Saga-Ganondorf-rozdzial3-zelda

Saga Przedwiecznej Krwi – Rozdział III: Saga Ganondorf – Zelda

Rozdział 3: Korona i cienie

W mrokach Hyrule narastał niepokój, którego nie dało się już zagłuszyć codziennym rytmem zamku.

Wieści o opustoszałych wioskach rozchodziły się coraz szerzej, niczym zimny wiatr niosący ze sobą złowieszcze szepty.

Zamek, choć wciąż potężny i pełen życia, stał się miejscem podejrzeń i obaw.

Gwardia królewska krążyła po korytarzach ze wzrokiem wbitym w kamienne posadzki, a doradcy, choć milczeli, nosili w oczach lęk, którego nie kryły nawet przed monarchą.

Król Hyrule, dotąd pewny siebie i dumny, spoglądał coraz częściej na mapy i pergaminy, jakby szukał na nich odpowiedzi, których nie dawała mu już żadna rada.

W ciszy sali tronowej brzmiały jedynie oddechy strażników i szelest szat Hylji, która czuwała przy ojcu, starając się być jego wsparciem.

W takiej atmosferze Elgor i Ganondorf otrzymali nowe zadanie. Nie było już miejsca na zwłokę — pograniczne ziemie, na których znikały całe osady, wołały o odpowiedź. Król, patrząc na obu rycerzy z ciężarem w sercu, nakazał im udać się na wschodnie wzgórza i zbadać sprawę.

Nie był to jednak zwykły rozkaz. Wiedział, że z każdym kolejnym raportem narastał cień — nie tylko ten, który krył się poza murami, ale i ten, który powoli wkradał się w dusze jego ludzi.

Dla Ganondorfa i Elgora miała to być próba nie tylko odwagi, ale i więzi, którą dotąd nazywali braterstwem.

A gdzieś pośród tego narastającego mroku, Hylja, księżniczka Hyrule, zaczynała podejmować własne decyzje, których echo miało zmienić bieg przyszłości.


Część 1: Wyprawa ku granicom

Świt nad Hyrule nie przyniósł ukojenia. Niebo, zamiast rozjaśnić się złotem, przybrało odcień ołowiu, jakby słońce samo nie chciało przebić się przez ciemne chmury.

Na dziedzińcu zamku panował ruch — rycerze siodłali konie, służba przynosiła zapasy, a strażnicy sprawdzali uprzęże i oręż.

Ganondorf stał w pełnej zbroi, potężny i skupiony, z dłonią opartą o rękojeść miecza.

Jego spojrzenie nie uciekało w stronę zamku ani nie rozpraszało się wśród ludzi. Patrzył daleko, ku wzgórzom, jakby już wiedział, że to, co na nich czeka, nie będzie zwyczajnym zadaniem.

Obok niego Elgor dopinał pas i sprawdzał strzały w kołczanie. Był równie skupiony, lecz w jego oczach odbijała się nie tyle determinacja, co czujność. Ufał broni, ufał własnej sile, ale coraz mniej ufał ciszy, która od pewnego czasu otaczała ich wszystkich.

— Gotowi? — odezwał się król, stając na schodach prowadzących na dziedziniec. Jego głos, choć silny, niósł w sobie cień zmęczenia.

— Tak, panie — odpowiedzieli równocześnie, z godnością skłaniając głowy.

Wtedy pojawiła się ona. Hylja zeszła po stopniach w długiej, błękitnej szacie, której brzeg zdobiony był złotą nicią. W oczach miała zdecydowanie, którego król nie przewidział.

— Jadę z nimi — oznajmiła spokojnie, stając między Ganonem a Elgorem.

Dziedziniec na moment ucichł. Król zmarszczył brwi, a doradcy spojrzeli po sobie niespokojnie.

— Hyljo, to nie jest miejsce dla ciebie — odezwał się stanowczo monarcha. — To zadanie dla rycerzy, nie dla ciebie.

— Właśnie dlatego muszę jechać — odpowiedziała bez zawahania. — Chcę widzieć, co dzieje się z naszym królestwem. Chcę wiedzieć, czym naprawdę jest ten cień, który odbiera nam ludzi. Nie mogę siedzieć w zamku i czekać na wieści, które i tak brzmią coraz gorzej.

Ganondorf spojrzał na nią kątem oka. Zobaczył w jej twarzy coś, czego nie dostrzegał wcześniej: siłę, która nie była jedynie odbiciem królewskiej woli, lecz czymś własnym.

Elgor zacisnął wargi. Wiedział, że każda jej decyzja niesie ryzyko, ale wiedział też, że kiedy Hylja coś postanowiła, trudno było ją od tego odwieść.

Król przez chwilę milczał, jakby rozważał wszystkie możliwe konsekwencje. W końcu westchnął ciężko i skinął głową.

