Ganondorf: Geneza

Rozdział II: Ścieżka ognia i liści – Ganondorf: Geneza – Saga Fantasy Zelda

Minęły lata od dnia, w którym Elgor i Ganondorf złożyli przysięgę przy ogniach przeszłości.

Królestwo Hyrule rosło w siłę, lecz wraz z jego rozkwitem w sercach bohaterów zaczęły kiełkować niepokój, ambicja i cienie dawnych wspomnień.

W tym rozdziale podążymy za nimi głębiej — przez spowity mgłą Las Przodków, przez ogniste próby i chłodne decyzje, które na zawsze zmienią ich los.

Dawna więź zostanie wystawiona na próbę, a na ścieżce ognia i liści tylko jeden kierunek prowadzi ku światłu.

Ale czy obaj naprawdę tego światła pragną?


Rozdział II: Ścieżka ognia i liści – Ganondorf Geneza

Część 1: Echo popiołu

Ziemia pod jego stopami skrzypiała cicho pod naporem zbroi i popiołu.

Elgor przesuwał się ostrożnie pomiędzy zwęglonymi drzewami, które kiedyś tworzyły gęsty baldachim pradawnego boru. Płomienie — te same, które widział z oddali tamtej nocy — zmiotły z powierzchni runo leśne, pozostawiając jedynie czarne kikuty i głuche echa dawnych szeptów. Las oddychał teraz ciężko, jak ranny zwierz.

Minęły cztery dni odkąd opuścił zamek Hyrule i ruszył w stronę świętych ostępów.

Głos serca i wspomnienie rozmowy z Mędrcem poprowadziły go do miejsca, którego nie odwiedzał od dziecka.

To tutaj jego lud chronił się przed światem. To stąd pochodził — z rodu, który znał szepty drzew i pamiętał czas sprzed powstania Hyrule.

Wiedział, że jeśli ma zrozumieć to, co nadejdzie… musi wrócić do źródła.

Nie spodziewał się jednak, że powita go cisza spalonych drzew.

W jednej z dolin, gdzie kiedyś płynął wartki strumień, Elgor zatrzymał się i opadł na kolano. Podłoże było jeszcze ciepłe. Dotknął czarnej ziemi, czując pod palcami coś kruchego — zaschnięty liść, który przetrwał ogień jedynie w połowie.

Uniósł go i przyjrzał się delikatnemu żłobieniu żyłek, jakby było to serce lasu na dłoni.

— Kto ci to zrobił? — wyszeptał.

Odpowiedziało mu jedynie westchnienie wiatru.

Ale coś w nim było. Niepokój, nuta ostrzeżenia.

Elgor zerwał się na równe nogi i po raz pierwszy od dawna — poczuł się obserwowany. Nie przez wroga. Przez coś starszego niż człowiek.

Szukał długo.

Mijając spalone wzgórza, roztrzaskane menhiry i resztki drzew, które niegdyś żyły setkami lat. Aż wreszcie — dostrzegł coś znajomego.

Pień, nieco szerszy od pozostałych, częściowo ocalony. A u jego podstawy — nisko pochylona chata, prawie zrośnięta z ziemią i mchem. Dach z liści i wikliny był częściowo strawiony, ale jedno okno tliło się światłem.

Zielarka żyła.

Elgor ruszył szybciej, nie bacząc na popiół, który wzbijał się spod butów.

Drzwi ustąpiły pod lekkim naciskiem, zaskakująco cicho.

— Nieczęsto ktoś znajduje tu drogę… — odezwał się głos z wnętrza, suchy jak liść i jednocześnie łagodny jak nurt rzeki.

W półcieniu siedziała kobieta.

Siwa, pochylona, lecz nie złamana.

Jej oczy błyszczały jak dwa szmaragdy na tle zwiędłej skóry.

Pochodziła z ludu Elgora — jednej z ostatnich Zielarek, których wiedza była starsza niż Księga Królów.

— To ty… — wyszeptał. — Myślałem, że…

— …że umarłam razem z tym lasem? — uśmiechnęła się gorzko. — On jeszcze nie umarł. On tylko śpi. I śni o ogniu.

Elgor skinął głową, zdejmując hełm.

Nie był tu jako rycerz.

Przyszedł jako syn tej ziemi. I jako ktoś, kto szuka odpowiedzi.

— Potrzebuję twojej mądrości — powiedział cicho. — Widziałem rzeczy… których nie rozumiem.

Własne serce mówi mi, że nasz świat stoi na krawędzi, a zło, które nadchodzi, nie ma imienia, nie ma twarzy…

Zielarka uniosła wzrok. — Myliłeś się.

— O czym?

— O tym, że zło nie ma twarzy. Ono już ją nosi. I wkrótce ty sam będziesz musiał ją rozpoznać… i zdecydować, co z tym zrobisz.

Przy tych słowach wskazała dłonią na stół pokryty starymi mapami i runami wyrytymi w korze.

Obok nich leżał naszyjnik zrobiony z liści i czerwonego kamienia — podobny do tego, który nosił niegdyś jego ojciec.

Symbol rodu, który słyszał pieśni lasu.

— Usiądź, Elgorze…


Część 2: Dwa liście i jedno ostrze

Zielarka nalała naparu do glinianej miseczki i podała ją Elgorowi, który uniósł naczynie z wahaniem.

Woń ziela była gorzka i wilgotna, jak ziemia po burzy, ale nie było w niej nic niepokojącego — raczej stary spokój, który znał z dzieciństwa, z lasów, w których dorastał.

— Pij. Nie zatrzyma cię. Wręcz przeciwnie — westchnęła, patrząc mu prosto w oczy. — Rozjaśni ci myśli. A teraz mów, rycerzu. Po co naprawdę tu jesteś?

Elgor upił łyk. Napar miał metaliczny posmak, ale poczuł, jak napięcie w ramionach odrobinę ustępuje.

— Przyśnił mi się ogień — powiedział cicho. — Nie ten zwyczajny. Ogień, który nie palił ciała, ale wypalał ziemię, las i niebo. A w nim… coś. Kształt z ciemności. Zawołał mnie.

Zielarka wstrzymała oddech. Przesunęła palcem po kawałku kory, który trzymała przy pasie, jakby chciała odczytać z niego znaki.

— Taki ogień nie śni się bez powodu. — Nachyliła się ku niemu. — Dwa liście i jedno ostrze. Znasz to?

— Nie — odpowiedział Elgor, marszcząc brwi.

