Zanim Hyrule stało się legendą, zanim pieśni opowiadały o bohaterach i demonach, był czas niewinności — czas dzieciństwa dwóch dusz, które miały ukształtować przyszłość świata.
Ganondorf, syn pustyni, i Elgor, dziecko pradawnych lasów, dorastali pośród odmiennych kultur, ale ich serca biły w jednym rytmie.
Ten rozdział to opowieść o ich pierwszym spotkaniu, rosnącej przyjaźni i wspólnej przysiędze złożonej nie tylko wobec siebie, ale wobec rodzącego się królestwa.
Tak zaczyna się Saga Fantasy Zelda.
🌱 Część 1: Dwa głosy z jednego ognia
1. Doliny dzieciństwa
Poranek w Hyrule miał zapach mokrego mchu i szumu liści.
Gęste święte lasy, rozciągające się za rzeką Nerin, kryły w sobie więcej niż tylko jelenie i szelest sów.
W ich sercu, pośród splątanych korzeni pradawnych drzew, stała wioska, która nie figurowała na żadnej królewskiej mapie.
To właśnie tam dorastał Elgor — chłopiec o jasnych włosach, które lśniły jak ostrze miecza, gdy tylko przebijały się przez nie promienie słońca.
Oczy miał stalowe, a spojrzenie poważne jak na kogoś, kto ledwie przekroczył dziewiąty rok życia. Jego ród był stary, starszy niż samo Królestwo, które dopiero zaczynało wykuwać się z mgły mitów i ambicji jednego władcy.
Lud Elgora żył w harmonii z lasem.
Ich dzieci bawiły się w koronach drzew, młodzieńcy uczyli się milczenia z jeleniem i tropienia cienia.
Elgor jednak zawsze patrzył dalej.
Gdy inni zasypiali przy opowieściach starszyzny, on wspinał się na najwyższą platformę obserwacyjną i wpatrywał w dal — ku równinom, gdzie podobno wznosił się nowy zamek Króla Hyrule.
Jego ojciec, mistrz miecza na królewskim dworze, nie odwiedzał go często.
Był surowym człowiekiem, dla którego obowiązek znaczył więcej niż krew.
W Elgorze budziło to sprzeczne uczucia — chłonął każdą opowieść o jego dokonaniach, lecz serce niosło pustkę, której nie potrafił nazwać.
Wychowywała go matka, łagodna i mądra, która nigdy nie kryła dumy z jego wyborów, choć wiedziała, że jej syn nie należy już tylko do lasu.
2. Burza nad pustynią
W tym samym czasie, setki kilometrów na południe, wśród falujących wydm i kamiennych bastionów fortec Gerudo, dorastał inny chłopiec — Ganondorf.
Jako jedyny mężczyzna urodzony wśród Gerudo od pokoleń, był znakiem przeznaczenia.
Wielu szeptało, że jego los został zapisany w gwiazdach jeszcze zanim wypowiedział pierwsze słowo.
Był silny, choć nieco cichy.
Oczy miał jak płonące węgle — ciemne, ale rozświetlone wewnętrzną iskrą.
Ganondorf nie znał ojca, a matka — przywódczyni klanu — umarła, gdy miał ledwie kilka miesięcy.
Wychowała go społeczność wojowniczek, ucząc twardości, dyscypliny i szacunku dla starszyzny.
Nosił skórzane zbroje, nim nauczył się czytać, i władał włócznią, nim pierwszy raz się śmiał.
W głębi duszy czuł jednak samotność.
Znał swoje pochodzenie, znał wagę oczekiwań, jakie na niego spadły, ale nie znał kogoś, komu mógłby ufać bez granic.
Gerudo szanowały go, lecz nikt nie traktował go jak chłopca. Tylko jak symbol. Jak przyszłość.
3. Spotkanie przeznaczenia
Mieli po dziewięć lat, gdy los po raz pierwszy splotł ich drogi.
Królestwo Hyrule — w swej młodej jeszcze strukturze — zorganizowało wielki turniej z okazji ukończenia budowy królewskiej twierdzy.
Zaproszono przedstawicieli wszystkich ludów.
Miało to być święto pokoju i zjednoczenia.
Mistrzowie miecza, magowie, zwiadowcy i dzieci z rodów mających symboliczne znaczenie dla przyszłości królestwa zjechali się z całej krainy.
Ganondorf był najmłodszym wojownikiem w drużynie Gerudo. Elgor — jako przedstawiciel ludu leśnego, a jednocześnie syn mistrza szermierki — reprezentował królewską straż przyboczną.