— Skoro tak bardzo nalegasz, niech będzie. Ale będziesz odpowiadać przede mną i przed samą sobą. Ganondorfie, Elgorze — waszym obowiązkiem jest chronić moją córkę.

— Z całego serca, panie — odparł Ganondorf, nie spuszczając wzroku z horyzontu.

— Przysięgam — dodał Elgor, choć jego ton brzmiał bardziej jak rozkaz dany samemu sobie.

Chwilę później ruszyli. Brama zamku otworzyła się ciężko, a ich konie, niespokojne od zapachu burzy w powietrzu, uderzały kopytami o kamień. Oddział wyruszył, a za nimi Hylja, której oczy błyszczały niepokojem i determinacją.

Na murach zostali ci, którzy mieli czekać na wieści. A na wschodnich wzgórzach czekała prawda — i pierwszy krok ku przeznaczeniu, które miało na zawsze odmienić ich losy.


Część 2: Ślady bez ludzi

Droga na wschodnie wzgórza była długa i cicha.

Oddział poruszał się wąskim traktem, który wił się pomiędzy polami a kępami lasu.

Wiatr, zwykle niosący śpiew ptaków i szelest liści, teraz wydawał się pusty, jakby nawet przyroda unikała tego miejsca. Ziemia, na której stąpali, miała w sobie coś martwego — brakowało w niej tej naturalnej energii, którą czuło się w innych częściach Hyrule.

Hylja jechała wśród rycerzy, choć bliżej Ganondorfa niż Elgora.

Nie była ozdobą wyprawy — sama prowadziła konia pewną ręką, z wysoko uniesioną głową. W jej oczach kryła się mieszanka ciekawości i lęku, której nie starała się ukrywać. Była córką króla, ale również kimś, kto chciał zrozumieć świat, a nie tylko oglądać go zza murów zamku.

Po kilku godzinach jazdy dotarli na skraj pierwszej wioski. Jeszcze z daleka widzieli dachy domów, stojące nieruchomo jak martwe skorupy. Dym już dawno przestał unosić się z kominów, a cisza wokół była cięższa niż kiedykolwiek.

— Zatrzymać się — polecił Ganondorf, unosząc rękę.

Oddział stanął. Rycerze rozglądali się niespokojnie, a konie parskały, jakby czuły, że coś jest nie tak.

— Coś tu nie gra — mruknął Elgor, kładąc dłoń na rękojeści miecza.

Ruszyli powoli przez główną drogę wioski. Domy były otwarte, drzwi uchylone, okna wybite przez wiatr. Garnki stały na stołach, w jednym wciąż znajdowała się zupa, sczerniała od czasu, jaki upłynął. Na ziemi leżały rozrzucone narzędzia, a w jednym z domów dostrzegli dziecięcą zabawkę, kołyszącą się samotnie na podłodze.

— Opuścili wszystko… jakby wyszli nagle — powiedziała Hylja półgłosem, jakby bała się zakłócić ciszę.

Ganondorf kucnął przy jednym z progów, dotykając dłonią ziemi. Zmarszczył brwi.

— Nie ma śladów walki. Ani krwi. Ani trupów.

— To znaczy, że mogli odejść sami — wtrącił Elgor, choć w jego głosie nie było przekonania. — Ale dlaczego mieliby zostawić wszystko?

— Bo nie mieli wyboru — odparł Ganondorf.

Ruszyli dalej, badając kolejne chaty. W jednej z nich znaleźli rozrzucone księgi, w drugiej świecę wypaloną do połowy, jakby ktoś zostawił ją w pośpiechu. Na rynku wioski, tuż przy studni, znajdowało się kilka koszy z owocami, które zdążyły już zgnić.

— To miejsce jest jak grobowiec — szepnęła Hylja, stojąc pośrodku rynku. — Życie zniknęło, ale śmierci też tu nie ma.

Ganondorf podszedł do studni i zajrzał w głąb. Ciemna woda lśniła w półmroku, ale wydawała się niepokojąco nieruchoma.

— Coś tu było — powiedział. — Coś, co zabrało ludzi nie dotykając ich ciał.

Elgor uniósł brew. — Mówisz tak, jakbyś wiedział, czym to było.

— Jeszcze nie wiem — odpowiedział Ganon spokojnie. — Ale to, co widzimy, nie jest dziełem bandytów ani choroby.

Jeden z rycerzy, młody i wyraźnie przestraszony, podszedł do Ganondorfa. — Panie… czy to prawda, że na tych ziemiach widziano mrok, który chodzi jak człowiek?

Ganondorf spojrzał na niego ostro. — Słyszałeś tylko plotki. Ale pamiętaj — plotki zawsze rodzą się z czegoś, co ktoś naprawdę zobaczył.

Elgor, stojący z boku, spoglądał na Ganona z cieniem niepokoju. Coraz częściej miał wrażenie, że jego towarzysz rozumie te sprawy bardziej, niż powinien.