Zielarka wstała i podeszła do drewnianej skrzyni.

Otworzyła ją z trzaskiem i wyjęła z niej dwa liście — jeden zielony, świeży, jakby zerwany przed chwilą, drugi czerwony i kruchy, jak jesień.

Obok położyła krótki, zmatowiały sztylet z wbitym w rękojeść opalizującym kamieniem.

— Dwa liście — życie i śmierć. I jedno ostrze — przeznaczenie. — Uniosła wzrok. — Każdy, kto śni o płonącej ziemi, prędzej czy później stanie między nimi.

Elgor wpatrywał się w przedmioty, nie odzywając się ani słowem. Czuł, jak coś wewnątrz niego — coś pierwotnego i niepokojącego — reaguje na widok tych symboli. Miał wrażenie, jakby znał je od zawsze, choć nie potrafił ich nazwać.

— To, co cię woła, nie pochodzi z tego świata, ale przez ten świat się przetacza. — Zielarka mówiła powoli, z ciężarem wieku. — A ty jesteś jednym z nielicznych, którzy mogą je zatrzymać. Lub uwolnić.

— Co to znaczy? — zapytał ostrożnie.

— Że twój los jest spleciony z losem ognia i cienia. A także z losem pewnego chłopca, który dziś jeszcze nic o tym nie wie.

— Ganondorfa?

Zielarka nie odpowiedziała od razu. Wzięła oba liście i sztylet, zawinęła je w lnianą chustę i podała Elgorowi.

— Zanieś to królowi. Niech sam zdecyduje, czy gotów jest usłyszeć prawdę. Ty już ją nosisz w sercu.

Elgor przyjął pakunek i wstał.

— Nie mogę go chronić przed wszystkim. Ale mogę spróbować.

— Pamiętaj — rzekła jeszcze zielarka, nim wyszedł. — Cień nie rodzi się sam. Cień potrzebuje światła.

Drzwi zamknęły się za nim z głuchym trzaskiem, a las przywitał go ciszą, jakby sam wstrzymał oddech.


Część 3: Mrok nad Urovar

Wiatr wiał ostro od północy, niosąc ze sobą zapach gnijących mchów i zimnej wody.

Twierdza Urovar, choć potężna i surowa, wyglądała niczym samotna wyspa w morzu bagien i mgieł.

Jej czarne mury przesiąknięte były wilgocią, a strzeliste wieże wbijały się w niebo niczym kościste palce — zimne, niewzruszone, milczące.

Ganondorf stał na szczycie jednej z wież, wpatrzony w rozciągające się przed nim bezkresne moczary.

Jego zbroja lśniła od rosy, a karmazynowa peleryna łopotała na wietrze. Nie spał od dwóch nocy. Coś w tych bagnach było niepokojące, jakby same cienie żyły tu własnym życiem.

— Nic się nie zmieniło — odezwał się nagle głos. To był kapitan wartowników, stary żołnierz imieniem Kerron. — Żadnych śladów ruchu, panie. Ale ludzie są niespokojni. Te dźwięki w nocy…

Ganondorf odwrócił się wolno. Jego spojrzenie, ciemne i głębokie, przenikało na wskroś.

— Co mówią? — spytał krótko.

— Twierdzą, że duchy z bagien zaczęły chodzić między nami. Że widzieli ogniki i… coś większego. Cień bez kształtu. — Kerron przełknął ślinę. — Jeden z myśliwych twierdzi, że słyszał śmiech. Zbyt ludzki jak na tę dzicz. Ale nie było nikogo w pobliżu.

Ganondorf milczał przez dłuższą chwilę.

— Podwójcie warty. A myśliwego przyprowadźcie do mnie. Chcę go przesłuchać osobiście.

— Jak rozkażesz.

Gdy Kerron odszedł, Ganondorf pozostał sam z myślami.

To nie był pierwszy raz, gdy stawał naprzeciw nieznanemu. Ale teraz… coś w głębi jego serca budziło niepokój. Instynkt, którego nie potrafił zignorować.

Znał smak bitwy, zapach krwi i śmierci — ale to, co unosiło się nad bagnami, było inne. Starsze. Cierpliwe.

Zszedł z wieży i przeszedł przez dziedziniec twierdzy, gdzie żołnierze ćwiczyli w milczeniu.

Ich miecze nie lśniły w słońcu — nie było tu miejsca na chwałę, tylko na przetrwanie.

Gdy wszedł do głównej sali, zauważył mapę rozwieszoną na drewnianym stole.

Pochylił się nad nią, wbijając spojrzenie w zaznaczoną strefę — Czarny Trakt, starą drogę prowadzącą do wioski Risha, zaginionej przed dwoma laty.

Właśnie wtedy drzwi zaskrzypiały i do komnaty wprowadzono myśliwego. Był to chudy mężczyzna z oczami jak szkło. Dłonie miał drżące, a ubranie przesiąknięte błotem i zapachem torfu.

— Mów — rozkazał Ganondorf. — Co widziałeś?

— C-cień… milordzie. Widziałem… postać. Kobietę, jak mi się zdawało. Stała pośród mgły. Nie miała twarzy. Ale uśmiechała się. A potem… znikła. — Głos mężczyzny łamał się jak zbutwiały konar. — I wtedy usłyszałem śmiech. Taki… taki, jakby znał moje imię.

Ganondorf patrzył na niego długo. W końcu skinął głową.

— Dziękuję. Możesz odejść.

Myśliwy wybiegł niemal potykając się o własne nogi.

Ganondorf znów został sam.

Usiadł, oparł łokcie o stół i spojrzał na mapę. Wtedy poczuł dziwne mrowienie w karku. Jakby coś… coś patrzyło.

Nie odwracając się, powiedział cicho:

— Wiem, że tu jesteś.

Z cienia za kolumną wyłoniła się ciemna, zamglona sylwetka.

Miała kształt kobiety, lecz bez twarzy, bez rąk, jakby mgła próbowała udawać ciało. Głos był szeptem, który otaczał go z każdej strony:

— Wybrany przez ogień… zostaniesz zdradzony przez liść…

Ganondorf zerwał się, ale istota już zniknęła. Po niej został tylko chłód.

Oddychał ciężko.

„Zdradzony przez liść”…?

Wiedział tylko jednego człowieka, który nosił ten symbol. Elgor.


Część 4: Powrót do zamku

Elgor wracał do zamku szybkim krokiem, a każdy jego oddech mieszał się z chłodnym powietrzem poranka.