Ich pojedynek nie był planowany — doszło do niego przypadkiem, pomiędzy oficjalnymi konkurencjami.
Zgromadził się tłum.
Dzieci spojrzały sobie w oczy, nie znając jeszcze swoich imion, i skinęły głowami.
Zaczęli powoli — jakby badali nawzajem swoje rytmy.
Z czasem jednak walka nabrała tempa.
Ostrza skrzyły się, pot pryskał na kamienny dziedziniec.
Nikt nie żałował sił.
W końcu obaj padli na ziemię — jednocześnie, wyczerpani do granic.
Nikt nie wygrał.
Nikt nie przegrał.
A jednak coś się wtedy wydarzyło.
Spojrzeli na siebie i uśmiechnęli się jednocześnie.
Pierwszy raz od dawna — szczery, dziecięcy uśmiech.
Od tamtej chwili stali się nierozłączni.
🜃 Część 2: Braterstwo w cieniu zamku
4. Nocne ogniska
Tego wieczoru, po zakończeniu uroczystości, zamek tętnił jeszcze życiem.
Korytarze pełne były głosów, śmiechów i dźwięków lutni.
Jednak dwóch chłopców nie zostało w środku — Elgor i Ganondorf siedzieli nad jeziorem za murami, gdzie nie docierał gwar.
Na niebie świeciły trzy księżyce, a wokół trzaskało niewielkie ognisko.
Elgor patrzył w wodę, z dłonią opartą na rękojeści krótkiego miecza.
— Nigdy nie walczyłem z kimś takim jak ty — powiedział cicho, nie odwracając wzroku. — Jesteś szybki… i silny. Ale to nie to mnie zaskoczyło.
Ganondorf spojrzał na niego z ukosa, milcząc.
— Zaskoczyło mnie, że nie próbowałeś mnie upokorzyć. Nawet kiedy miałeś przewagę — dodał Elgor. — Wśród moich rówieśników to rzadkość.
Ganondorf pokręcił głową.
— W moim klanie uczy się, że siła bez szacunku jest słabością. — Jego głos był niski, jak na wiek. — Ty też nie byłeś jak inni.
Zapanowała cisza.
Tylko wiatr poruszał trawy, a zamek w oddali lśnił jak sen.
Wtedy Elgor sięgnął do sakwy i wyciągnął dwa pasy z cienkiej skóry, na których wyryto proste symbole: liść i słońce.
Były to pasy starszyzny lasów, ofiarowywane tym, którzy przysięgali służbę — lecz Elgor miał je od dawna, dla siebie i… kogoś, kogo miał kiedyś spotkać.
— Złóżmy przysięgę — powiedział niespodziewanie. — Nie tę, którą narzucają starsi. Naszą.
Ganondorf spojrzał na pas, potem na Elgora. W jego oczach błysnęło coś, czego nie widział od dzieciństwa — zaufanie. A może… nadzieja.
— Mów.
Elgor wstał. Odsunął miecz i położył prawą dłoń na sercu.
Ganondorf zrobił to samo, w tej samej chwili — jakby ta chwila była od zawsze ich przeznaczeniem.
— Przysięgam… że kiedy Hyrule wezwie, stanę u jego boku. Że nie opuszczę brata, choćby mrok sięgał po świat. Że będę mieczem, który nie łamie się w zdradzie, i tarczą, która nie drży przed strachem.
Ganondorf powtórzył słowa, dokładnie, nie zmieniając nawet tonu.
Potem związali sobie ramiona pasami, tak że symbol liścia i słońca znalazły się połączone.
Stali tak chwilę — dzieci, które nie miały jeszcze pojęcia, jak wielką wagę będą miały ich czyny.
Nie wiedzieli, że przysięga, którą złożyli, stanie się początkiem legendy. Ani że to, co miało ich połączyć, kiedyś ich rozdzieli.
Ale tej nocy wszystko było jeszcze czyste.
🜁 Część 3: Dwa szlaki, jeden cel
5. Dzień za dniem
Wkrótce po uroczystościach chłopcy zostali przydzieleni do różnych zakonów rycerskich — zgodnie z wolą starszyzny i Króla Hyrule.
Ganondorf trafił do Twierdzy Południowej, gdzie szkoliła się elitarna gwardia zbrojnych ze stepów i pustkowi.
Elgor pozostał w stolicy, ucząc się pod okiem swego ojca i królewskiego mistrza oręża — sir Halvarda z rodu Visnar.