Nagle wiatr poderwał kilka liści i cisza ustąpiła miejsca dziwnemu dźwiękowi. Był to odgłos kroków — lekkich, szybkich, a jednak wyraźnych.

— Słyszeliście to? — spytała Hylja, chwytając konia za wodze.

Oddział uniósł broń. Kroki rozbrzmiały raz jeszcze — a potem ucichły.

Ganondorf przesunął dłonią po rękojeści miecza. — To nie były ludzkie kroki.

Elgor wyciągnął swój miecz, stając przy Hylji. — Cokolwiek to jest, chce, żebyśmy czuli się obserwowani.

Ganondorf rozejrzał się uważnie. Na ścianie jednego z domów zobaczył cień. Był smukły, wydłużony, a jednak nie przypominał żadnej postaci, którą mógłby znać. Pojawił się i zniknął, jakby wiatr rozwiał go wraz z pyłem.

Rycerze poruszyli się niespokojnie, a kilku przeżegnało się po swojemu.

— Nie bójcie się cieni — powiedział Ganon twardo, patrząc w pustkę. — One żyją tylko wtedy, gdy im na to pozwolimy.

Hylja spojrzała na niego z mieszaniną podziwu i niepokoju. Elgor zaś poczuł, jakby jego własne serce przyspieszyło wbrew jego woli. To, co zobaczyli, nie mogło być złudzeniem — a jednak Ganondorf zdawał się rozumieć to lepiej niż ktokolwiek.

Oddział zebrał się na rynku, a nad wioską zapadł zmierzch. Cisza trwała dalej, lecz teraz była cięższa niż kiedykolwiek.

— Zostańmy tu na noc — zdecydował Ganondorf. — Może wtedy dowiemy się, co naprawdę się tu dzieje.

Elgor chciał zaprotestować, ale spojrzał na Hylję i milczał. Wiedział, że noc przyniesie im odpowiedzi — choć mogły być one bardziej przerażające, niż ktokolwiek się spodziewał.


Część 3: Pierwsze widmo

Zmrok objął wioskę niczym ciężka zasłona. Niebo, przysłonięte chmurami, nie pozwoliło na światło gwiazd, a księżyc zdawał się skrywać w milczeniu, jakby sam bał się zaglądać w to miejsce. Ogniska rozpalone przez rycerzy na rynku rzucały blade, niestabilne światło, które nie rozpraszało mroku, a raczej odsłaniało jego głębię.

Ganondorf siedział przy ogniu, spokojny i milczący. Zbroja odbijała migotliwy płomień, a jego twarz była nieruchoma, jak wykuta z kamienia. Z pozoru zdawał się pogrążony w bezruchu, lecz jego oczy śledziły każdy cień tańczący po ścianach opuszczonych chat.

Elgor tymczasem przechadzał się po placu, raz po raz zerkając w ciemne zaułki. Trzymał miecz w dłoni, choć nie było żadnego wroga. Każdy trzask drewna w ogniu przyprawiał go o dreszcz. Nie ufał temu miejscu, ale jeszcze bardziej nie ufał tej ciszy, która wsiąkała w skórę niczym trucizna.

Hylja siedziała nieco bliżej Ganondorfa niż reszty rycerzy. Choć próbowała zachować spokój, jej dłonie drżały, gdy splatała je na kolanach. W jej spojrzeniu kryła się odwaga, lecz i ciekawość, której nie potrafiła ukryć. Nie przybyła tu, by być biernym świadkiem. Chciała rozumieć — i to właśnie prowadziło ją ku Ganonowi, który zdawał się widzieć więcej niż inni.

Noc ciągnęła się powoli, aż nagle jeden z koni zarżał gwałtownie. Dźwięk odbił się echem od pustych domów, sprawiając, że wszyscy rycerze zerwali się na równe nogi.

— Co to było? — spytał jeden z nich, rozglądając się w popłochu.

Ganondorf uniósł dłoń, nakazując ciszę. Wsłuchał się. Przez chwilę panował jedynie szelest wiatru, ale potem… kroki. Wyraźne, równomierne, zbliżające się od strony północnej bramy.

Rycerze ustawili się w półokręgu, broń połyskiwała w świetle ognia. Hylja wstrzymała oddech. Elgor stanął obok niej, unosząc miecz, gotów odeprzeć cokolwiek miało nadejść.

Z ciemności wyłoniła się sylwetka. Smukła, wyższa niż przeciętny człowiek, lecz niewyraźna. Jej kontury drżały, jakby była utkanym z dymu złudzeniem. Poruszała się powoli, kroki brzmiały ciężko, a jednak nie zostawiała żadnych śladów na ziemi.

— Stać! — zawołał Elgor, głos drżał mu nieco w gardle. — Kim jesteś?!

