, że jesteśmy niczym.
Hylja otarła dłonią policzek, a jej spojrzenie zatrzymało się na nim dłużej, niż wypadało. — A ty, co zobaczyłeś? — spytała cicho.
Ganondorf zamilkł na chwilę. Myśli wciąż miał pełne obrazu olbrzyma w czarnej zbroi, który spoglądał na niego jak ojciec na syna. W końcu powiedział:
— Zobaczyłem to, czym mógłbym się stać. Coś, co nie należy jeszcze do mnie… ale czyhające w cieniu.
Hylja drgnęła. — Bałam się, że powiesz, że to twoje przeznaczenie.
— Moje przeznaczenie jest tu — odparł twardo Ganondorf, kładąc dłoń na sercu. — I póki mogę, będę walczył, by nie dać mu miejsca w sobie.
Przez chwilę milczeli, a cisza była gęsta jak powietrze przed burzą. Potem Hylja uniosła rękę i dotknęła jego dłoni. Ten gest był cichy, lecz potężniejszy niż krzyk setki wojowników.
— Ganonie… — zaczęła, lecz nie dokończyła.
Zakazana bliskość Hylji
Ich spojrzenia spotkały się i zatrzymały, jakby cały świat wokół przestał istnieć.
Elgor obserwował ich z oddali. Stał oparty o drzewo, ręce zaciśnięte na rękojeści miecza tak mocno, że aż zbielały mu knykcie. Słyszał każdy ich szept, widział każde spojrzenie. W jego sercu burza rosła, a głos, który tak niedawno mówił w jego snach, wrócił ze zdwojoną siłą.
— Patrz na nią. Patrz, jak wybiera jego. Ty jesteś tylko cieniem w ich świetle. Ale jeśli zabijesz go… wszystko stanie się twoje.
Elgor zamknął oczy, oddychając ciężko, próbując uciszyć ten jadliwy szept. Ale echo nie milkło, a widok splecionych dłoni Ganona i Hylji był jak rozżarzone ostrze wbijane w jego pierś.
Tymczasem Hylja odsunęła rękę, choć ruch ten był powolny i niechętny.
— Nie możemy… — wyszeptała. — To, co nas otacza, to próba. Jeśli damy mu choć cień wątpliwości, rozedrze nas od środka.
Ganondorf skinął głową, choć jego serce biło w rytmie innym niż jego słowa. Wiedział, że ta więź, którą odkrywali, była zarazem ich siłą i ich zgubą.
— Masz rację — powiedział. — Ale zapamiętaj, Hyljo. Cokolwiek nadejdzie… nie jesteś sama.
Elgor odwrócił wzrok, tłumiąc gniew. Wiedział, że nie będzie mógł długo wytrzymać. Wiedział też, że cień ma rację – w końcu nadejdzie chwila, gdy miecz rozstrzygnie, komu należy się jej spojrzenie.
I ta myśl, choć go przerażała, rozgrzewała jego krew bardziej niż wszystkie wojny, które dotąd stoczył.
Część VI: Rozdarcie serc
Rankiem powietrze było ciężkie jak kamień. Mgła, choć rzadsza niż nocą, wciąż snuła się po ziemi, a światło słońca ledwie przedzierało się przez jej mleczne zasłony. Drużyna wyruszyła w milczeniu, ale w tym milczeniu buzowały tysiące niewypowiedzianych słów.
Ganondorf szedł przodem, pewny krokami, choć każdy jego mięsień był napięty od czuwania. Za nim Hylja, spoglądająca raz po raz na jego plecy, jakby w tym potężnym barku szukała ochrony przed tym, co ich goniło. Elgor podążał obok, ale nie był już tym samym rycerzem. Jego twarz stężała, oczy przygasły, a serce było kotłem, w którym wrzał gniew i zazdrość.
Pojedynek słów między braćmi broni
Nie wytrzymał długo. Gdy zatrzymali się na spoczynek wśród omszałych głazów, Elgor odwrócił się ku Ganondorfowi.