Przez całą drogę ściskał w dłoni lnianą chustę, w której zielarka zawinęła dwa liście – jeden zielony i pełen życia, drugi suchy i kruchy, a także zmatowiały sztylet z rękojeścią opalizującego kamienia. Symbole, które miały teraz stać się kluczem do dalszych losów królestwa.

Jego myśli błądziły między słowami staruszki: „Cień nie rodzi się sam. Cień potrzebuje światła.”

Te słowa ciążyły na nim niczym mgła o poranku, ciężkie i tajemnicze. Wiedział, że to, co usłyszał, jest początkiem czegoś większego – mrocznej burzy, która powoli nadciągała.

Droga przez las, który jeszcze niedawno spłonął, była cicha.

Popiół pod jego butami kruszył się lekko, a zniszczone drzewa straszyły jak martwe olbrzymy.

Przez chwilę zatrzymał się, by spojrzeć na płaski, spękany grunt, gdzie jeszcze przed chwilą płynął wartki strumień. W jego sercu tliła się niepewność i ciężar odpowiedzialności, który tylko się zwiększał.

Wreszcie, po kilku godzinach marszu, ukazały się potężne mury zamku. Kamienne wieże wznosiły się ku niebu, a zamek zdawał się być wyspą stabilności pośród chaosu, który panował na świecie.

Elgor poczuł, jak serce zaczyna mu szybciej bić.

Wiedział, że teraz wszystko zależy od tego, co zrobi król.

Czy zdoła przyjąć prawdę, którą niesie?

Czy jest gotów stawić czoła mrocznym cieniom, które zaczynają się rozlewać?

Przeszedł przez wrota zamku i wtopił się w długie, chłodne korytarze, aż dotarł do sali tronowej. Tam, na wysokim, ozdobnym tronie, siedział król. Jego twarz była poważna, a oczy przeszywały wszystko, co miało odwagę spojrzeć mu w oczy.

Elgor uklęknął i położył chustę na kolanach władcy.

— Królu — zaczął — to przyniosła mi zielarka. Mówiła o cieniu, który rośnie w ukryciu. O tym, że już nosi twarz i że tylko my możemy zdecydować, czy światło zwycięży.

Król powoli rozwinął lnianą chustę i spojrzał na dwa liście i sztylet. Jego oczy zwęziły się, a pod brwiami pojawiły się zmarszczki.

— Dwa liście i jedno ostrze — powtórzył cicho, jakby przypominał sobie dawne legendy. — Symbol życia i śmierci, a także przeznaczenia.

Spojrzał na Elgora z ciężarem decyzji.

— Co mówiła zielarka? Czy jest sposób, by zatrzymać to nadchodzące zło?

Elgor skinął głową.

— Ostrzegała, że cień nie rodzi się sam. Że potrzebuje światła, by się rozwijać. I że my jesteśmy tym światłem, choć jeszcze nie wiemy, jak rozjaśnić mrok.

Król przez chwilę milczał, po czym wstał z tronu i podszedł do dużej mapy rozpostartej na stole.

— W tych lasach — powiedział, wskazując palcem na spaloną dolinę — coś się zmienia. A ostatnie wiadomości z twierdzy Urovar nie napawają optymizmem.

— Tak, panie — odparł Elgor. — Ganondorf również zauważył niepokojące znaki. Widział cień bez twarzy i słyszał szepty, których nie potrafił wyjaśnić.

Król spojrzał w stronę okna, gdzie już zaczynały zbierać się ciemne chmury.

— Musimy być gotowi. Czas nie jest naszym sprzymierzeńcem.

Elgor czuł, że to dopiero początek. W jego sercu tliła się nadzieja, ale i niepokój. Wiedział, że nadchodzące dni będą ciężkie — dla niego, dla Ganondorfa i dla całego królestwa.

Król odwrócił się do niego i rzekł:

— Musimy być ostrożni. Cień zbliża się szybciej, niż myśleliśmy. A my musimy być światłem, które nie pozwoli mu pochłonąć wszystkiego.

Elgor skinął głową, gotowy do działania.

Gdy opuszczał salę tronową, w sercu czuł, że los królestwa wisi na cienkiej linii. Linia, którą tylko on i jego towarzysze mogą utrzymać.


Część 5: Tajemnice zamku

Ganondorf dotarł do murów zamku późnym popołudniem.

Podróż z twierdzy Urovar była długa i wyczerpująca — ciężka zbroja ciążyła mu na barkach, a zmęczenie i chłód wdzierały się pod skórę.

Drogi, którymi podążał, były popękane i nierówne, a niebo powoli ciemniało, zwiastując nadchodzącą noc. Każdy krok przypominał mu, że czas nie jest sprzymierzeńcem, a zagrożenie, które dostrzegł w twierdzy, wymagało pilnej uwagi.

Nie tracąc ani chwili, przekroczył masywne bramy zamku i skierował się prosto do sali tronowej. Wnętrze przywitało go chłodem kamiennych murów i przygaszonym światłem pochodni. Strażnicy, rozpoznając w nim zaufanego rycerza, skinęli mu głową z powagą, a cisza korytarzy zdawała się potęgować napięcie chwili.

Przed tronem stał król, który wstał, gdy tylko zauważył Ganondorfa.

Jego twarz była poważna, a oczy pełne niecierpliwości i troski.

— Mój królu — zaczął Ganondorf, schylając głowę w geście szacunku — właśnie wróciłem z twierdzy Urovar. Relacje straży potwierdzają niepokojące zjawiska, które od dawna budzą lęk mieszkańców pogranicza. Bagna, które otaczają twierdzę, zdają się żyć własnym życiem — żołnierze donoszą o dziwnych światłach, szeptach i tajemniczych cieniach bez twarzy.

Król zmarszczył brwi i skinął głową, dając znak, by kontynuował.

— Ludzie są niespokojni — dodał Ganondorf — a jeden z myśliwych, który wrócił z patrolu, opowiedział o postaci kobiety stojącej wśród mgieł, bez twarzy, która uśmiechała się tajemniczo, a potem zniknęła. Przerażający śmiech, który słyszał, zdawał się znać jego imię. To nie są zwykłe legendy czy strachy z opowieści — to coś realnego i niebezpiecznego.

Król uważnie słuchał, jego oczy wciąż błądziły po mapach rozłożonych na stole, gdzie zaznaczono spaloną dolinę i granice królestwa.