Widmo zatrzymało się. Przez krótką chwilę panowała cisza, aż nagle uniosło głowę. Tam, gdzie powinny być oczy, pojawiły się dwa rozżarzone punkty, czerwone niczym żar w kominie. Nie miały źrenic, nie miały życia — tylko bezdenną pustkę.

Kilku rycerzy cofnęło się odruchowo, a jeden z nich przeżegnał się, szepcząc modlitwę.

— To nie człowiek — odezwał się Ganondorf spokojnym, głębokim tonem. — To echo… pozostałość czegoś, co tu było.

Widmo zaczęło iść w ich stronę. Każdy jego krok rozbrzmiewał w pustej wiosce jak uderzenie młota. Zbliżało się do ogniska, a światło płomieni przechodziło przez jego ciało, jakby było ze szkła i dymu.

— Do broni! — krzyknął Elgor, unosząc miecz.

Rycerze otoczyli widmo. Jednak nim zdążyli cokolwiek zrobić, zjawa zatrzymała się. Jej głowa obróciła się powoli w stronę Hylji. Wokół niej nagle zapadła cisza tak głęboka, że nawet ogień przestał trzaskać.

Księżniczka wciągnęła powietrze i poczuła, jak jej serce zaczyna bić szybciej. Widziała te puste oczy, które zdawały się patrzeć tylko na nią. Kropla potu spłynęła jej po skroni, a dłonie ścisnęły materiał sukni.

Ganondorf wyszedł przed nią, stając pomiędzy Hylją a cieniem. Jego sylwetka była nieruchoma, jak mur, gotów przyjąć na siebie wszystko, co mogło nadejść.

Ganondorf i ksiezniczka Hylja kontra zjawa – Saga Przedwiecznej Krwi Rozdzial 3

— Nie dostaniesz jej — powiedział niskim głosem, pewnym, choć w powietrzu unosił się lęk.

Na moment wydawało się, że widmo zbliży się jeszcze bardziej, lecz wtedy zatrzymało się tuż przy granicy światła ogniska. Nagle otworzyło usta — a z nich nie wyszedł głos, lecz szept setek języków naraz.

— Światło… zgaszone cieniem… ona… brama…

Słowa odbiły się w głowach wszystkich obecnych, sprawiając, że rycerze zaczęli się chwiać. Elgor przycisnął dłoń do skroni, czując, jakby ktoś wbijał mu w czaszkę rozżarzone sztylety. Hylja jęknęła cicho, a jej oczy zaszkliły się od bólu.

Tylko Ganondorf stał niewzruszony. Spojrzał wprost w rozżarzone oczy widma.

— Nie powiesz mi, co jest światłem, a co cieniem — wysyczał. — Odpowiadam tylko przed własnym mieczem i własnym sercem.

Wtedy uniósł broń i zrobił krok naprzód. Ostrze przeszyło powietrze, a gdy jego blask dotknął widma, zjawa rozpadła się na dziesiątki strzępów dymu, które rozwiał wiatr.

Cisza wróciła. Rycerze ciężko oddychali, jakby wracali do życia po długim koszmarze. Elgor spojrzał na Ganondorfa z czymś, co było jednocześnie podziwem i gniewem. Wiedział, że Ganon uratował Hylję… i właśnie to paliło go najbardziej.

Księżniczka uniosła wzrok na Ganona. W jej oczach lśnił strach, ale i wdzięczność, a także coś jeszcze — podziw, którego nie mogła ukryć.

Elgor odwrócił się gwałtownie, czując, że to spojrzenie wbija się w jego serce jak nóż.

Ganondorf zaś powrócił na swoje miejsce przy ogniu, jakby nic się nie wydarzyło. Ale wewnątrz czuł, że ta noc była dopiero preludium. Widmo było ostrzeżeniem — i zapowiedzią większej ciemności, która dopiero nadchodziła.


Część 4: Echo pradawnych ruin

Poranek nie przyniósł ulgi. Choć wioska wciąż wyglądała tak samo martwo jak nocą, to wydarzenia poprzednich godzin na zawsze odcisnęły piętno na sercach rycerzy. Zjawa, którą widzieli, nie mogła być wytworem wyobraźni. Jej szept wciąż dźwięczał w głowach niektórych z nich, a jej oczy… nikt nie potrafił o nich zapomnieć.

Ganondorf zebrał oddział jeszcze o świcie. Stał wyprostowany, z dłonią na rękojeści miecza, jakby gotów był powtórnie zmierzyć się z cieniem, gdyby ten odważył się powrócić.

— To miejsce nic więcej nam nie powie — oznajmił stanowczo. — Ale ślady prowadzą dalej.

Elgor, choć zmęczony, kiwnął głową. Wiedział, że ma rację. A jednak coś w nim kipiało. Było to coś więcej niż strach — to uczucie, że za każdym razem, gdy Hylja patrzyła na Ganona, on sam stawał się mniej widoczny, jak cień przy świetle ognia.