— Dosyć tego — powiedział niskim, napiętym głosem. — Dosyć twoich spojrzeń, twoich szeptów przy ogniu, twojej obecności przy niej.
Ganondorf zmrużył oczy, lecz milczał, pozwalając mu mówić.
— Zdradzasz mnie — ciągnął Elgor, a dłoń powoli sunęła ku mieczowi. — Nie na polu bitwy, nie wobec króla, ale tu… — wskazał na Hylję — w miejscu, gdzie brat powinien być bratem, a nie złodziejem.
Hylja wstrzymała oddech, a jej twarz pobladła.
— Elgorze… — zaczęła, lecz przerwał jej uniesioną dłonią.
— Milcz, Hyljo. — Jego głos zadrżał, choć nie ze strachu, lecz ze złości. — Ty może nie widzisz tego, co on czyni, ale ja widzę. Jego spojrzenia. Jego słowa. Jego dotyk.
Ganondorf wstał powoli, niczym góra budząca się do życia.
— Nigdy cię nie zdradziłem — powiedział głosem twardym jak stal. — Ani w bitwie, ani w braterstwie. Ale twoje oczy nie widzą prawdy, tylko to, czym karmi cię cień.
Elgor prychnął. — Cień? To ty jesteś cieniem, Ganonie. Cieniem, który wślizgnął się między mnie a nią.
Ich spojrzenia zwarły się jak ostrza przed starciem. W powietrzu zawisła cisza, a strażnicy cofnęli się, wiedząc, że to nie jest spór, w którym wolno im uczestniczyć.
— Dość! — Hylja krzyknęła tak, że echo niosło się po lesie. — Dość tego szaleństwa!
Stanęła pomiędzy nimi, ręce rozłożyła, jakby mogła powstrzymać ich miecze samym gestem. Jej głos drżał, ale w oczach miała ogień.
— Jeśli choć raz podniesiecie na siebie ostrze, przegramy wszyscy. To właśnie on chce nas poróżnić! — spojrzała to na Elgora, to na Ganona. — Czy nie rozumiecie?
Ganondorf cofnął się pół kroku, jego pierś wciąż unosiła się gwałtownie, ale ostrze, które trzymał w dłoni, opadło powoli.
— Masz rację — powiedział, głos miał ciężki jak kamień. — Nie dam mu tego, czego pragnie.
Elgor jednak nie uspokoił się tak łatwo. W jego oczach płonął gniew, a mięśnie drżały z napięcia.
— Powiedz mi jedno, Ganonie — syknął. — Jeśli to nie zdrada, to czym jest to, co was łączy?
Hylja spojrzała na niego szeroko otwartymi oczami, jakby uderzył ją w twarz. Ganondorf milczał, ale w jego spojrzeniu była odpowiedź, której Elgor nie chciał zobaczyć.
Wreszcie Elgor odwrócił się gwałtownie i ruszył w głąb lasu, miecz trzymając wciąż w dłoni. Strażnicy wahali się, ale jeden po drugim poszli za nim, zostawiając Ganona i Hylję samiutkich w półmroku.
Hylja spuściła głowę. — On ma rację, choć sam nie rozumie, że to go niszczy. — Jej głos był szeptem.
Ganondorf położył jej dłoń na ramieniu. — Cień już ma go w swoich szponach. Ale jeszcze nie jest za późno.
W oddali niósł się jednak odgłos kroków Elgora i szczęk jego zbroi, jak uderzenia młota – rytm, który zapowiadał, że rozdarcie, jakie cień wprowadził pomiędzy nich, będzie trudne do zasypania.
Część VII: Znak na niebie
Podążali dalej w milczeniu. Drużyna była rozdarta jak rozdwojone drzewo – z jednej strony Ganondorf i Hylja, których więź stawała się coraz wyraźniejsza, z drugiej Elgor, ziejący gniewem, który mógł wybuchnąć w każdej chwili. Strażnicy, zmęczeni, niepewni, szeptali między sobą, jakby bojąc się, że samo wypowiedzenie słów sprowadzi cień.