Listy między nimi krążyły często, choć były proste. Były to krótkie wiadomości wypisane ostrą ręką, pełne informacji o treningach, zadaniach i żartach, które tylko oni rozumieli.
Dla Elgora życie na dworze było ciężarem równie dużym jak miecz, który nosił.
Ojciec był surowy — nie jako nauczyciel, lecz jako człowiek.
Nigdy nie pochwalił syna, nawet gdy ten przewyższył innych uczniów.
Uczył precyzji, bezwzględności, chłodnej kalkulacji. „Prawdziwy wojownik to ten, który nie pozwala, by emocje zbrukały klingę” — mawiał.
Tylko w ogrodach świątyni duchów Elgor czuł ulgę.
Tam oddawał się medytacji i ćwiczył techniki prastarego ludu Lasu, o których dwór już dawno zapomniał.
Uczył się słuchać wiatru i czytać znaki zwierząt.
Jego nauczycielką w tym była siwa kapłanka imieniem Maerva, jedna z ostatnich Pamiętających.
— W tobie płynie krew korzeni — powiedziała mu pewnego dnia. — Nie odrzucaj jej dla korony. Nawet miecz potrzebuje drzewa, z którego go wykuto.
Ganondorf tymczasem poznawał zupełnie inny świat.
Twierdza Południowa była miejscem surowym, bez zbytnich ceremonii. Walka, dyscyplina, taktyka — oto, co się tu liczyło.
Choć był najmłodszy wśród rekrutów, jego siła i determinacja szybko zapewniły mu szacunek.
Jego mentorem został kapitan Barak — mężczyzna o twarzy pooranej bliznami i oczach jak żarzące się węgle.
Niewielu wiedziało, że niegdyś był strażnikiem pustynnych przejść Gerudo, zanim zdradził swój lud i oddał się służbie Królowi.
Barak nie był łatwym nauczycielem.
Potrafił cisnąć uczniem w błoto tylko dlatego, że nie zawiązał odpowiednio pancerza.
— Słabość to zaproszenie do śmierci — powtarzał. — A twoje pochodzenie to już i tak obciążenie.
Ganondorf nie odpowiadał. Tylko trenował — dłużej, mocniej, z zaciśniętymi zębami.
W głębi duszy niósł coś jeszcze — wspomnienie tamtej nocy nad jeziorem.
Słów Elgora.
Przysięgi.
Czasem, gdy broczył potem w cieniu ćwiczebnych murów, czuł, że to wszystko robi nie dla siebie, lecz dla brata, którego od lat nie widział.
6. Spotkanie po latach
Cztery lata minęły, nim znów stanęli naprzeciw siebie.
Był letni poranek, gdy obaj zostali wezwani do królewskiego dziedzińca.
Król Hyrule — postarzały już monarcha, którego włosy posiwiały od zmartwień, a nie lat — miał ich wreszcie zobaczyć.
Ganondorf zeskoczył z konia tuż przed bramą zamku, a jego pancerz zabrzęczał cicho.
Elgor stał już na placu, oparty o włócznię.
Wysoki, smukły, z jasnymi włosami i spojrzeniem ostrym jak ostrze.
Przez chwilę żaden się nie odezwał.
Ale potem Elgor uśmiechnął się, krótko i szczerze.
— Znowu się spóźniasz, bracie.
Ganondorf parsknął śmiechem. — Ty po prostu jesteś zbyt wcześnie.
Uściskali się mocno, bez słów, a obecni rycerze spojrzeli po sobie z zaskoczeniem.
Wśród kandydatów nie było drugiej takiej pary.
Tego dnia złożyli drugą przysięgę — tym razem publiczną, przed Królem, który przyjął ich do Straży Wewnętrznej Hyrule.
Ale w ich sercach nadal żyła ta pierwsza.
Ta z nocy, gdy świat był jeszcze prosty, a wiara — niezachwiana.
🜂 Część 4: Królewska ścieżka
7. Kamienie dziedzińca
Kamienie dziedzińca pałacowego lśniły po porannej mżawce, jakby Hyrule samo chciało się przeglądać w swoim odbiciu.
Dwa rzędy gwardzistów w srebrnych pancerzach tworzyły żywy mur wzdłuż drogi prowadzącej do głównej bramy pałacu.
Ich hełmy połyskiwały chłodnym blaskiem, a ostrza mieczy odbijały niebo.
Tego dnia Król wzywał młodych do złożenia przysięgi.
Dzień, który w księgach przeznaczony był na ceremonię, w ich oczach był czymś znacznie większym — stygmatem dorosłości, próbą honoru i szansą, by zapisać się na kartach historii.