— Elgor również wrócił niedawno — powiedział król, nawiązując do rozmowy, którą odbył wcześniej z rycerzem. — Przyniósł mi wieści od zielarki — ostrzegał o cieniu, który już nosi twarz, a nie jest czymś nieokreślonym. Z jego słów wynika, że nadciąga coś, co wymaga od nas pełnej gotowości.

Ganondorf skinął głową i powoli zbliżył się do stołu.

— To prawda — potwierdził. — Musimy działać szybko. Zacząłem zbierać informacje od straży i świadków, analizując relacje oraz szukając wzorców. Wszystko wskazuje na to, że cień nie jest jedynie duchowym zjawiskiem. To coś znacznie bardziej złowieszczego.

Przez chwilę obaj milczeli, wsłuchując się w odgłosy zamku — odległe kroki straży, trzaskające pochodnie i szum wiatru za murami.

— Co proponujesz? — zapytał w końcu król.

— Najpierw musimy rozszerzyć zakres obserwacji — odpowiedział Ganondorf — i zebrać jak najwięcej informacji o tych zjawiskach. Zleciłem już strażnikom zwiększenie patroli wokół bagien i innych granicznych terenów. Chcę też przeprowadzić osobiste przesłuchania świadków, by poznać szczegóły ich doświadczeń.

Król skinął głową z aprobatą, choć w jego oczach wciąż było widać ciężar odpowiedzialności.

— Światło musi przezwyciężyć cień — powiedział z determinacją. — Ale aby to zrobić, musimy znać wroga i jego zamiary. Trzymaj mnie na bieżąco, Ganondorfie. Nie możemy pozwolić, by mrok zapanował nad naszym królestwem.

— Będę działać natychmiast — obiecał Ganondorf, kłaniając się jeszcze raz.

Gdy opuścił salę tronową, poczuł na sobie ciężar odpowiedzialności. Wiedział, że to dopiero początek długiej i trudnej drogi. Cień rósł w siłę, a czas nie sprzyjał jego walce.

W myślach Ganondorfa kłębiły się obrazy cieni i tajemniczych zjawisk, które widział podczas pobytu w twierdzy.

Wiedział, że stoi przed zadaniem znacznie większym niż dotąd przypuszczał — musi nie tylko badać i zbierać informacje, ale też przygotować się na nadciągające niebezpieczeństwo, które może odmienić los całego królestwa.


Część 6: Spotkanie trójki

Sala narad w zamku była przestronna, ale jej kamienne mury zdawały się przytłaczać wszystkich zgromadzonych.

Ciężkie, aksamitne zasłony o bordowych barwach opadały ciężko, pochłaniając każdy odgłos z zewnątrz i tworząc w pomieszczeniu niemal sakralną ciszę.

Przez witrażowe okna wpadały blade promienie popołudniowego słońca, malując na ścianach migotliwe wzory — ciepłe plamy czerwieni, złota i bursztynu, które jednak nie rozjaśniały mroku panującego w sercach zebranych.

Król Hyrule, mężczyzna o siwych włosach i twarzy wyrytej czasem i troskami, siedział na tronie z marsową miną.

Jego oczy spoglądały poważnie na zebranych — doradców, dowódcę wojsk, elitę rycerzy i oczywiście na Elgora oraz Ganondorfa, których obecność w sali wywoływała mieszane emocje.

— Cienie, które zagrażają naszej granicy, nie są już tylko legendami i strachami nocnych opowieści — zaczął król głosem niosącym ciężar odpowiedzialności. — Każdy z was musi zdać sobie z tego sprawę. Dlatego dziś musimy wypracować wspólną strategię.

Dowódca wojsk, potężnie zbudowany mężczyzna o surowym spojrzeniu i bliznach na twarzy, uderzył pięścią o kamienny stół, podkreślając swój gniew.

— Panie, nasi żołnierze zgłaszają coraz więcej niepokojących zdarzeń! Tajemnicze światła, dziwne odgłosy w lesie, a nawet… postacie bez twarzy pojawiające się na granicy. Nasi ludzie boją się wychodzić po zmroku.

Zza stołu odezwał się starszy doradca Arlen, człowiek o siwych włosach i ostrych rysach twarzy, który uniósł palec wskazujący na znak sprzeciwu.

— Strach potrafi siać więcej zniszczenia niż miecz, dowódco. Musimy zachować zimną krew i nie poddawać się panice.

Księżniczka, która do tej pory milczała, delikatnie poprawiła szatę i wypowiedziała się z pewnym spokojem, ale wyczuwalną stanowczością:

— Wiem, że Ganondorf i Elgor poświęcili wiele czasu na badanie tych zjawisk. Widzę w nich odwagę i honor, które są nam teraz niezbędne.

Jej spojrzenie skierowało się ku Ganondorfowi, który właśnie się wyprostował, odczuwając nagły ciężar uwagi skupionej na sobie. Nie poczuł jeszcze miłości, ale zaczął dostrzegać coś w księżniczce — coś intrygującego, co powoli budziło w nim ciekawość.

— Nasze działania muszą być konkretne i przemyślane — przemówił Ganondorf, zbliżając się do stołu i rozkładając na nim mapy. — Z twierdzy Urovar docierają do mnie raporty, które potwierdzają niepokojące wydarzenia. Myśliwy widział postać kobiety bez twarzy, stojącej wśród mgieł, która uśmiechała się w sposób… nieludzki. Jej śmiech przeszywał serce chłopca, który znał jego imię. To nie są tylko legendy, to realne zagrożenie.

Dowódca wojsk skrzywił się lekceważąco:

— Opowieści o duchach i zjawią mogą być piękne, ale nie wygrają bitwy. Potrzebujemy konkretnych działań.

Elgor, stojący nieco z boku, wtrącił się z łagodnym, ale zdecydowanym głosem:

— Bez zrozumienia tego, z czym mamy do czynienia, możemy stracić więcej, niż zyskamy. Nie możemy walczyć z cieniem, którego nie znamy.

Król spojrzał na nich obu z powagą.

— Zlecam wam, Ganondorfie i Elgorze, dowodzenie zwiadowcami. Wasza współpraca musi być wzorowa. Czas nie jest naszym sprzymierzeńcem.

Ganondorf skinął głową z determinacją, podczas gdy Elgor spoglądał na niego uważnie, dostrzegając w jego oczach rosnącą siłę i pewność.