Księżniczka, z twarzą bladą, ale spojrzeniem pełnym determinacji, podeszła do rycerzy. — Jeśli tam, dokąd idziemy, czai się to samo, co tu, musimy wiedzieć. Nie możemy zawrócić.

Oddział ruszył dalej. Droga wiodła przez porośnięte krzakami trakty, a im bardziej zbliżali się do wzgórz, tym cisza stawała się bardziej nienaturalna. Żaden ptak nie śpiewał, nie było słychać ani świerszczy, ani szumu wody w strumieniach. Tylko kroki końskich kopyt i szelest zbroi rozbrzmiewały w pustce.

W końcu dotarli do miejsca, które już z daleka wyglądało na inne. Pomiędzy skałami wyrastały ruiny dawnych budowli. Mury, nadgryzione przez czas, stały jeszcze w niektórych miejscach, tworząc zarysy dawnej świetności. Pęknięte kolumny piętrzyły się nad ziemią jak palce martwych olbrzymów, a resztki mozaik na kamieniach mieniły się bladymi barwami, wciąż opowiadając historie sprzed setek lat.

Ganondorf zatrzymał konia i zsiadł na ziemię. Podszedł do jednego z murów, przesuwając dłonią po zimnym kamieniu. Poczuł w nim coś znajomego, jakby echo siły, która dawno minęła, a jednak wciąż drgała pod powierzchnią.

— To nie są zwykłe ruiny — powiedział cicho. — To było kiedyś serce czegoś większego.

Hylja dołączyła do niego. Jej oczy rozszerzyły się, gdy dostrzegła na ścianie wyblakłe malowidło. Przedstawiało postacie w zbrojach, walczące z istotą ubraną w czarną zbroję, której oczy błyszczały czerwienią. Za nią wznosiła się ciemna chmura o kształcie przypominającym twarz, groteskową i bezkształtną zarazem.

— To legenda… — szepnęła. — Opowieści, które znaliśmy tylko z pieśni. O królu, który kiedyś rządził tymi ziemiami.

Ganondorf przyjrzał się obrazowi uważnie. Czuł, jak jego serce bije mocniej, jakby malowidło mówiło bezpośrednio do niego.

Elgor stanął kilka kroków dalej, patrząc na nich oboje. — To tylko bajki — powiedział ostro, choć sam nie był pewien swoich słów. — Ruiny zawsze rodzą legendy.

— Nie — odparł Ganondorf powoli. — To nie bajki. To echo prawdy.

Ruszył głębiej w ruiny. Każdy krok zdawał się wnikać w ziemię, a echo jego butów odbijało się dziwnie głośno od kamieni. W końcu dotarli do większej ściany, na której wciąż widniały malowidła. Tym razem ukazywały coś innego: ciemną sylwetkę, która wyciągała dłonie ku wojownikowi o jasnych włosach, dzierżącemu świetlisty miecz.

Hylja przyłożyła dłoń do serca. — To musi być jeden z bohaterów, którzy obalili dawnego króla.

Ganondorf jednak patrzył nie na bohatera, ale na tę ciemną sylwetkę. Czuł, jakby to spojrzenie — nawet sprzed setek lat — przenikało go.

— On wciąż tu jest — wyszeptał.

Elgor odwrócił się gwałtownie. — Co ty mówisz? To tylko obraz!

— Nie — Ganondorf nie spuścił wzroku. — To ostrzeżenie. I przypomnienie.

Rycerze, choć nie rozumieli w pełni słów Ganona, czuli w powietrzu coś, czego nie dało się nazwać. Było to jak dźwięk, którego nie słychać, a który mimo to drga w kościach.

Hylja spojrzała na Ganondorfa. W jej oczach pojawiła się nowa iskra — nie tylko podziw, ale i niepokój. Czuła, że on widzi więcej, niż powinien, i że to może być zarówno ich ratunkiem, jak i zgubą.

Elgor, stojący obok, dostrzegł jej spojrzenie. Poczuł, jakby kamień osiadł mu w piersi. Coraz bardziej miał wrażenie, że zaczyna tracić coś, co uważał za swoje — jej uwagę, jej serce.

Nad ruinami zerwał się wiatr. Zadrżały kamienie, a kurz wzbił się w powietrze. Gdzieś głęboko, z samego środka ruin, rozległ się dźwięk przypominający oddech. Cichy, a jednak wyraźny.

Ganondorf uniósł głowę, a jego oczy błysnęły. — On nie jest martwy. Cień nigdy nie umiera.


Część 5: Noc pod znakiem ognia

Zapadła noc. Oddział zatrzymał się w ruinach, gdzie rozbili obóz pośród pękniętych murów i przewróconych kolumn. Ognisko rozpalono w dawnej sali, której sklepienie dawno runęło, odsłaniając niebo pełne ciężkich chmur. Płomień trzaskał i rzucał długie cienie na ściany, gdzie malowidła dawnych bitew wydawały się poruszać, jakby bohaterowie i demony z odległych czasów ożywali w blasku ognia.