Elgor i Ganondorf stali razem wśród tłumu wojowników.
Wszyscy w jednakowych, ceremonialnych szatach z wyszywanym symbolem Hyrule — złotym ptakiem unoszącym się nad trzema trójkątami.
Niektórzy pochodzili z gór, inni z krain wodnych czy stepów — lecz to ich dwóch przyciągało spojrzenia.
Nie tylko dlatego, że różnili się od innych, ale dlatego, że coś w nich przyciągało uwagę — jakby los już dawno ich wybrał.
— Moja opiekunka nie wierzyła, że tu dotrę — powiedział Ganondorf, spoglądając na wysokie mury pałacu. — Gdy byłem dzieckiem, mówiła, że Król Hyrule nigdy nie zaufa synowi kobiety pustyni.
Elgor milczał przez chwilę.
— Może i nie zaufałby synowi kobiety pustyni… — odparł spokojnie. — Ale zaufa wojownikowi, który bronił jego syna przed nożem zbira z północy.
Ganondorf uśmiechnął się krzywo.
Wciąż pamiętał tamtą noc sprzed roku, gdy jeden z zazdrosnych uczniów próbował zaatakować królewskiego księcia w trakcie turnieju.
Tylko on zareagował — rzucił się wprost na ostrze.
Blizna na jego lewym ramieniu wciąż była świeża, lecz dziś miała zostać zakryta zbroją służby.
8. Dziedziniec zamarł.
Wysokie drzwi pałacowe otwarły się z przeciągłym skrzypnięciem, a zza nich wyszedł sam Król Hyrule.
Ubrany w szaty utkane z błękitnego jedwabiu, z koroną z liści srebrzystego dębu — symbolu pokoju — wyglądał bardziej jak ojciec narodu niż monarcha.
Mimo to w jego spojrzeniu czaił się chłód, który potrafił zamrozić słowa.
Obok niego szła młoda dziewczyna — księżniczka Hylja, córka Króla. Miała długie złote włosy i oczy w kolorze porannej mgły. Jej obecność podczas ceremonii była rzadkością.
— Podejdźcie — rzekł Król głosem głębokim i stanowczym. — I złóżcie przysięgę, której nie zdoła złamać czas, ból ani zdrada.
Każdy z młodych adeptów podchodził pojedynczo, klękał przed królem i powtarzał słowa roty. Gdy przyszła kolej na Elgora, pałac zamilkł.
Jego kroki były pewne. Klęknął. Król przyjrzał mu się uważnie, jakby próbował wyczytać coś z rysów twarzy chłopaka.
— Z jakiego rodu pochodzisz, młodzieńcze?
— Z ludu świętych lasów, Wasza Wysokość — odparł Elgor. — Mój ojciec był mieczem waszego dworu. Moja krew zna kodeks lojalności.
Król uniósł brew.
— Ale twoje serce zna też dzikość i niezależność — rzekł bardziej do siebie niż do chłopca. — Cóż, to może być błogosławieństwo… lub przekleństwo. Powstań, Elgorze z lasu. I strzeż mojego imienia, jak strzeżesz oddechu.
Potem przyszła kolej Ganondorfa. W jego oczach nie było lęku, choć jego ręce drżały.
— A ty? Z jakiego domu jesteś?
— Z pustyni. Z kobiecego rodu Gerudo, Wasza Wysokość. Nie mam ojca, ale mam imię, które noszę z dumą.
Król długo patrzył na chłopca.
— Gerudo rzadko składają przysięgi innym niż własnym plemionom. Czy rozumiesz, co znaczy być lojalnym komuś, kto nie nosi twojej krwi?
Ganondorf uniósł głowę.
— Tak, rozumiem. Bo ten, kto mnie przyjął jak brata, nie nosi mojej krwi. A jednak jego serce bije w zgodzie z moim.
Król uśmiechnął się lekko. Pierwszy raz tego dnia.
— Powstań, Ganondorfie z pustyni. I strzeż mojej córki… jakby była twoją siostrą.
Ganondorf spojrzał na Hylję. Dziewczyna odwzajemniła spojrzenie. Krótkie, ale pełne czegoś, czego jeszcze nie rozumiał.
9. Po ceremonii
Po ceremonii gdy słońce powoli chyliło się ku zachodowi, chłopcy siedzieli razem na murze, z którego było widać całe Hyrule — zielone pola, siną rzekę i odległe kontury świętych lasów oraz pustynnych wydm.
— Zrobiliśmy to — szepnął Elgor.