— Mam nadzieję, że wasze wysiłki przyniosą światło tam, gdzie teraz panuje mrok — dodała księżniczka, a jej głos brzmiał jak cichy promień nadziei.

Na sali zapanowała cisza. W oczach zebranych pojawiło się napięcie, niepokój, ale i nadzieja.

— Nie możemy pozwolić, by cień pochłonął to, co kochamy — powiedział król na zakończenie narady, a jego słowa odbiły się echem w kamiennych murach.

Gdy sala narad zaczęła się opróżniać, a większość osób powoli opuszczała pomieszczenie, Ganondorf i Elgor zostali jeszcze przez chwilę sami, stojąc przy ciężkim stole, na którym wciąż leżały mapy i notatki.

Elgor spojrzał na Ganondorfa z pewnym napięciem i szczerą ciekawością.

— Księżniczka zwróciła na ciebie uwagę. Widziałem, jak patrzyła, gdy mówiłeś. Nieczęsto bywa, żeby jej zainteresowanie skierowane było w stronę rycerza spoza najbliższego kręgu.

Ganondorf nie uśmiechnął się ani nie odpowiedział od razu. Jego twarz pozostała surowa, skupiona, a oczy błądziły gdzieś daleko, poza salą, jakby widziały coś, czego inni nie dostrzegali.

— Teraz nie czas na rozważania o tym — odparł spokojnie, z naciskiem na każde słowo. — Królestwo stoi na krawędzi, a my mamy tylko jedną szansę, by temu przeciwdziałać. Każdy nasz krok musi być przemyślany, każdy ruch — skoordynowany.

Elgor skinął głową, choć wyczuwał, że pod tą zewnętrzną powagą kryje się więcej niż tylko chłodna kalkulacja.

— Widzę to. I szanuję twoją determinację. Ale pamiętaj, że nawet największy wojownik potrzebuje wsparcia — nie tylko w bitwie, ale i w chwilach, gdy ciemność zdaje się nas pochłaniać.

Ganondorf odwrócił się i spojrzał na niego prosto w oczy.

— Nie zapominaj, że to od nas zależy, czy światło zwycięży. Musimy być silni — nie tylko fizycznie, ale przede wszystkim w duchu. Nie ma miejsca na rozproszenie czy słabość.

Elgor poczuł, że słowa to nie tylko rozkaz, ale także wyzwanie.

— Zrobię wszystko, by sprostać temu zadaniu — odpowiedział cicho, z pełnym przekonaniem.

Ganondorf przymknął na moment oczy, po czym westchnął cicho i odwrócił się w stronę wyjścia.

Elgor został jeszcze chwilę w sali, wpatrując się w pozostałości narady.

W jego sercu narastała mieszanka szacunku, podziwu, ale i pierwszej, nieśmiałej zazdrości — choć sam jeszcze nie do końca potrafił ją nazwać.


Część 7: Niezauważalne zmiany

Zamek Hyrule tonął w świetle poranka.

Złote promienie słońca wpadały przez wysokie okna, odbijając się w wypolerowanych posadzkach i połyskujących zbrojach strażników.

Korytarze ożyły – służba krzątała się z tacami, urzędnicy spieszyli do swoich obowiązków, a rycerze wymieniali krótkie spojrzenia i urywane rozmowy.

Jednak za tą codzienną rutyną kryło się coś więcej – niepokój, który coraz trudniej było ignorować.

Po naradzie, która zgromadziła Ganondorfa, Elgora i księżniczkę Hylję w jednej sali, atmosfera w zamku uległa wyraźnej zmianie.

Rozmowy cichły, gdy którykolwiek z nich pojawiał się na korytarzu. Spojrzenia stawały się bardziej czujne. Zaczęto szeptać, choć nikt jeszcze nie miał odwagi wypowiedzieć swoich myśli głośno.

Ganondorf, choć zawsze postrzegany był jako rycerz lojalny i skuteczny, nagle zaczął budzić nie tylko szacunek, ale i… fascynację.

W szczególności wśród tych, którzy nie znali go z czasów przed Urovarem – teraz nosił na sobie cień tajemnicy, który przyciągał uwagę, nie tylko wojowników.

Księżniczka Hylja, córka króla i przyszła władczyni Hyrule, nie była wyjątkiem.

Od dnia narady zaczęła częściej pojawiać się w miejscach, gdzie zazwyczaj można było spotkać Ganondorfa – w ogrodach, w zbrojowni, nawet na placu treningowym. Twierdziła, że pragnie lepiej zrozumieć rycerzy, którym powierzono los królestwa, lecz Elgor – uważny obserwator – dostrzegał więcej, niż mówiły słowa.

Pewnego popołudnia, gdy słońce znajdowało się wysoko nad zamkiem, Elgor udał się na dziedziniec.

Tam, pod starym dębem, ujrzał Ganondorfa i Hylję w rozmowie.

Nie był to formalny dialog między rycerzem a księżniczką – śmiech Hylji zabrzmiał zbyt swobodnie, a Ganondorf, choć wyprostowany jak zwykle, pozwolił sobie na coś rzadkiego – półuśmiech.

— Wasza wysokość — odezwał się Elgor, podchodząc wolno, starając się brzmieć naturalnie.

Hylja odwróciła się i uśmiechnęła promiennie.

— Elgorze! Właśnie rozmawialiśmy o dawnych legendach z pustkowi. Ganondorf twierdzi, że część z nich to nie bajki, a zapomniana prawda.

— Czasem prawda kryje się właśnie w bajkach — odparł Elgor z grzecznością, ale w jego głosie była nuta ostrożności.

Ganondorf uniósł lekko brew.

— A czasem to, co uznajemy za bajkę, jest ostrzeżeniem. Śmiejemy się z opowieści o cieniach bez twarzy, aż sami je spotykamy.

Zapanowała krótka cisza. Hylja spojrzała na niego z nowym zainteresowaniem.

— Mówisz jak ktoś, kto widział więcej niż my wszyscy.

— Widziałem wystarczająco, by przestać lekceważyć przeszłość — odpowiedział twardo Ganondorf, po czym skłonił się lekko. — Ale nie chciałem niepokoić was swoją obecnością. Jeśli wybaczycie, wrócę do obowiązków.

I odszedł, nie oglądając się za siebie.

Hylja patrzyła za nim chwilę w milczeniu, a potem spojrzała na Elgora.

— Nie sądziłam, że ma w sobie aż tyle głębi.

Elgor nie odpowiedział od razu.