Rycerze spali czujnym snem, niektórzy z dłonią na mieczu, inni z twarzą zwróconą ku niebu, jakby bali się zamknąć oczy. Elgor chodził po obwodzie obozu, strażując. Co chwilę zerkał w stronę ogniska, gdzie siedzieli Hylja i Ganondorf. W jego sercu rosła mieszanina emocji: obowiązku, lojalności, ale i gorzkiej zazdrości, której nie potrafił już ukrywać nawet przed sobą.

Ganondorf siedział blisko ognia, z ramionami opartymi na kolanach, a jego twarz, choć nieruchoma, zdradzała skupienie. Hylja usiadła obok niego, owinięta w płaszcz, by ochronić się przed chłodem. Jej oczy lśniły w blasku płomieni, gdy patrzyła na niego z uwagą.

— Nie boisz się? — zapytała nagle, łamiąc ciszę.

Ganondorf odwrócił głowę powoli. — Czego miałbym się bać?

— Tego, co tu spotkaliśmy. — Jej głos był cichy, ale szczery. — Zjaw, ruin, historii, które odżywają.

Uśmiechnął się krótko, gorzko. — Strach to tylko cień w sercu. Jeśli pozwolisz mu rosnąć, zasłoni wszystko. Ja nauczyłem się patrzeć w niego tak długo, aż sam zaczyna się bać mnie.

Hylja milczała przez chwilę, a potem pochyliła głowę. — Mówisz tak, jakbyś już wcześniej stawał przed ciemnością.

Ganondorf spojrzał w płomienie. — Każdy, kto wychował się na pustyniach, musiał. Tam noc jest długa i bezlitosna. Cienie nie są w nich tylko brakiem światła. One żyją, testują cię, kuszą. Jeśli nie nauczysz się ich ignorować, połkną cię żywcem.

Hylja odwróciła spojrzenie ku ruinom. — A jednak jesteś tutaj. Nie uciekłeś.

Ganondorf podniósł na nią wzrok. W jej oczach widział nie tylko ciekawość, ale i coś więcej — pragnienie zrozumienia, które czyniło ją inną niż wszyscy, których znał.

— Bo wiem, że ciemności nie można pokonać ucieczką — odpowiedział powoli. — Można ją tylko przebić ostrzem albo własną wolą.

Cisza rozciągnęła się między nimi, ale nie była ciężka. Ogień trzaskał, a iskry unosiły się ku niebu, jakby chciały dotknąć gwiazd, które tej nocy nie miały odwagi się pojawić.

— Wiesz, Ganondorfie — odezwała się Hylja, tym razem z lekkim uśmiechem. — Ludzie w zamku boją się ciebie. Mówią, że jesteś zbyt mroczny, zbyt obcy, żeby służyć Hyrule z oddaniem.

Ganondorf uniósł brew, ale nie odpowiedział od razu. W jego spojrzeniu pojawił się cień ironii. — A ty? Ty też się mnie boisz?

Hylja zawahała się, lecz jej uśmiech nie zgasł. — Nie. Ja widzę kogoś, kto ma w sobie siłę, której inni nie rozumieją. Kogoś, kto potrafi patrzeć w mrok i się nie cofnąć.

Ganondorf utkwił w niej wzrok na dłużej. Jej słowa dotarły głębiej, niż pozwoliłby to komukolwiek innemu. Poczuł, jakby pierwszy raz od dawna ktoś naprawdę widział w nim nie tylko wojownika, lecz człowieka.

Elgor, obserwując tę scenę z oddali, poczuł, jak zaciska mu się pięść na rękojeści miecza. Widział ich spojrzenia, słyszał urywki rozmowy. Było dla niego jasne, że coś zaczynało kiełkować między nimi — coś, czego on sam nie mógł zatrzymać.

Ganondorf odwrócił się znów do ognia. — Światło i mrok są jak ostrze — jedno nie istnieje bez drugiego. Jeśli chcesz żyć, musisz nauczyć się trzymać je obie w dłoniach.

Hylja słuchała go w milczeniu, a w jej sercu rosło przekonanie, że ten człowiek — ten rycerz z pustyni — krył w sobie coś, co mogło odmienić losy Hyrule.

W oddali zawył wiatr, a w ruinach odezwało się echo, przypominające szept. Strażnicy drgnęli, a Elgor odwrócił wzrok od pary przy ogniu, nie chcąc patrzeć dłużej. Wiedział, że ta noc nie będzie spokojna, nie tylko przez widma.


Część 6: Mrok na rozstajach

Świt przyszedł ciężki i pozbawiony blasku. Chmury, które gromadziły się przez całą noc, przysłoniły niebo niczym ogromna pokrywa, tłumiąc wszelki promień światła. Ruiny, w których spędzili noc, wyglądały teraz jeszcze bardziej ponuro. Kamienie, omszałe i pęknięte, lśniły od rosy, a wiatr świszczał pomiędzy kolumnami, jakby dawne duchy wciąż tu przebywały.