— Jeszcze nie — odparł Ganondorf. — Dopiero zaczynamy.
Na ich nadgarstkach lśniły nowe bransolety — symbole rycerskiej przysięgi.
Jedna ze srebra, druga ze złota.
Jak dwa żywioły, dwa losy, dwie dusze.
Połączone przysięgą.
Na zawsze.
Ale pod nimi już zaczynały się drgać pierwsze iskry. Cienie, których jeszcze nie widzieli.
🜂 Część 5: Dwa miecze i jeden cień
10. Noc była cicha.
Nad Hyrule wisiał księżyc w pełni, spowijając mury zamku bladym światłem.
Na dziedzińcu pałacowym cienie wydłużały się i poruszały przy każdym podmuchu letniego wiatru.
To właśnie tej nocy rozpoczynało się szkolenie dla wybranych — nocne próby, w których liczyła się nie tylko siła, ale i czujność, spryt oraz lojalność wobec Królestwa.
Elgor i Ganondorf stali naprzeciw siebie, każdy trzymał w dłoni drewniany miecz do ćwiczeń.
Na polecenie starego mistrza Borena, kapitana Gwardii Królewskiej, wszyscy nowo zaprzysiężeni mieli przejść rytuał „Pojedynku Cieni” — walkę z wybranym towarzyszem, która miała ujawnić ich słabości.
— Miecz to nie tylko stal — mówił Boren, krążąc wokół nich. — Miecz to decyzja. Każde cięcie niesie ciężar duszy, która go prowadzi.
Ganondorf uśmiechnął się kątem ust.
— A jeśli moja dusza waży więcej niż twoja, Elgorze?
— Wtedy twój miecz zgnie się pod ciężarem — odparł chłopak z lasu, przyjmując pozycję.
Rozpoczęli.
Uderzenia były szybkie, jak błyskawice na niebie.
Nie walczyli jak nowicjusze — walczyli jak ci, którzy znają siebie nawzajem na wskroś.
Elgor był precyzyjny, zwinny, jakby jego ciało znało rytm powietrza.
Ganondorf — silny, dziki, nieustępliwy, jego ciosy rozbrzmiewały jak gromy.
Walka trwała długo.
Inni kandydaci już zakończyli swoje próby, ale ci dwaj wciąż tańczyli w świetle pochodni, jakby żadnemu z nich nie zależało na zwycięstwie, tylko na tym, by nie zostać pokonanym.
W końcu Elgor wykonał unik, obrócił się z wdziękiem i uderzył Ganondorfa w bark.
Ten upadł, a jego miecz potoczył się po kamieniach.
Zapadła cisza.
Boren podszedł powoli.
— Widzicie? — powiedział, spoglądając po zebranych. — Jeden miecz zatrzymał drugi. Ale obaj ocalili duszę towarzysza.
Ganondorf, dysząc, podniósł się z ziemi i podał Elgorowi dłoń.
— Masz szybsze nogi, bracie z lasu — rzucił z uśmiechem. — Ale moja ręka jeszcze nie powiedziała ostatniego słowa.
Elgor uścisnął ją mocno.
11. Tego samego wieczora
Tego samego wieczora, pośród murów zamku, odbyło się nieformalne spotkanie przy ognisku.
Ogień trzaskał cicho, a dym wznosił się ku gwiazdom.
Młodzi adepci zbierali się, by opowiadać o tym, czego się nauczyli, o rodzinach, które zostawili za sobą, o marzeniach, które ich tu przywiodły.
Ganondorf siedział nieco z boku. Milczał.
W końcu odezwał się cicho, prawie szeptem:
— Nie znałem mojej matki. Zmarła, gdy byłem niemowlęciem. Ale mówią, że uśmiechnęła się, kiedy mnie ujrzała… bo wiedziała, kim będę.
Wokół zapanowała cisza.
— W moim ludzie mężczyzna rodzi się raz na sto lat. Mówią, że to znak. Że bogowie nie zapomnieli o pustyni. I że ten, który się narodzi… niesie przeznaczenie.
Elgor nie patrzył na ognisko. Patrzył tylko na niego.
— A ja myślę… że bogowie zesłali mi brata, którego nigdy nie miałem — powiedział cicho. — I jeśli niesiesz przeznaczenie, to nie będziesz go nieść sam.
Ganondorf spojrzał na niego z dziwnym wyrazem twarzy.
Było w tym coś więcej niż wdzięczność.
Było coś, co nie miało jeszcze imienia.
I choć obaj tego nie powiedzieli, wiedzieli jedno: coś się zrodziło.