— Ganondorf zawsze był… skuteczny — rzekł w końcu. — Ale skuteczność nie zawsze oznacza zrozumienie. Czasem idzie za nią chłód.

— A czasem odwaga — odparła łagodnie Hylja i odeszła w stronę ogrodu, zostawiając Elgora sam na sam z myślami.

Wieczorem, w sali treningowej, Elgor i Ganondorf spotkali się ponownie — tym razem z mieczami w dłoniach. Ćwiczyli w milczeniu, aż w końcu Elgor przerwał.

— Zaczynasz mieć… nową reputację — rzucił, parując cios przeciwnika. — Księżniczka cię słucha.

Ganondorf nie odpowiedział od razu.

Okrążył Elgora powoli, po czym zaatakował szybkim ruchem.

— Jeśli coś mówię, to dlatego, że warto tego słuchać.

— I nie chodzi ci o wpływ?

— Nie. Chodzi mi o to, by Hyrule nie runęło. Cień nie czeka, aż zakończymy rozgrywki przy stole. On już działa.

Zatrzymali się.

Ich miecze skrzyżowały się ze zgrzytem.

— Nie lekceważ Hylji — powiedział cicho Elgor. — Ma dobry instynkt. Ale jest jeszcze młoda.

— I mądrzejsza, niż wielu sądzi — odparł Ganondorf. — Widziałem, jak patrzy na mapy. Jak słucha. Nie przyszła tylko się uśmiechać.

Po chwili dodał:

— Nie obawiaj się o nią. Skup się na tym, co nadchodzi.

Elgor skinął głową, ale w jego spojrzeniu czaił się cień czegoś innego — uczucia, które dopiero zaczynało kiełkować, niepewne i bolesne.

Noc spowiła zamek, a nad wzgórzami zawisła czerwona mgła. Choć nic nie zostało powiedziane głośno, coś niewidocznego przesunęło się w relacjach między trójką bohaterów. I nikt jeszcze nie wiedział, jak głęboko te zmiany sięgną.


Część 8: Wizje i niepokój

Noc nad zamkiem Hyrule była wyjątkowo cicha. Cisza ta miała w sobie coś nienaturalnego — jakby sam świat wstrzymał oddech, wyczuwając coś, czego jeszcze nie sposób było nazwać. Tylko wiatr, świszczący między wieżami i murami, przemykał przez opustoszałe korytarze, jakby niosąc szepty spoza czasu.

Ganondorf stał na jednym z balkonów górnej wieży. Spoglądał na rozciągający się daleko horyzont — ciemny, rozmyty przez nocną mgłę, która leniwie pełzła po ziemi. Od czasu powrotu z Urovaru jego sen nie był spokojny. Ostatnie noce były pełne obrazów, które z początku przypisywał zmęczeniu — aż do tej nocy.

Zamknął oczy.

Znowu to samo. Czerń. Bezkresna pustka. A potem — oczy. Żarzące się w mroku niczym dwa rozżarzone węgle. Głos. Niski, urywany, jakby dochodzący z dna ziemi.

— Zaufanie rodzi zdradę… Bliskość to broń… Światło zgaszone cieniem…

Ganondorf drgnął. Otworzył oczy i odsunął się od balustrady. Wiedział już, że to nie był tylko sen. To było… coś więcej. Cień, który próbował wedrzeć się do jego umysłu.

*

Kilka pięter niżej Elgor leżał na wznak na łóżku, wpatrzony w sklepienie komnaty. Jego serce biło nierówno. Wizje, które dręczyły go od powrotu od zielarki, stawały się coraz bardziej intensywne. Tej nocy jednak przyniosły coś nowego.

Znalazł się w środku ciemnego lasu. Wokół unosiła się mgła, a z oddali dobiegał szept — ten sam głos, który słyszał Ganondorf. Elgor próbował się ruszyć, ale nogi grzęzły w błocie. Przed nim pojawiła się postać. Niewyraźna. Bez twarzy. Zbliżała się powoli, z każdą chwilą stając się coraz bardziej realna.

— Nie jesteś tym, kim myślisz, że jesteś — wyszeptała. — Twoje decyzje przyniosą zgubę… dla niej… i dla niego…

Obudził się z krzykiem, zlany potem. Chwycił miecz stojący przy łóżku, jakby szukał w nim ochrony przed cieniem, który jeszcze przed chwilą go śledził.

*

Następnego ranka obaj pojawili się w sali ćwiczeń — niezależnie od siebie, ale niemal w tym samym czasie. Ich spojrzenia się skrzyżowały i choć nikt nie powiedział ani słowa, obaj wyczuli coś w sobie nawzajem. Zmianę. Niepokój.

— Nie spałeś? — spytał Ganondorf.

— A ty? — odbił pytanie Elgor.

Zapanowała krótka cisza. Odpowiedź była oczywista.

— Wizje? — zapytał Elgor szeptem.

— Tak — odparł Ganondorf. — I coś więcej. To nie tylko sny. To ostrzeżenia.

— Myślisz, że to cień?

Ganondorf skinął głową. — On próbuje coś zasiać. Nie tylko w nas, ale w całym zamku. Widzisz, jak ludzie się zachowują? Coraz więcej nieufności. Coraz więcej strachu.

— Zauważyłem — mruknął Elgor, zaciskając dłoń na rękojeści miecza.

*

Tymczasem w jednej z zakamuflowanych komnat, w starej części zamku, czarny kryształ zawieszony nad ołtarzem drgnął. Mgła wypełniła pomieszczenie, a sylwetka cieńa, jeszcze nie w pełni ukształtowana, poruszyła się w cieniu.

— Już się kruszycie… — wyszeptał z upiorną satysfakcją. — Jeszcze chwila, a wątpicie nie tylko w siebie, ale i w to, co ochroniliście przysięgą…

Zamek Hyrule, choć potężny i dumny, nie wiedział, że już teraz toczy się w nim wojna — niewidzialna, cicha, rozgrywająca się w umysłach tych, którzy mieli być jego największą siłą.


Część 9: Zbieranie informacji

Ganondorf od świtu był na nogach. Minionej nocy sen nie przyszedł łatwo — wciąż miał w pamięci niejasne wizje, w których bezkształtny cień przesuwał się przez korytarze zamku, a jego szept mieszał się z dźwiękiem odległych kroków.