Przepowiednia spisana w chmurach
Las w końcu rzedł, a przed nimi ukazała się otwarta przestrzeń – wzgórza spękane i martwe, ziemia popękana jak stara rana. Nad tym krajobrazem wisiało niebo ciężkie i chmurne, pełne grozy.
Ganondorf zatrzymał się pierwszy. Czuł, że coś nadchodzi, choć jeszcze nie wiedział co. Powietrze pachniało ozonem, jak przed burzą.
— Coś tu nie gra… — mruknął.
I wtedy się zaczęło.
Niebo rozdarł grzmot, choć nie było pioruna. Chmury zgęstniały i zaczęły wirować, jakby niewidzialna dłoń kręciła nimi w ogromnym wirze. W samym środku pojawiła się plama – ciemniejsza niż noc, czarna jak smoła.
Hylja chwyciła Ganondorfa za ramię. — To znak…
Elgor spojrzał w górę, a serce podeszło mu do gardła. Niebo otworzyło się, ukazując coś, czego nie powinno być w żadnym świecie – runę, wykutą w samym powietrzu, płonącą ciemnym ogniem. Symbol przypominał oko otoczone płomieniami, a jego spojrzenie zdawało się spoglądać wprost w dusze tych, którzy stali pod nim.
Strażnicy padli na kolana, modląc się bez słów. Jeden z nich zakrył twarz płaszczem, by nie widzieć, inny płakał jak dziecko.
A wtedy głos rozległ się z góry – głębszy niż ziemia, starszy niż góry, cięższy niż morza.
— Światło zostanie zgaszone.
Echo tego zdania niosło się po wzgórzach, powtarzane przez skały, wiatr i drzewa.
— To, co nazywacie nadzieją, obróci się w popiół. Wasze przysięgi, wasze braterstwo, wasza miłość – wszystko zostanie strawione.
Hylja zakryła usta dłonią, łzy płynęły jej po policzkach. Elgor stał z mieczem w dłoni, lecz jego ręce drżały, a w oczach miał szaleństwo. Głos wbijał się w niego jak klin, rozdzierając resztki rozsądku.
— Niebo będzie czarne, ziemia czerwona, a w sercach pozostanie tylko cień.
Ganondorf wysunął się naprzód i ryknął ku niebu, unosząc miecz:
— Nie jesteś bogiem! Nie jesteś przeznaczeniem! Jesteś tylko kłamstwem, które wpełzło w nasze sny!
Głos, który obiecuje zgubę
Niebo zadrżało, a runa na moment zapłonęła jaśniej.
— Kłamstwo? — głos rozległ się znowu, zimny i szyderczy. — Kłamstwem jesteście wy, mali wojownicy, wierzący, że wasza wola ma znaczenie. Ja jestem tym, co pozostanie, gdy wasze kości obrócą się w proch.
Ciemna runa na niebie powoli rozpłynęła się w chmurach, ale niebo nie wróciło do dawnego kształtu. Było cięższe, groźniejsze, a powietrze drżało, jakby sam świat oddychał w gniewie.
Strażnicy padli na ziemię, błagając bogów o ratunek. Elgor ukląkł, ale nie w modlitwie – ręce wciąż ściskały miecz, a jego usta szeptały słowa, których nikt nie rozumiał.
Hylja stała bez ruchu, dłonie drżały. — To koniec — wyszeptała. — On już tu jest.
Ganondorf odwrócił się do niej, a w jego oczach płonął ogień, który mógłby spalić góry. — To dopiero początek.
Ale w głębi serca wiedział, że cień miał rację w jednym: coś zostało zapisane w niebie, i nie będzie można tego odwrócić.