Coś, co przetrwa lub wszystko zniszczy.
12. Gdy noc rozciągała się nad Hyrule
Gdy noc rozciągała się nad Hyrule jak ciemny całun, księżniczka Hylja stała samotnie na jednym z balkonów wieży pałacowej.
Z daleka widziała ognisko i dwóch chłopców — jeden ciemny jak noc pustyni, drugi jasny jak świt w lesie.
W jej dłoni połyskiwał amulet — stary, elficki relikt odziedziczony po matce.
Półksiężyc ze szlachetnego jadeitu, otoczony runami światła.
— Przyszłość Hyrule już się tli — wyszeptała. — Ale które z nich stanie się płomieniem… a które popiołem?
🜄 Część 6: Braterstwo przypieczętowane
13. Słońce chyliło się ku zachodowi
Słońce chyliło się ku zachodowi, zalewając pałacowe ogrody złotym blaskiem.
Tego wieczoru królewski dwór świętował zakończenie turnieju młodzików.
Pod baldachimami z jedwabiu, pomiędzy śmiechem a opowieściami starszych wojowników, dwóch chłopców usiadło w cieniu starego dębu.
Byli brudni od potu i piasku, ale w ich oczach tlił się ogień, którego nie zdołała stłumić żadna porażka ani zmęczenie.
Elgor, wciąż z opatrunkiem na łokciu, trzymał w dłoni niewielki medalion ze znakiem królewskiej pieczęci.
Ganondorf obracał między palcami prosty pierścień z czerwonym kamieniem — dar od matki, który miał go chronić podczas podróży poza pustynię.
— Myślisz, że kiedyś… naprawdę będziemy rycerzami? — spytał Elgor, patrząc w niebo. — Że nie będziemy już tylko dziećmi, które śnią o mieczach?
Ganondorf nie odpowiedział od razu.
Zamiast tego wyjął z pochwy nóż rytualny, krótki, zakrzywiony i zdobiony symbolami klanu Gerudo.
Odciął nim cienką gałązkę z drzewa, złamał ją na pół i podał Elgorowi jedną część.
— Na pustyni, jeśli chcesz, by ktoś był twoim bratem, łamiesz gałązkę i przysięgasz przy duchach przodków. — Chłopak mówił poważnie, cicho. — Wtedy nawet krew nie ma większego znaczenia. Liczy się to, co powiesz. I czy dotrzymasz słowa.
Elgor ścisnął kawałek drewna i po chwili skinął głową. — Zrobimy to.
Wstali, ustawili się naprzeciwko siebie.
Ganondorf uniósł rękę, kładąc gałązkę na wysokości serca.
— Przysięgam — powiedział — że będę twoim bratem, twoim mieczem i twoją tarczą, aż świat nas rozdzieli lub śmierć nas zabierze.
Elgor powtórzył te same słowa, patrząc mu prosto w oczy.
Gałązki skruszyły się jednocześnie, jakby złożone z pyłu, który rozwiał wiatr.
W tej chwili powstało coś więcej niż dziecięca obietnica — powstał pakt zrodzony z walki, szacunku i ziarna przeznaczenia.
Ganondorf uśmiechnął się lekko. — A teraz jesteś Gerudo, chociaż na jeden wieczór.
— I ty jesteś z królewskiej straży, choć tylko do świtu — odpowiedział Elgor, próbując naśladować surowy ton pałacowych strażników.
Obaj wybuchnęli śmiechem.
Nie słyszeli, jak król Hyrule, który przyglądał się im z oddali, powiedział do swojego doradcy:
— Te dzieci… mogą pewnego dnia ukształtować przyszłość tego królestwa.
Albo je zniszczyć…
14. Tego samego wieczoru
Tego samego wieczoru Elgor i Ganondorf siedzieli na dachu jednej z pałacowych wież, owinięci w cienkie peleryny, patrząc w niebo pełne gwiazd.
Mówiło się, że te gwiazdy to dusze dawnych bohaterów, które czuwają nad Hyrule.
Ganondorf wskazał jedną z nich, jaśniejszą niż reszta.
— Ta. Będzie naszą gwiazdą. Gdybyś kiedyś zwątpił. Gdybyśmy się zgubili. Patrz tam.
Elgor nie pytał dlaczego.
Po prostu przytaknął.
Siedzieli tak jeszcze długo, bez słów, pozwalając ciszy mówić za nich.
Każda taka noc mogła być wspomnieniem.
Albo przestrogą.
15. O świcie
O świcie mieli wrócić do swoich światów.