Teraz, ubrany w ciemną tunikę i płaszcz rycerza, schodził po kamiennych schodach prowadzących do dolnych części zamku, gdzie przechowywano raporty wart i zapisy zdarzeń.

W archiwum powitał go stary pisarz, Sir Danrik, człowiek o surowej twarzy i nieco przygarbionej sylwetce.
— Sir Ganondorf… rzadko kto zaczyna dzień w tym miejscu — mruknął, przesuwając pergaminy. — Szukasz czegoś konkretnego?

— Chcę przeglądnąć wszystkie raporty z ostatnich dwóch miesięcy dotyczące dziwnych zjawisk w zamku i jego okolicy — odparł Ganondorf chłodno. — Zniknięcia, niespodziewane choroby, nocne incydenty… cokolwiek, co wykracza poza zwykłe problemy.

Danrik westchnął i zniknął między regałami, wracając po chwili z plikiem ciężkich ksiąg.
— Będzie tego sporo. A niektóre wpisy… cóż, nie każdy brał je na poważnie.

Ganondorf otworzył pierwszy wolumin. Już po kilku stronach jego spojrzenie się wyostrzyło — raporty wartowników wspominały o „ciemnych sylwetkach” przemykających wzdłuż murów, o „szepcie w uszach” i o nagłym, nieuzasadnionym lęku. W kilku przypadkach opisano też zniknięcia przedmiotów, a nawet zwierząt, bez śladów włamania.

— Ile osób zgłosiło te… wizje? — spytał, nie podnosząc głowy.

— Za dużo, żeby to zignorować — odparł Danrik cicho. — Ale zbyt mało, żeby król zarządził śledztwo na pełną skalę.

Tymczasem Elgor, który również wstał wcześnie, wracał z inspekcji wioski położonej u podnóża zamkowego wzgórza. Spotkali się na głównym dziedzińcu.

— Wyglądasz, jakbyś całą noc spędził nad pergaminami — rzucił Elgor, podchodząc do Ganondorfa.

— I tak właśnie było. — Ganondorf zamknął księgę, którą niósł pod pachą. — Wiesz, że w ostatnich tygodniach zniknęły trzy psy strażnicze? Zniknęły tak, jakby rozpłynęły się w powietrzu.

Elgor zmarszczył brwi. — We wiosce mówią o tym samym. Tylko tam to były kozy i owce. I jeszcze… dziwne ślady. Jakby ktoś chodził boso po błocie, ale odcisków było tylko kilka, potem nagle się urywały.

— Cień nie potrzebuje drogi — powiedział ponuro Ganondorf.

Ruszyli razem w stronę murów obronnych. Po drodze mijali rycerzy trenujących na placu, ale rozmowa dwójki przyciągała dyskretne spojrzenia.

— Elgorze, mówiłeś ostatnio, że zielarka wspomniała o znakach na drzewach? — spytał Ganondorf.

— Tak. Powiedziała, że przypominają runy ostrzegawcze, ale nie rozpoznała ich wszystkich. — Elgor zawahał się. — Chcesz, żebym ci je pokazał?

— Chcę zobaczyć wszystko. Jeśli to ostrzeżenie, musimy je odczytać, zanim będzie za późno.

Resztę dnia spędzili na rozmowach z mieszkańcami okolicznych osad i wartownikami.

Ganondorf zadawał pytania precyzyjnie, często powtarzając te same, by wychwycić sprzeczności.

Elgor notował odpowiedzi w małym skórzanym notesie.

Obaj coraz częściej dostrzegali, że opisy „cienia” były do siebie zaskakująco podobne — wysoka sylwetka, brak twarzy, uczucie, że „patrzy”, choć nie miało oczu.

Pod wieczór wrócili do zamku. Stojąc na tarasie widokowym, patrzyli w kierunku mrocznych bagien.

Nad horyzontem zbierały się chmury, a wiatr przynosił ze sobą zapach wilgoci i gnijących liści.

— To się zbliża — powiedział cicho Elgor.

— To już tu jest — poprawił go Ganondorf, nie odrywając wzroku od odległej linii drzew.


Część 10: Przebudzenie przeszłości

Zamek Hyrule tonął w ciszy, ale była to cisza innego rodzaju niż zwykle — ciężka, lepka, wypełniona czymś, co przypominało oczekiwanie. Ganondorf stał w półmroku biblioteki królewskiej, oświetlony jedynie światłem świecy, której płomień drżał przy każdym jego ruchu. Palcami przesuwał po starych, popękanych grzbietach ksiąg, szukając czegoś, co od kilku dni nie dawało mu spokoju.

Na stole przed nim leżała mapa okolicznych ziem, na której naniósł ślady dziwnych zjawisk — zniknięcia ludzi, pojawienia się ogników, mgły o czerwonym odcieniu. Wszystkie tropy prowadziły w stronę zapomnianych ruin w Czarnym Trakcie, o których król wspominał jedynie raz, jakby niechętnie.

Kroki rozległy się w korytarzu. Ganondorf odwrócił się i zobaczył Elgora wchodzącego do biblioteki.

— Myślałem, że już odpoczywasz — powiedział Ganondorf, nie odrywając dłoni od mapy.

— Nie mogę spać — odpowiedział Elgor. — Odkąd miałem te… sny… wszystko wydaje mi się inne.

Ganondorf skinął głową, jakby doskonale rozumiał.

— U mnie to samo. Te obrazy… cień wśród ruin, bez twarzy, a jednak patrzący… jakby coś czekało.

Elgor podszedł bliżej, wzrok przyciągnęły notatki rozrzucone na stole. — Skąd masz te zapisy?

— Z archiwum zamku. Ale te księgi… — Ganondorf sięgnął po jedną z oprawionych w skórę tomów. — …nie były otwierane od pokoleń. Wiele stron jest zniszczonych, ale część opisuje wydarzenia sprzed założenia Hyrule.

Przewrócił kilka stron, aż zatrzymał się na ilustracji — była to prymitywnie narysowana sylwetka postaci w czarnej zbroi, stojącej nad upadłym miastem. Za nią unosiła się chmura przypominająca kształtem coś pomiędzy twarzą a maską.

— To… — Elgor zmrużył oczy. — To wygląda jak to, co widzieliśmy we śnie.

— Właśnie — potwierdził Ganondorf. — I tu jest napis… „Cień, który kroczy między epokami”… ale reszta jest starta.

Ganondorf pochylił się, by odczytać więcej, gdy nagle w płomieniu świecy pojawił się krótki, ciemnoczerwony błysk. Obaj w tym samym momencie poczuli, jak coś zaciska się w ich głowach.