Ganondorf był już na nogach. Stał na wzgórzu, skąd rozciągał się widok na dolinę, w której czekały kolejne opustoszałe osady. W jego postawie nie było wahania, tylko pewność. Wiedział, że ścieżka wiodąca przez dolinę doprowadzi ich głębiej w tereny, gdzie czaił się mrok.

Elgor podszedł do niego, zmęczony, ale czujny. Wciąż czuł ciężar nocy, ciężar rozmów i spojrzeń, których nie potrafił zapomnieć.

— Powinniśmy wrócić do zamku — powiedział twardo. — Zebraliśmy dość dowodów. Ruiny, zjawy, ta pustka… Król musi o tym wiedzieć.

Ganondorf nie odwrócił wzroku od doliny. — Dowody to tylko cienie prawdy. Król otrzyma od nas słowa, ale nic więcej. Jeśli nie zobaczymy źródła tego wszystkiego, będziemy tylko błądzić w domysłach.

Elgor zacisnął szczękę. — A jeśli to źródło połknie nas wszystkich? Jesteśmy rycerzami, nie ofiarami, które same pchają się w paszczę bestii.

W tej chwili dołączyła do nich Hylja. Jej krok był zdecydowany, a spojrzenie pełne determinacji. — Ganondorf ma rację. Nie możemy wrócić tylko z opowieściami. Wioski znikają, ludzie znikają… a jeśli nie dowiemy się dlaczego, nic nie powstrzyma tego mroku.

Elgor spojrzał na nią ostro, ale bez słów zdradzał, co naprawdę go dręczy. To nie tylko decyzja o wyprawie raniła go, lecz fakt, że Hylja stawała po stronie Ganondorfa, a nie jego.

Ganondorf odwrócił się do obojga. — Rozstaje są przed nami. Jedna droga prowadzi ku ruinom, głębiej w dolinę, gdzie mrok jest najgęstszy. Druga wiedzie z powrotem do zamku.

Elgor zrobił krok naprzód. — Ja wybieram powrót. Król musi mieć naszych ludzi żywych, a nie martwych bohaterów.

— A ja wybieram drogę w dolinę — powiedział Ganondorf bez zawahania. — Bo tam znajdę odpowiedź.

Na chwilę zapadła cisza. Wszyscy rycerze patrzyli raz na jednego, raz na drugiego. Wiedzieli, że rozłam między nimi jest nieunikniony.

Hylja uniosła głowę i spojrzała prosto w oczy Ganona. W jej spojrzeniu było coś, co wykraczało poza królewskie obowiązki. — Ja idę z tobą.

Słowa zawisły w powietrzu. Elgor poczuł, jak jego serce ściska się boleśnie. To nie była tylko decyzja księżniczki — to był wybór. I nie on został wybrany.

— Hyljo… — powiedział drżącym głosem, ale ona nie spuściła wzroku. — To szaleństwo.

— To konieczność — odparła spokojnie. — Jeśli nie zobaczymy tego, co kryje się w dolinie, mrok sam przyjdzie po nas.

Rycerze zaczęli szeptać między sobą, niespokojni. Rozłam wśród przywódców był czymś, czego się bali.

Ganondorf ruszył pierwszy w stronę doliny. Hylja podążyła za nim. Kilku rycerzy, niepewnych, zawahało się, lecz ruszyło w ślad za nimi, czując, że zostanie w ruinach oznaczałoby tchórzostwo.

Elgor został przez moment sam, stojąc na rozwidleniu. Jego ręce drżały, a gniew buzował w żyłach. Widział ich oboje — Ganon kroczący dumnie i Hylja tuż za nim. W jego umyśle odezwał się głos, którego nie chciał słyszeć, głos zimny i pełen cienia:

„Patrz, jak cię opuszczają. Patrz, jak wybierają jego. Czy zamierzasz im na to pozwolić?”

Elgor zacisnął powieki, walcząc sam ze sobą. Ale ten szept, nie wiadomo czy własny, czy należący do czegoś więcej, wbijał się w jego serce jak cierń.

W końcu ruszył za nimi, ale jego krok był ciężki, pełen gniewu i zawodu.

Tak oto rozstaje, zarówno na drodze, jak i w sercach, zaczęły wyznaczać nowe ścieżki. A mrok, który unosił się nad doliną, zdawał się szeptać, że właśnie tam rozstrzygną się ich losy.

Ganondorf wybiera doline


Zakończenie Rozdziału 3

Droga prowadząca w głąb doliny była coraz trudniejsza.

Kamienie zalegały na ścieżkach, a roślinność wyglądała jak martwa, pozbawiona życia przez niewidzialną rękę. Oddział posuwał się powoli, a z każdym krokiem cisza stawała się coraz bardziej przytłaczająca.