Ganondorf — do pustynnego klanu Gerudo, Elgor — do zamku, by kontynuować szkolenie pod okiem pałacowych mistrzów.
Ale przed rozstaniem przyklękli jeszcze raz pod tym samym dębem, gdzie dzień wcześniej rozmawiali.
Tym razem nie było już śmiechu.
— Za Hyrule — powiedział Elgor, kładąc dłoń na sercu.
— Za Hyrule — odpowiedział Ganondorf. — I za naszą przysięgę.
Nie wiedzieli, że ich słowa będą echem w mrokach przyszłości.
Nie wiedzieli, że każdy krok, który dopiero mieli postawić, zrodzi z ich przyjaźni największą tragedię, jaką widziało Hyrule.
🜁 Część 7: Pożegnania i ślady przyszłości
16. Ranek był chłodny
Ranek był chłodny, mimo że lato już zagościło na dobre.
Mgła otulała niskie pola i krużganki zamku Hyrule, a ptaki dopiero zaczynały swój śpiew.
Dziedziniec, jeszcze opustoszały po wczorajszych uroczystościach, dziś miał być świadkiem innego rodzaju ceremonii — cichego rozstania.
Ganondorf stał przy północnej bramie, samotny.
Nikt z jego ludu nie przybył.
Tak stanowił rytuał — chłopiec, który opuszcza pustynię, wraca do niej sam. Był już teraz wojownikiem Hyrule.
Elgor zbiegł po schodach bez pancerza, bez ceremonialnej szaty.
Tylko lniana tunika i przewiązana pasem torba na ramieniu. W ręku trzymał pakunek.
— Nie mogłeś poczekać choć do śniadania? — rzucił z udawanym wyrzutem.
Ganondorf spojrzał mu w oczy. — Lepiej się nie żegnać za długo. Wiesz, że to nie w naszym stylu.
— Może nie w twoim.
Podał mu pakunek. Ganondorf rozwinął materiał i zobaczył niewielki skórzany rękaw, wyszywany symbolem sokoła — herbem straży pałacowej Hyrule.
— Niech cię prowadzi, kiedy zapomnisz, gdzie jesteś — powiedział Elgor. — Sokół widzi więcej, niż się wydaje.
Ganondorf skinął głową. — A ty?
— Ja? — Elgor wzruszył ramionami. — Pamiętam gwiazdę.
Ganondorf włożył rękaw do torby. — Mój lud mówi: „Pustynia oddaje, co zabierze. Ale nigdy nie w tej samej formie.”
Zamilkli.
Nie było więcej słów do powiedzenia.
Ganondorf odwrócił się, a jego sylwetka — wysoka, chuda, ale silna — oddalała się z każdym krokiem przez otwartą bramę.
Mgła połknęła go w mgnieniu oka.
Elgor stał długo.
Zbyt długo.
17. Tego samego dnia
Tego samego dnia Elgor otrzymał nowe przydziały — miał być przeniesiony do wewnętrznej straży, szkolony przez generała zwanego Białym Lisem, jednego z najstarszych rycerzy w historii Hyrule.
Nosił zbroję ze srebrnej stali i mówił z akcentem zza północnych gór.
— Słyszałem o tobie, chłopcze — powiedział, przyglądając mu się badawczo. — Ale nie interesuje mnie, kogo pokonałeś na turnieju. Interesuje mnie, jak znosisz porażkę.
— Ja… — Elgor chciał odpowiedzieć, ale starzec uniósł dłoń.
— Zamilcz. Porażka mówi więcej o człowieku niż zwycięstwo. A ja zamierzam cię wiele razy złamać, zanim uznam cię za gotowego.
I rzeczywiście, pierwszy miesiąc był koszmarem.
Elgor wracał do komnaty z sinymi żebrami, przeciętym policzkiem, a raz — z raną, która wymagała trzech dni odpoczynku. Ale nie rezygnował. Nigdy.
Gdy siadał wieczorami przy oknie swojej komnaty, patrzył na tę samą gwiazdę, którą wskazał Ganondorf.
W myślach odtwarzał każde słowo przysięgi. I choć nie umiał jeszcze nazwać tego uczucia, które rodziło się w jego wnętrzu, wiedział jedno:
Muszą się znów spotkać.
Nie po to złożyli przysięgę, by zginęła w ciszy mgły.
18. Tymczasem
Tymczasem Ganondorf przemierzał pustynię.
Dni były palącym słońcem, noce — lodowatym cieniem.
Wrócił do wioski klanu z ranami na dłoniach i uśmiechem, który był bardziej maską niż radością.