— Nie jesteście gotowi… — głos, chropowaty i odległy, przeszył ich myśli. — Ale przyjdzie dzień, w którym będziecie musieli wybrać.

Ganondorf gwałtownie odsunął się od stołu, a Elgor złapał się za skronie. Po chwili obaj stali ciężko dysząc.

— To nie był zwykły sen — wyszeptał Elgor. — To coś… ono nas obserwuje.

— I chce nas rozdzielić — dodał Ganondorf ponurym tonem. — Cokolwiek to jest, wie, że razem jesteśmy silniejsi.

Do biblioteki wszedł królewski doradca, starszy mężczyzna o ostrych rysach. — Rycerze, Jego Wysokość wzywa was do sali tronowej. Natychmiast.

Ganondorf i Elgor wymienili spojrzenia. Obydwaj wiedzieli, że to, co zaczęło się w ich snach, teraz zaczynało przenikać do jawy. I że kolejne dni mogą przynieść więcej niż ktokolwiek w zamku się spodziewał.


Część 11: Zapowiedź zmian

W sali map, oświetlonej blaskiem dziesiątek świec, król siedział pochylony nad stołem. Obok niego stała Hylja, wpatrzona w rozłożone pergaminy. Elgor i Ganondorf weszli niemal jednocześnie. Uśmiech królewny rozjaśnił twarz na widok rycerzy, lecz zaraz poważniała, widząc napięcie w ich spojrzeniach.

— Otrzymałem nowe raporty z pogranicza — zaczął król, prostując się. — Wioski położone na wschodnich wzgórzach opustoszały. Bez walki, bez śladów krwi. Ludzie… zniknęli.

— Jak to możliwe? — spytał Elgor, zbliżając się do stołu. — Żadnych świadków?

— Jeden — odezwała się Hylja, a jej głos był cichy. — Starzec, którego przyprowadzono dzisiaj rano. Mówił, że widział mrok przesuwający się po polach, jakby noc spłynęła na ziemię.

Ganondorf zmarszczył brwi. — „Mrok”… To słowo powtarza się w każdym z naszych raportów. To nie przypadek.

Król wstał i przeszedł wzdłuż stołu, jakby walczył z myślami. — Obawiam się, że to początek czegoś, co wymknie się spod naszej kontroli, jeśli nie zareagujemy szybko.

— Może to tylko przesąd — rzucił ostrożnie jeden z królewskich doradców, starszy mężczyzna o ostrych rysach. — Ludzie w czasach niepewności lubią nadawać zwykłym wydarzeniom nadprzyrodzoną wymowę.

— Zwykłe wydarzenia nie sprawiają, że całe wioski znikają w jedną noc — odparł Ganondorf chłodno.

Zapadła cisza. Wszyscy spojrzeli na mapę, na której czerwonym atramentem oznaczono punkty kolejnych zaginięć.

Hylja odchrząknęła i zwróciła się do króla. — Ojcze, pozwól, by Ganondorf i Elgor udali się tam razem. Ich doświadczenie i… różne sposoby patrzenia na świat mogą się uzupełniać.

Król zmierzył wzrokiem obu rycerzy. — Zgoda. Ale będziecie odpowiadać przede mną, nie przed sobą nawzajem. To jasne?

— Jasne — odparli niemal równocześnie, choć Elgor zrobił to z nieco większym ociąganiem.

#

Nocą Elgor stał na tarasie jednej z wież, spoglądając na ciemniejący horyzont. Usłyszał kroki za sobą — to była Hylja.

— Zmartwiony? — zapytała, podchodząc bliżej.

— Zmartwiony… i czujny — odparł, nie odrywając wzroku od wzgórz. — Mam wrażenie, że coś nas testuje. Sprawdza, jak daleko może się posunąć, zanim zareagujemy.

— Dlatego potrzebujemy kogoś takiego jak Ganondorf — powiedziała z przekonaniem. — On nie boi się patrzeć w mrok.

Elgor zacisnął szczękę. — I to cię w nim fascynuje?

Hylja spojrzała na niego z lekkim zdziwieniem. — Fascynuje mnie to, że potrafi myśleć inaczej. Ale nie zapominaj, Elgorze, że to ty byłeś pierwszym, któremu zaufałam.

Przez chwilę żadne z nich się nie odzywało. Potem Hylja odeszła, a Elgor został sam — ze słowami, które miały w nim kiełkować przez długi czas.

#

Tymczasem w swojej komnacie Ganondorf nie spał. Siedział w ciszy, wpatrzony w płomień świecy. Nagle płomień zachwiał się, a na ścianie pojawił się cień. Był większy niż jego własny, wydłużony, jakby należał do kogoś innego. Głos — szept, głęboki i chłodny — odezwał się tuż przy jego uchu:

— Idą czasy, których nie znasz, Ganondorfie. Wkrótce będziesz musiał wybrać, po której stronie staniesz.

Zerwał się i rozejrzał, ale nikogo nie było. Tylko cień powoli rozpływał się po ścianie, jakby nigdy go tam nie było.

#

Nad ranem, gdy pierwsze promienie słońca rozjaśniały dziedziniec, Ganondorf i Elgor otrzymali rozkaz wyruszenia. W ciszy przygotowywali się do drogi. Hylja żegnała ich spojrzeniem, w którym mieszała się troska i nadzieja.

Za murami zamku, na wzgórzu, niewidoczna dla nikogo postać w czarnym płaszczu obserwowała ich wyjazd.

— Czas zasiewania dobiega końca — wyszeptała sama do siebie. — Teraz pora zbierać plony.


 

📜 Kronika trwa dalej…

👉 Następny rozdział:

Rozdział III – Saga Ganondorf – Zelda


🎬 Cała opowieść w jednym materiale:

Zobacz pełną historię – Legenda Ganondorfa – Pełna Opowieść Fantasy

Nazywam się Paweł Grzech — jestem fanem Nintendo Switch, miłośnikiem gier z fabularną głębią i pasjonatem opowieści, które zostają z nami na długo po zakończeniu rozgrywki. Gram, by przeżywać historie, a piszę, by je rozwijać.
Posts created 28

One thought on “Rozdział II: Ścieżka ognia i liści – Ganondorf: Geneza – Saga Fantasy Zelda

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Related Posts

Begin typing your search term above and press enter to search. Press ESC to cancel.

Back To Top