Ganondorf szedł na czele, z dłonią spoczywającą na rękojeści miecza. Każdy jego krok był pewny, jakby mrok go nie zrażał, lecz przyciągał. Hylja jechała tuż obok, trzymając konia spokojnie, choć jej oczy chłonęły każdy szczegół otoczenia. Była świadoma, że wkracza na ziemie, gdzie zwykłe opowieści zamieniały się w rzeczywistość.

Elgor, idąc nieco z tyłu, czuł ciężar w piersi, który przygniatał go bardziej niż zbroja. W jego uszach wciąż brzmiał szept, który pojawił się przy rozwidleniu. „Patrz, jak wybierają jego…” Głos nie odchodził, a wręcz rósł, stając się coraz bardziej wyraźny.

Elgor nie wiedział, czy to echo własnych lęków, czy coś, co naprawdę podążało za nim.

Gdy dotarli do otwartej przestrzeni, dolina odsłoniła się przed nimi w całej grozie. Tam, gdzie powinny być pola i łąki, znajdowały się tylko ciemne plamy spalonej ziemi. Dawne domostwa były zniszczone, a w powietrzu unosił się zapach wilgoci i czegoś jeszcze — zapach zgnilizny, choć nie było tam żadnych ciał.

W samym środku doliny wznosiły się kolejne ruiny. Ich kształt przypominał dawne sanktuarium, którego wieże dawno runęły, ale ściany wciąż trwały, poszarpane, a jednak złowrogo majestatyczne.

Ganondorf zatrzymał się i spojrzał ku górze. Na szczycie jednej z pozostałych ścian stała sylwetka. Smukła, ubrana w ciemny płaszcz, którego kaptur zakrywał twarz. Stała bez ruchu, a jednak każdy wiedział, że obserwuje.

— Kto to jest? — szepnęła Hylja, czując, że dreszcz przeszywa jej kręgosłup.

— Nie człowiek — odparł Ganondorf głucho.

Sylwetka poruszyła się powoli, jakby sunęła, a nie szła. Kaptur opadł lekko, ukazując fragment twarzy, a raczej jej brak. To, co kryło się pod cieniem materiału, było jak pusta maska — bez oczu, bez ust, a jednak wszyscy czuli, że coś patrzy prosto na nich.

I wtedy głos rozbrzmiał, choć nie ustami tej postaci, lecz bezpośrednio w ich umysłach.

— Patrzę na was… Bracia ostrza i serca… Jedno z was niesie w sobie siłę, którą pragnę… Drugie… będzie narzędziem, by ją odebrać…

Rycerze zaczęli szeptać nerwowo, ale nikt nie miał odwagi krzyknąć. Hylja ścisnęła dłonie na wodzach konia, a Elgor poczuł, jakby lodowaty nóż wbijał mu się w serce.

Ganondorf uniósł miecz i wskazał nim w stronę sylwetki. — Pokaż się! — ryknął. — Jeśli masz twarz, odsłoń ją!

Cień nie odpowiedział. Powoli cofnął się w mrok ruin, jakby rozpłynął się w ich wnętrzu.

Przez chwilę panowała cisza, a potem Ganondorf odwrócił się do oddziału. — To dopiero początek. Jeśli chcemy zrozumieć, czym jest ta moc, musimy iść dalej.

Elgor zacisnął zęby, patrząc na niego. W jego głowie echo głosu nie milkło. „Narzędzie, by ją odebrać…” Wiedział, że słowa nie były przypadkiem.

Hylja spojrzała to na Ganona, to na Elgora. W jej sercu rosło poczucie, że między nimi rozpoczyna się coś, czego już nie da się zatrzymać.

Oddział ruszył dalej ku ruinom, a za nimi wiatr uniósł szepty, które brzmiały jak dawne pieśni o upadłych królach i zapomnianych wojnach.

Tak kończył się ich pierwszy krok w dolinę mroku. A to, co miało się wydarzyć dalej, zapisało się już w cieniu, który prowadził ich ku nieznanemu.


 

📜 Kronika trwa dalej…

👉 Następny rozdział:

Rozdział IV – Ganondorf w mroku


🎬 Cała opowieść w jednym materiale:

Zobacz pełną historię – Legenda Ganondorfa – Pełna Opowieść Fantasy

Nazywam się Paweł Grzech — jestem fanem Nintendo Switch, miłośnikiem gier z fabularną głębią i pasjonatem opowieści, które zostają z nami na długo po zakończeniu rozgrywki. Gram, by przeżywać historie, a piszę, by je rozwijać.
Posts created 28

One thought on “Saga Przedwiecznej Krwi – Rozdział III: Saga Ganondorf – Zelda

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Related Posts

Begin typing your search term above and press enter to search. Press ESC to cancel.

Back To Top