Najstarsza z kapłanek przyjęła go bez słowa.
W jej oczach nie było ani dumy, ani litości — tylko surowe przyzwolenie.
Tego samego wieczoru wskazała mu drogę na południe, do Wewnętrznego Kręgu Wojowniczek.
Tam, w cieniu czerwonych skał, uczył się od kobiet, które potrafiły zabić bezszelestnie.
Jego ciało nabierało masy, ruchy — precyzji. Ale to, co go wyróżniało, to coś innego.
— On nie walczy dla siebie — mówiły między sobą starsze Gerudo. — On nosi w sobie jakąś obietnicę.
I tak było.
Każdy jego cios, każdy unik, każda decyzja na arenie była jak echo tamtej nocy pod dębem.
Czegoś, co powiedziane zostało w dziecięcej szczerości, ale zapadło głęboko.
„Za Hyrule. Za przysięgę.”
19. Po roku
Po roku Elgor i Ganondorf nie byli już dziećmi.
Ale jeszcze nie byli mężczyznami.
Świat już się zmieniał.
Powoli.
Niezauważalnie.
W cieniu koronowanych głów, w szepcie druidów, w modlitwach kapłanek i w górskich wioskach, gdzie mówiło się o znakach na niebie.
Wszystko miało się dopiero zacząć.
🜃 Część 8: Przed świtem
20. Minęły cztery lata.
Poranek nad Hyrule był cichy, jakby świat wstrzymał oddech.
Młode królestwo rozkwitało, a jednocześnie tętniło w nim napięcie — niewidoczne dla zwykłych oczu, wyczuwalne jedynie przez tych, którzy zrodzili się z legendy.
Elgor siedział samotnie na murze południowej wieży, opierając nogi o kamienny występ, na którym niegdyś przesiadywał jego ojciec.
Obserwował dolinę, gdzie mgły wypełzały spomiędzy wzgórz niczym duchy nocy.
W dłoni trzymał medalion — niepozorny, z ciemnego drewna, o prostym wzorze wyrytym nożem.
To był prezent od Ganondorfa. Dawno temu, w ich pierwszych latach służby, wymienili się znakami braterstwa.
Tyle lat minęło, a oni nadal nazywali się braćmi.
Ale coś się zmieniło.
Nie byli już dziećmi biegającymi po dziedzińcach ani uczniami trenującymi pod okiem tych samych mistrzów.
Teraz byli wojownikami.
Rycerzami.
Strażnikami królestwa.
A to oznaczało obowiązki, wybory, poświęcenia.
Ganondorf wyjechał miesiąc temu na północny zachód, do granicznej twierdzy Urovar, gdzie trwały niepokoje z ludem Wysokich Bagien.
Elgor miał dołączyć tydzień później, lecz jego rozkaz został nagle wstrzymany przez samego króla.
Od tamtej pory coś go dręczyło. W snach pojawiała się postać bez twarzy — otulona światłem, lecz pełna chłodu.
Mówiła do niego szeptem:
„Ten, którego nazywasz bratem, pewnego dnia stanie naprzeciw ciebie z mieczem. I nie zawaha się.”
Elgor z początku zignorował ten sen. Ale potem powrócił.
I znowu.
I znowu.
Wstał i schował medalion do sakiewki przy pasie.
Nie było czasu na wahanie.
Postanowił odnaleźć starą zielarkę z Gór Serca — jedyną, która znała zaklęcia snów i potrafiła odróżnić widzenie od złudzenia.
Zanim odszedł z wieży, spojrzał na wschód.
Słońce zaczęło już wspinać się nad horyzont.
Jego promienie spływały po kamieniach zamku, barwiąc je złotem.
To był nowy dzień.
Ale Elgor wiedział, że coś czai się w cieniu — i z każdym kolejnym brzaskiem będzie bliżej.
Ganondorf i Elgor byli wciąż tylko chłopcami, ale w ich sercach zapłonęła iskra, która miała odmienić losy Hyrule.
Świat jeszcze nie wiedział, kim będą — bohaterami, zdrajcami, demonami czy legendami.
Ale w tamtej chwili, przy ogniu i pod gwiazdami, złożyli przysięgę, która przetrwała wszystko… nawet czas.
📜 Kronika trwa dalej…
👉 Następny rozdział:
Rozdział II – Ścieżka ognia i liści – Ganondorf: Geneza
🎬 Cała opowieść w jednym materiale:
Zobacz pełną historię – Legenda Ganondorfa – Pełna Opowieść Fantasy