Zakończenie
Długo jeszcze stali na spękanych wzgórzach, patrząc w niebo, które wciąż tliło się echem ciemnego znaku. Każdy z nich czuł, że oto przekroczyli granicę, zza której nie ma powrotu. To nie była już zwykła wyprawa badawcza – to była podróż w sam środek przepowiedni, której ostrze skierowane było prosto w ich serca.
Powrót do zamku Hyrule
W końcu Ganondorf zebrał drużynę. Jego głos, choć silny, niósł w sobie ciężar, jakiego nie znał nawet w bitwie.
— Wracamy do zamku. Król musi wiedzieć, co widzieliśmy. — Spojrzał na Hylję, potem na Elgora. — Ale pamiętajcie… to, co zobaczyliśmy, nie jest jeszcze końcem.
Strażnicy posłusznie ruszyli w drogę powrotną, lecz ich twarze były blade, a kroki ciężkie. Każdy z nich wiedział, że ani sen, ani modlitwa nie zdołają już wymazać tego, co widzieli na niebie.
Podróż powrotna była pełna ciszy. Nikt nie śmiał mówić, jakby każde słowo mogło przywołać głos cienia na nowo. Hylja jechała obok Ganondorfa, szukając w jego obecności otuchy, lecz jej serce biło niespokojnie – pamiętała pustkę w jeziorze, słowa, że zostanie sama. Elgor zaś trzymał się z tyłu, z oczyma spuszczonymi, a jednak co chwila unosił je ku nim dwojgu. W jego wnętrzu burza huczała coraz głośniej, a szept, który wracał w każdym oddechu, nie pozwalał mu zaznać spokoju.
— Ona powinna być twoja…
Każdy krok konia, każdy trzask gałęzi pod stopą brzmiał jak echo tego zdania.
Kiedy z oddali ukazały się wieże zamku Hyrule, ogarnęło ich uczucie ulgi, lecz podszytej grozą. Mury, które niegdyś dawały poczucie bezpieczeństwa, teraz wydawały się cienkie jak pergamin wobec mocy, którą widzieli.
— Król wysłucha raportu — rzekł Ganondorf twardo. — Ale nie wiem, czy ktokolwiek w tym miejscu zrozumie, co naprawdę widzieliśmy.
Hylja spojrzała na niego. — To nie raport jest ważny, lecz to, co dzieje się z nami. — Jej słowa były szeptem, który Elgor usłyszał aż za dobrze.
Rycerz zacisnął pięści.
Cień, który został w sercach
Wieczorem, gdy przekraczali bramę zamku, cień wieczoru padł na ich twarze. Lecz każdy z nich niósł w sobie mrok większy niż ten, który kładły wieże na bruk. Ganondorf, choć pewny swej siły, czuł, że echo zbroi z czarnego snu wciąż brzęczy w jego krwi.
Hylja, piękna i dumna, nie mogła wyrzucić z serca strachu, że pustka czeka na nią na końcu każdej ścieżki. A Elgor… Elgor już wiedział, że coś w nim pękło.
Cień był z nimi. Nie w lesie, nie nad jeziorem, nie na niebie. W nich.
Tak zakończyła się ich droga przez lasy i złudzenia, a zaczynała nowa – bardziej zgubna, bo prowadzona już nie przez obce sidła, lecz przez własne serca.
I choć żaden z nich nie wypowiedział tego głośno, wszyscy wiedzieli: teraz nadejdzie czas, gdy więzi będą wystawione na próbę. Czas zazdrości. Czas, gdy miłość i zdrada staną naprzeciw siebie jak wojownicy z ostrzami w dłoniach.
A cień… cień tylko czekał, by wybrać zwycięzcę.
📜 Kronika trwa dalej…
👉 Następny rozdział:
Rozdział V – Pieśń zazdrości – Ganondorf i cień Hyrule
🎬 Cała opowieść w jednym materiale:
Zobacz pełną historię – Legenda Ganondorfa – Pełna Opowieść Fantasy

One thought on “ROZDZIAŁ IV – Ganondorf w mroku – fantasy inspirowane światem Zelda”